Teraz siedzę sama przy kuchennym stole, na którym leży zawiadomienie z banku o zaległej racie, i próbuję policzyć, ile mi zostaje z emerytury po opłaceniu tego wszystkiego.

Gdyby ktoś mi powiedział rok temu, że będę stać w kolejce do prawnika z teczką dokumentów kredytowych i aktem notarialnym sprzed dwudziestu lat - roześmiałabym się. Bo rok temu kroiłam z Bogdanem dynię na Halloween dla wnuczki, a on żartował, że za dwa lata przejdzie na emeryturę i w końcu nauczy się gotować. Rok temu byliśmy rodziną.

Mam na imię Wiesława, choć to akurat najmniej ważna informacja. Ważniejsze jest to, że przez trzydzieści pięć lat pracowałam w wydziale geodezji w Bydgoszczy, że wychowałam dwójkę dzieci i że przez dwadzieścia osiem lat budziłam się obok tego samego mężczyzny. Bogdan był kolejarzem - solidnym, spokojnym, przewidywalnym jak rozkład jazdy. Przynajmniej tak myślałam.

Zaczęło się niewinnie. Albo to ja chciałam wierzyć, że niewinnie. W styczniu Bogdan zaczął wracać z pracy później niż zwykle. Mówił, że bierze nadgodziny, bo chce dokładać do remontu łazienki u Damiana - naszego syna w Toruniu. Nie sprawdzałam. Przez dwadzieścia osiem lat nigdy nie sprawdzałam.

W marcu kupił sobie nowy telefon. Taki z dużym ekranem, z jakąś zabezpieczającą folią. Hasło zmienił z daty naszego ślubu na coś, czego nie znałam. Kiedy zapytałam, wzruszył ramionami. - Automatycznie się zmieniło po aktualizacji - powiedział, nie odrywając wzroku od ekranu.

Kłamał tak naturalnie, że aż mnie to potem bolało bardziej niż samo odejście. Bo jeśli potrafił kłamać o haśle do telefonu, to o czym jeszcze kłamał przez te lata?

W maju powiedział to zdanie. Siedzieliśmy po kolacji, ja zmywałam, on stał w drzwiach kuchni. Pamiętam, że trzymał ścierkę, jakby chciał pomóc, ale stał nieruchomo.

- Wiesława, ja chyba potrzebuję trochę przestrzeni.

Nie krzyknęłam. Nie zapłakałam. Odłożyłam talerz na suszarkę i powiedziałam:

- To otwórz okno.

Nie chodziło mu o okno. Trzy dni później spakował dwie torby i wyjechał. Wynajął kawalerkę na Błoniu, dwadzieścia minut autobusem od naszego mieszkania. Dwadzieścia minut - tyle mu wystarczyło, żeby czuć się wolnym.

Przez pierwszy miesiąc płacił połowę raty. Tysiąc osiemset złotych miesięcznie za kredyt, który wzięliśmy w 2020 na remont. Nowa kuchnia, nowa łazienka, ocieplenie balkonu. - Inwestycja w nasze mieszkanie - mówił wtedy Bogdan. Nasze. Teraz chyba zapomniał, co to słowo znaczy.

Po dwóch miesiącach przelewy się skończyły. Zadzwoniłam, odebrał za trzecim razem.

- Bogdan, rata.

- Wiesława, ja mam teraz swoje wydatki. Wynajem, rachunki. Nie wyrabiam.

- A ja wyrabiam? Mam emeryturę i prawie wszystko oddaję na ratę.

Cisza. Ta cisza, którą znałam z dwudziestu ośmiu lat - Bogdan milczał zawsze, gdy nie chciał się kłócić. Ale wcześniej to milczenie oznaczało, że jutro sprawa się rozwiąże. Teraz oznaczało, że się rozłączy.

I rozłączył się.

Córka Patrycja przyjechała z Gdańska na weekend, kiedy powiedziałam jej przez telefon. Usiadła na kanapie, tej samej, na której Bogdan oglądał mecze, i powiedziała cicho:

- Mamo, a może to nie jest inna kobieta. Może tata po prostu... zgłupiał.

Zgłupiał. Piękne słowo na to, że sześćdziesięciotrzyletni mężczyzna zostawia żonę z kredytem, którego ona fizycznie nie jest w stanie spłacać. Ale Patrycja miała rację w jednym - nie było żadnej innej kobiety. Sprawdziłam. Nie z dumą to mówię, ale sprawdziłam.

Bogdan nie odszedł do kogoś. Bogdan odszedł od czegoś. Od rutyny, od zmywania, od wspólnych wieczorów przed telewizorem, od mojego pytania, czy zjadł obiad. Odszedł od życia, które sam zbudował, bo nagle wydało mu się za ciasne.

Poszłam do prawnika w sierpniu. Pani mecenas, młoda dziewczyna, młodsza od mojej Patrycji, patrzyła na dokumenty i kiwała głową.

- Proszę pani, kredyt jest na oboje. Bank ma prawo ścigać oboje. Może pani złożyć wniosek o podział majątku, ale to potrwa.

- Ile potrwa?

- Rok. Może dwa.

Rok. Może dwa. A rata przychodzi co miesiąc. I bank nie interesuje się tym, że mój mąż potrzebuje przestrzeni.

Damian, mój syn, zadzwonił do ojca. Nie wiem, co dokładnie mu powiedział, ale wiem, że Bogdan następnego dnia przelał dziewięćset złotych. Połowę połowy. Z dopiskiem: "Przepraszam, na więcej teraz mnie nie stać".

Dziewięćset złotych i przepraszam. Za dwadzieścia osiem lat.

Najbardziej boli mnie to, że nie jestem na niego wściekła. Powinnam być. Powinnam krzyczeć, rzucać talerzami, wyrzucić jego rzeczy z szafy. Ale ja patrzę na jego swetry wiszące na wieszaku i myślę o tym, jak w 1997 roku malowaliśmy razem ten przedpokój na brzoskwiniowo, bo oboje nienawidziliśmy szarości. I wtedy nie potrzebował przestrzeni. Wtedy potrzebował mnie, żebym podawała mu pędzel.

Koleżanka z dawnej pracy, Jadwiga, powiedziała mi:

- Wiesława, weź się w garść. Złóż pozew o alimenty od małżonka, masz do tego prawo.

Alimenty. Od męża, z którym nie jestem rozwiedziona, który mieszka dwadzieścia minut autobusem. Polskie prawo na to pozwala - małżonek, który nie łoży na wspólne zobowiązania. Jadwiga wie, bo sama przez to przeszła osiem lat temu.

Złożyłam papiery we wrześniu. Bogdan dostał wezwanie i zadzwonił wieczorem. Pierwszy raz od dwóch miesięcy usłyszałam w jego głosie coś poza obojętnością.

- Wiesława, naprawdę musisz robić z tego sprawę sądową?

- A ty naprawdę musisz udawać, że kredyt się sam spłaci?

Znowu cisza. Ale inna niż wcześniej. Cięższa.

- Ja nie chciałem, żeby tak to wyglądało - powiedział w końcu.

- A jak miało wyglądać, Bogdan? Że odejdziesz, a ja będę cicho siedzieć i płacić za mieszkanie, w którym śpię sama?

Nie odpowiedział. Bo nie było dobrej odpowiedzi.

Sprawa jest w toku. Prawniczka mówi, że mam mocną pozycję. Damian przyjeżdża w soboty, pomaga mi ogarniać papiery. Patrycja dzwoni codziennie. Mam ich. To dużo.

A Bogdana widziałam ostatnio w Biedronce na Kapuściskach. Stał w kolejce z koszykiem, w którym leżały dwa jogurty, chleb tostowy i paczka kawy rozpuszczalnej. Przez dwadzieścia osiem lat pił tylko mieloną, w kawiarce, którą mu kupowałam w Empiku na imieniny.

Nie podeszłam. On mnie nie zauważył. Albo udawał, że nie zauważył - z Bogdanem nigdy nie wiadomo.

Wróciłam do domu, zapłaciłam ratę i postawiłam sobie kawę. W kawiarce, która została. Jak to mieszkanie, jak te raty, jak ja.

Czasem myślę, że Bogdan nie potrzebował przestrzeni. Bogdan potrzebował odwagi, żeby powiedzieć, że jest nieszczęśliwy. Ale u nas, w rodzinach, gdzie mężczyźni nie mówią o uczuciach, łatwiej było spakować dwie torby niż jedno zdanie: "Jest mi źle i nie wiem dlaczego."

Tyle że to zdanie kosztowałoby nas oboje dużo mniej niż tysiąc osiemset złotych miesięcznie. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];