Wieczorem prałam jego koszulę i poczułam perfumy. Koszula pachniała Coco. Tymi samymi perfumami, które dostałam od Ryszarda na trzydzieste urodziny, a potem przestałam ich używać, bo powiedział, że są zbyt ciężkie.
Stałam nad pralką z mokrym materiałem w dłoniach i przez chwilę nie mogłam złapać oddechu - nie dlatego, że zapach był intensywny. Dlatego, że był konkretny.
Ryszard siedział w salonie przed telewizorem, w kapciach, z pilotem w ręce, jakby to był najzwyklejszy czwartkowy wieczór. A może właśnie dlatego, że starał się, żeby tak wyglądał.
Dwadzieścia osiem lat małżeństwa uczy rozpoznawać ciszę, która coś ukrywa. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ta koszula zmieni wszystko - ale żołądek już wiedział.
Mam na imię Celina. Przez dwadzieścia sześć lat prowadziłam biuro pocztowe w Siedlcach, w tym samym budynku przy ulicy Piłsudskiego, gdzie pachniało lakierem do podłóg i starym papierem.
Ryszard jeździł po Polsce jako przedstawiciel handlowy firmy produkującej armaturę łazienkową. Delegacje, targi, szkolenia - co tydzień inny hotel, inna autostrada. Przywykłam. Człowiek przywyka do wszystkiego, nawet do tego, że druga poduszka w łóżku jest częściej pusta niż zajęta.
Mieliśmy dwoje dorosłych dzieci. Kacper mieszkał w Warszawie, projektował coś w komputerze, nigdy do końca nie zrozumiałam co. Ania wyszła za Łukasza i osiadła w Garwolinie - blisko, ale nie na tyle, żeby wpadać bez zapowiedzi. Rodzina jak rodzina. Na Wigilię komplet, na Wielkanoc komplet, między świętami - telefony w niedzielę i zdjęcia wnuczki na WhatsAppie.
Ten czwartek wyglądał normalnie, dopóki Ryszard nie pojawił się w drzwiach o trzeciej po południu zamiast w piątek wieczorem. Postawił torbę w przedpokoju, pocałował mnie w policzek i powiedział, że klient odwołał spotkanie, więc nie było sensu zostawać w Poznaniu na noc.
Zrobiłam mu herbatę, odgrzałam schabowe z obiadu. Jadł, opowiadał coś o korkach na A2. Wszystko się zgadzało. Wszystko za bardzo się zgadzało.
Wieczorem, jak zwykle w czwartek, włączyłam pralkę. Ryszard zostawiał brudne rzeczy w torbie, a ja je wyjmowałam - od lat ten sam rytuał. Koszula była biała, bawełniana, ta od garnituru.
Kiedy ją rozkładałam, zapach uderzył mnie jak wspomnienie, którego się nie spodziewasz. Coco. Chanel. Orientalne, ciężkie, z nutą wanilii i ylang-ylang. Znałam te perfumy jak własne dłonie, bo kiedyś były moje.
Nie powiedziałam nic. Włożyłam koszulę do bębna, wsypałam proszek, nacisnęłam guzik. Potem usiadłam przy kuchennym stole i słuchałam, jak pralka pracuje - miarowy szum, jakby oddychała za mnie.
Przez następne dni obserwowałam Ryszarda tak, jak nigdy wcześniej. Odkryłam, że mój mąż - ten sam mężczyzna, który od lat zapominał o rocznicy ślubu i mylił rozmiary moich butów - nauczył się blokować telefon kodem.
Że wychodził na ganek, żeby "zadzwonić do szefa". Że zaczął dbać o siebie w sposób, który powinien mnie cieszyć, a zamiast tego budził niepokój - nowa woda po goleniu, siłownia dwa razy w tygodniu, schudnięte pięć kilo.
- Ładnie wyglądasz - powiedziałam pewnego ranka przy śniadaniu.
Spojrzał na mnie znad kanapki z serem i uśmiechnął się tak, jakbym go przyłapała.
- No co ty, Celina. Lekarz kazał schudnąć, wiesz przecież.
Wiedziałam. Ale wiedziałam też, że lekarz kazał mu to samo trzy lata temu i wtedy jakoś nie pomogło.
Tydzień później znalazłam rachunek. Nie szukałam - przysięgam, że nie szukałam. Wypadł z kieszeni marynarki, którą wieszałam w szafie. Restauracja w Poznaniu, kolacja na dwie osoby, kwota, za którą mogłabym zrobić zakupy na cały tydzień. Data - ten sam dzień, w który rzekomo odwołano mu spotkanie.
Moje ręce nie drżały. Dziwne, bo byłam pewna, że powinny. Zamiast tego poczułam coś jak chłód rozlewający się od żołądka w górę, powoli, systematycznie. Schowałam rachunek z powrotem do kieszeni. Dokładnie tak, jak leżał.
Mogłam krzyczeć. Mogłam rzucić rachunkiem na stół i powiedzieć: "Wyjaśnij". Mogłam zadzwonić do Ani, do Kacpra, do siostry Jadzi. Ale ja nie byłam tą Celiną - tą z filmów, która robi awanturę i pakuje walizki. Ja byłam Celiną, która przez dwadzieścia sześć lat sortowała listy polecone i wiedziała, że prawda najczęściej przychodzi w zwykłej kopercie, bez zapowiedzi.
Zaczęłam od pytania, które zadałam sobie, nie jemu: "Czy ja jeszcze chcę wiedzieć?"
Bo to nie było oczywiste. Miałam pięćdziesiąt sześć lat, dom z kredytem spłaconym do ostatniej raty, ogródek, w którym rosły pomidory i maliny. Miałam wnuczkę, która mówiła do mnie "babunia" i przytulała się tak, że świat stawał się mniejszy i bezpieczniejszy. Czy naprawdę chciałam to wszystko rozwalić przez koszulę pachnącą Coco?
Odpowiedź przyszła w niedzielę, kiedy siedzieliśmy z Ryszardem przy obiedzie u Ani. Wnuczka Hania rysowała przy stoliku, Łukasz opowiadał o remoncie łazienki, Ania nakładała drugie porcje bigosu. Ryszard śmiał się, klepał zięcia po ramieniu, podnosił Hanię na kolana. Wyglądał na szczęśliwego. Naprawdę szczęśliwego. I wtedy zrozumiałam - to nie jest kwestia tego, czy chcę wiedzieć. Chodziło o to, że zasługuję na prawdę. Nie dla zemsty. Dla siebie.
Powiedziałam mu we wtorek wieczorem. Spokojnie, przy herbacie, bez rachunku na stole. Powiedziałam, że wiem o perfumach, o restauracji, o telefonie z kodem. Powiedziałam to wszystko tonem, którym przez lata informowałam klientów na poczcie, że przesyłka nie dotarła - rzeczowo, bez emocji, z przepraszającym uśmiechem.
Ryszard zbladł. Potem zaczerwienił się. Potem zdjął okulary i przetarł je rękawem - ten gest zawsze robił, kiedy grał na czas.
- Celina, to nie jest tak, jak myślisz - zaczął.
- Nie wiem, jak myślę - odpowiedziałam. - Dlatego pytam.
Cisza trwała może minutę, ale wydawała się godziną. Zegar w kuchni tykał. Pralka w łazience odwirowywała. Zwykłe dźwięki zwykłego domu, w którym coś właśnie pękało.
Powiedział prawdę. Nie od razu, nie całą - ale wystarczającą. Kobieta z Poznania, przedstawicielka konkurencyjnej firmy. Pół roku. Nie kochał jej - tak powiedział i ja mu nie uwierzyłam, ale też nie miało to znaczenia. Znaczenie miało to, że patrzył na mnie i chyba po raz pierwszy od lat naprawdę mnie widział.
Nie wyjechałam. Nie wyrzuciłam go. Nie przebaczyłam - przynajmniej nie tego wieczoru. Powiedziałam mu, że musi się wyprowadzić do brata na dwa tygodnie, żebym mogła pomyśleć. Spakował torbę bez słowa. Przy drzwiach odwrócił się i powiedział:
- Przepraszam, Celina.
Nie odpowiedziałam. Zamknęłam drzwi i stałam w przedpokoju, w ciszy, która nagle nie była ani straszna, ani smutna. Była po prostu moja.
Następnego dnia poszłam do drogerii i kupiłam perfumy. Coco. Chanel. Rozpryskałam je na nadgarstki i przez chwilę byłam znowu tą trzydziestoletnią Celiną, która wierzyła, że wszystko przed nią. Może nie wszystko - ale coś na pewno jeszcze było. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];