Gdyby ktoś mi powiedział, że najważniejsza wigilia w moim życiu będzie tą, na której zostanę sama - roześmiałabym mu się w twarz. A jednak to właśnie tamten wieczór nauczył mnie czegoś, czego nie pojęłam przez sześćdziesiąt cztery lata.
Telefon zadzwonił, kiedy nakładałam śledzia na półmisek. Marcin mówił szybko, jakby chciał mieć to za sobą. Że Agnieszka obiecała rodzicom. Że Zuzia chce zobaczyć kucyka u dziadka Władka w Koninie.
Że w drugi dzień świąt na pewno wpadną. Na pewno. Powiedziałam - jasne, synku, rozumiem. Odłożyłam telefon na blat i stałam tak chyba dwie minuty, patrząc na garnek z barszczem, który bulgotał cicho na kuchence.
W księgowości, gdzie przepracowałam trzydzieści jeden lat, nauczyłam się jednego - liczby nie kłamią. Trzy nakrycia na stole. Trzy talerzyki z opłatkiem. Trzy kieliszki, choć Zuzia piłaby sok. Teraz musiałam przeliczyć to na jedno.
Zaczęłam zbierać talerze powoli, jakby każdy ważył dziesięć kilo. Stos porcelany Ćmielów, którą Staszek kupił na naszą dwudziestą piątą rocznicę, wrócił do kredensu.
Zostawiłam jeden talerz, jedną serwetkę, jeden kieliszek. Siadłam i pomyślałam, że chyba tak wygląda cisza, o której ludzie mówią, że dzwoni w uszach. Bo dzwoniła. W całym mieszkaniu na osiedlu Dobrzec nie było żadnego dźwięku oprócz tego dzwonienia i odległej kolędy u sąsiadów z dołu.
Staszek odszedł trzy lata temu. Pierwsze święta bez niego były najgorsze - ale był Marcin, była Agnieszka z roczną wtedy Zuzią, było pełno, głośno, ciasno.
Drugie też jakoś przeszły. Teraz siedziałam przy stole nakrytym dla jednej osoby i patrzyłam na pusty talerz, na którym powinien leżeć opłatek, i nie potrafiłam go tam położyć. Bo z kim się podzielić?
Pomyślałam o mamie. O tym, jak w Kaliszu na Majkowskiej, w mieszkaniu z oknami na podwórko, stawiała dwanaście potraw i mówiła - Krysia, jedno nakrycie więcej, dla tego, kto przyjdzie. Zawsze jedno więcej. Nikt nigdy nie przyszedł, ale talerz stał.
Wzięłam drugi talerz z kredensu. Położyłam naprzeciwko. Nie wiem dlaczego - może z przyzwyczajenia, może z nadziei tak starej, że już nie umiałam jej nazwać. I wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi.
Otworzyłam i zobaczyłam Jadwigę z naprzeciwka. Siedemdziesiąt dwa lata, cztery piętra wspólnej klatki schodowej, dwadzieścia lat uprzejmych „dzień dobry" i „jak zdrowie". Stała w drzwiach w granatowej sukience, jakby szła do kościoła, i trzymała w rękach garnek owinięty w ręcznik i blachę przykrytą folią aluminiową.
- Krysiu - powiedziała i nagle urwała, jakby cały przemówiony tekst wypadł jej z głowy. Potem wzięła oddech. - Widziałam, że Marcin nie przyjechał. Samochodu nie ma na parkingu. Pomyślałam... zrobiłam za dużo jarzynowej. I makowiec. Wyrzucać szkoda.
Patrzyłam na nią i widziałam to, czego przez dwadzieścia lat nie chciałam zobaczyć. Że jej okna w wigilię nigdy nie świecą jasno. Że nikt do niej nie parkuje na podjeździe. Że syn w Irlandii dzwoni, ale nie przyjeżdża. Od lat.
- Wejdź - powiedziałam i dopiero wtedy poczułam, że głos mi się łamie. - Akurat mam jedno nakrycie za dużo.
Usiadłyśmy naprzeciwko siebie. Jadwiga postawiła garnek na kuchence, makowiec na blacie, a potem wyjęła z kieszeni sukienki dwa opłatki. Podała mi jeden. Ręce jej drżały, ale uśmiech był prawdziwy - taki, przy którym kąciki oczu marszczą się głęboko.
- Wesołych świąt, Krysiu.
- Wesołych świąt, Jadwigo.
Łamałyśmy się opłatkiem i płakałyśmy obie. A potem Jadwiga powiedziała - no, dość tego mazgajenia, bo jarzynowa wystygnie - i roześmiałyśmy się tak głośno, że pewnie słyszeli nas sąsiedzi z dołu, ci od kolęd.
Przy barszczu opowiedziała mi, że Wiktor - jej syn - nie przyjeżdża od sześciu lat. Że pierwsze dwa lata szła do kościoła na pasterkę i wracała do pustego stołu. Że trzeciego roku przestała nakrywać. Że czwartego roku nie ubrała choinki. A piątego zaczęła gotować za dużo - na zapas, na wypadek, na tę resztkę nadziei, że ktoś zapuka.
- I w tym roku zapukałam ja - powiedziałam cicho.
Jadwiga pokręciła głową.
- Nie, Krysiu. W tym roku ja zapukałam do ciebie. Bo w zeszłym roku nie miałam odwagi i potem pół nocy nie mogłam zasnąć.
Zamilkłyśmy. Za oknem zaczął padać śnieg - taki rzadki, mokry, kalisko-grudniowy. Z dołu dochodziła „Cicha noc". Na stole stały dwa talerze, dwa kieliszki, makowiec Jadwigi i mój barszcz. I było ciepło. Inaczej niż planowałam, inaczej niż chciałam, ale ciepło.
Marcin zadzwonił o dwudziestej drugiej. Że wesołych, że Zuzia przesyła buziaki, że jutro na pewno wpadną. Powiedziałam - synku, nie musisz przepraszać. Ale chcę, żebyś wiedział, że byłam dziś sama przy stole.
Nie mówię tego, żebyś miał wyrzuty. Mówię, bo nie chcę więcej udawać, że jest mi wszystko jedno, kiedy nie jest. Na chwilę zamilkł. Potem powiedział - mamo, przepraszam. I wiedziałam, że mówi szczerze, choć wiedziałam też, że przyszły rok może wyglądać tak samo.
Ale to już nie miało znaczenia. Bo kiedy odkładałam telefon, Jadwiga myła naczynia w mojej kuchni i nucić zaczęła „Wśród nocnej ciszy" - cicho, trochę fałszywie, pięknie. Wytarłam ręce w ścierkę i dołączyłam.
Następnego dnia, przy kawie i resztkach makowca, powiedziałam - Jadwigo, w przyszłym roku robimy wigilię razem. Niezależnie od dzieci. Spojrzała na mnie znad filiżanki i odpowiedziała - a ja zrobię uszka.
Staszek zawsze mówił, że prawdziwa wigilia to taka, przy której nikt nie siedzi sam. Przez trzy lata myślałam, że miał na myśli rodzinę. Może miał na myśli kogokolwiek, kto ma odwagę zapukać. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];