Notariusz odłożył okulary na biurko i popatrzył na mnie tak, jakby chciał powiedzieć: przykro mi, ale to nie moja wina. A ja siedziałam naprzeciwko niego z torebką na kolanach i czułam, jak podłoga usuwa mi się spod nóg.

Trzy strony maszynopisu. Podpis Genowefy Krawiec, postawiony drżącą ręką cztery miesiące przed śmiercią. Mieszkanie przy ulicy Słowackiego w Siedlcach - całe, niepodzielne - dla Damiana Krawca. Młodszego syna.

Obok mnie siedział Wojciech. Mój mąż. Starszy syn. Człowiek, który przez sześć lat wracał z nocnej zmiany w zajezdni autobusowej i zastawał mnie z mokrym ręcznikiem w dłoni albo z łyżką zupy nad ustami swojej matki. Patrzył przed siebie. Nawet nie mrugnął.

Wyszliśmy z kancelarii w milczeniu. Dopiero na parkingu, przy naszym starym Oplu, Wojciech powiedział:

- Wiedziałem.

Nie zrozumiałam. Myślałam, że mówi o testamencie - że domyślał się, co matka zrobiła.

- Od trzech tygodni wiedziałem - powtórzył ciszej. - Damian zadzwonił. Pochwalił się.

Trzynaście lat małżeństwa. Trzynaście lat pod jednym dachem z teściową, bo tak trzeba, bo rodzina, bo Wojciech jedynak... to znaczy nie jedynak, ale tak jakby. Damian wyprowadził się do Wrocławia zaraz po maturze i odtąd żył własnym życiem. Dobre garnitury, nowa dziewczyna co rok, zdjęcia z zagranicznych wyjazdów na Facebooku. Do Siedlec przyjeżdżał na święta. Czasem.

Genowefa zachorowała sześć lat temu. Udar. Lewa strona ciała odmówiła posłuszeństwa, mowa się rozmazała jak atrament na mokrym papierze. Ze szpitala wróciła do nas, bo gdzie indziej miała wrócić? Damian wtedy powiedział przez telefon: "Stary, ja bym ją wziął, ale sam wiesz, kawalerka, praca po dwanaście godzin, nie dałbym rady." Wojciech powiedział, że rozumie. Ja zacisnęłam zęby.

Rzuciłam pracę w kwiaciarni. Pani Hania, moja szefowa, powiedziała, że będzie czekać, ale obie wiedziałyśmy, że nie będzie. Zaczęło się życie, które nie miało weekendów ani urlopów.

Poranki: toaleta, mycie, ubieranie, śniadanie. Południa: ćwiczenia z rehabilitantką, obiad, leki o dwunastej, o drugiej, o czwartej. Wieczory: kolacja, wieczorna toaleta, układanie do snu. W nocy: budzenie się na każdy dźwięk, bo Genowefa mogła się zakrztusić, mogła spaść z łóżka, mogła płakać.

Nie narzekałam. Może powinnam była, ale nie umiałam.

Genowefa mnie lubiła. Przynajmniej tak mi się wydawało. Mówiła na mnie "Renatko" - zdrobnienie, którego nie używała wobec nikogo innego. Kiedy miała lepsze dni, opowiadała mi o swoim mężu, który umarł młodo, o tym, jak sama wychowała dwóch synów, jak ciężko pracowała w piekarni na trzy zmiany. Słuchałam. Trzymałam ją za rękę, gdy płakała w nocy. Obcinałam jej paznokcie. Smarowałam plecy kremem przeciw odleżynom.

Damian przyjeżdżał. Raz na Wielkanoc, czasem w okolicach Bożego Narodzenia. Wchodził z torbą prezentów - czekoladki, szal kaszmirowy, krem do rąk za sto złotych. Siadał przy matce na pół godziny, głaskał ją po głowie i mówił: "Mamusiu, wyglądasz świetnie, Renata o ciebie dba, jestem spokojny." Genowefa rozkwitała. Uśmiechała się tym swoim przekrzywionym po udarze uśmiechem i ściskała go za rękę zdrową dłonią.

Ja stałam w drzwiach z tacą herbaty i patrzyłam na to. I czułam coś, czego się wstydziłam - zazdrość. Bo Genowefa nigdy tak się nie uśmiechała, kiedy to ja podawałam jej herbatę.

Wojciech nie potrafił o tym rozmawiać. Kiedy próbowałam, mówił: "Renata, daj spokój, matka jest chora, nie będę się z nią kłócił o mieszkanie." Więc nie kłóciłam się. Nie pytałam. Myłam, karmiłam, woziłam do lekarza.

Genowefa umarła w marcu, cicho, we śnie. Pościeliłam jej łóżko na czysto wieczorem, poprawiłam kołdrę, pogłaskałam po włosach. Rano była zimna.

Na pogrzebie Damian płakał. Głośno, ostentacyjnie, z twarzą w dłoniach. Ludzie szeptali: "Biedny chłopak, jak on kochał matkę." Stałam obok Wojciecha, w czarnym płaszczu kupowanym na targ dziesięć lat temu, i czułam pustkę. Nie smutek - pustkę. Jakby ktoś wyłączył prąd w środku mnie.

A potem był notariusz.

Wróciłam do domu i usiadłam na łóżku, na którym jeszcze tydzień temu leżała Genowefa. Poczułam zapach jej talku. I wtedy dopiero się rozpłakałam.

Wojciech stał w progu sypialni. Nie podszedł.

- Mogłeś mi powiedzieć - wyszeptałam.

- A co by to zmieniło?

Miał rację. Nic by to nie zmieniło. Testament był ważny, sporządzony u notariusza, Genowefa była przy zdrowych zmysłach, przynajmniej na tyle, na ile wymagało prawo. Damian dostał mieszkanie. My - my dostaliśmy sześć lat opieki wpisane donikąd.

Przez pierwszy miesiąc nie mogłam spać. Budziłam się o trzeciej w nocy, odruchowo nasłuchując - czy Genowefa oddycha, czy jej nie potrzeba. Cisza w mieszkaniu była ogłuszająca.

Damian zadzwonił raz. Powiedział, że sprzeda mieszkanie i że "oczywiście, podzieli się z bratem." Wojciech powiedział: "Nie musisz." Odłożyłam słuchawkę i wyszłam na balkon, bo bałam się, że powiem coś, czego nie da się cofnąć.

Nie chodzi o pieniądze. To znaczy - chodzi, bo pieniądze to pieniądze, a my przez sześć lat żyliśmy z jednej pensji kierowcy autobusu. Ale bardziej chodziło o coś innego. O to, że Genowefa wiedziała. Wiedziała, kto ją myje, kto nie śpi w nocy, kto rezygnuje z własnego życia. I wybrała tego drugiego. Tego, który przywoził kaszmirowe szale.

Znajoma prawniczka powiedziała, że mogę wnieść sprawę o zachowek. Że się należy, bo Wojciech jest spadkobiercą ustawowym. Powiedziałam Wojciechowi. Pokręcił głową.

- To była jej decyzja, Renata.

Patrzyłam na niego i myślałam: kocham tego człowieka, ale nie wiem, czy jeszcze go rozumiem.

Minęło pół roku. Wróciłam do pracy - nie do kwiaciarni, bo pani Hania zamknęła interes, ale do marketu na osiedlu. Stoję przy kasie, skanuję produkty, mówię "dzień dobry" i "dziękuję". Czasem wieczorem siedzę na balkonie z herbatą i myślę o Genowefie.

Nie jestem na nią zła. Próbuję, ale nie potrafię. Może dlatego, że pamiętam te noce, kiedy płakała i ściskała moją dłoń, i mówiła: "Renatko, co ja bym bez ciebie zrobiła." Może właśnie dlatego to tak boli - bo wiem, że mnie potrzebowała. Ale kochała Damiana.

Wojciech w końcu złożył wniosek o zachowek. Sam, bez mojego nalegania. Wrócił z kancelarii prawnej i powiedział tylko: "Należy nam się." Nic więcej.

Czasem myślę, że Genowefa zrobiła to nie ze złości. Że w jej głowie to było proste: Wojciech sobie poradzi, bo Wojciech zawsze sobie radzi. A Damian potrzebuje pomocy, bo Damian zawsze potrzebuje pomocy. Logika matki, która kocha obydwu synów, ale jednego uważa za silniejszego.

Może miała rację. Może radzimy sobie. Ale tego, co te sześć lat zrobiło z moimi kolanami, moimi plecami i moim małżeństwem - tego żaden zachowek nie naprawi. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];