Na półce w łazience stało siedemnaście butelek. Policzyłam je pewnego ranka, kiedy czekałam, aż zwolni się prysznic. Siedemnaście. Moje - dwa: szampon i żel pod prysznic, oba z Biedronki. Reszta należała do Patrycji i Damiana.

Odżywki, serum, peelingi, olejki do brody. Stałam w pidżamie na korytarzu własnego mieszkania i czekałam w kolejce do własnej łazienki, a po głowie chodziła mi jedna myśl: kiedy dokładnie przestałam tu być u siebie?

Mam na imię Renata, mam sześćdziesiąt jeden lat i całe życie pracowałam jako fryzjerka. Najpierw w zakładzie państwowym, potem przez dwadzieścia lat we własnym salonie na osiedlu.

Trzy lata temu zamknęłam interes, bo kolana odmówiły posłuszeństwa po trzydziestu latach stania. Teraz dorabiam emerytką, strzyżenie po znajomości, panie z bloku, sąsiadki. Mąż Wiesław jeździ jeszcze na budowy, choć sześćdziesiąt trzy lata to nie jest wiek na dźwiganie cementu.

Patrycja jest naszą jedyną córką. Kiedy sześć lat temu powiedziała, że wychodzi za Damiana, cieszyłam się szczerze. Damian pracował wtedy w hurtowni budowlanej, zarabiał przyzwoicie, był uprzejmy. Na weselu tańczył ze mną walca i powiedział: - Pani Renato, będę się panią opiekował jak własną mamą. - Wzruszyłam się. Głupia byłam.

Miesiąc po ślubie Patrycja zadzwoniła. Że wynajmowane mieszkanie za drogie, że właściciel podniósł czynsz, że gdyby tak na pół roku u nas, to by odłożyli na wkład własny. Pół roku.

Wiesław nie był zachwycony, ale co miał powiedzieć - jedyne dziecko. Przygotowałam im pokój, ten większy, z balkonem. Sami przenieśliśmy się do mniejszego. Tymczasowo.

Pierwsze tygodnie były nawet miłe. Patrycja gotowała co drugi dzień, Damian wyniósł śmieci bez proszenia. Wieczorami oglądaliśmy razem telewizję, Wiesław nawet się uśmiechał. Potem powoli, niepostrzeżenie, wszystko się zmieniło.

Patrycja zaczęła zostawać dłużej w pracy, Damian - wracać później. Ja zostawałam z obiadem na kuchence, z praniem w bębnie, z naczyniami w zlewie. Bo skoro jestem na emeryturze, to przecież mam czas. Nikt tego nie powiedział na głos. Nikt nie musiał.

Po roku Patrycja zaszła w ciążę. Mała Zuzia urodziła się w styczniu, a ja wiedziałam, że żadne przeprowadzki nie będą teraz planowane. Nie można przecież ruszać się z noworodkiem. Potem nie można z niemowlakiem. Potem z rocznym dzieckiem. Zawsze jest powód, żeby zostać.

Zuzia ma teraz cztery lata. Kocham ją ponad życie. Ale kocham ją zmęczonym, wyeksploatowanym sercem kobiety, która gotuje obiady na cztery osoby, sprząta mieszkanie, w którym żyją dorośli ludzie niezdolni do wycierania po sobie blatu, i płaci rachunki, bo - cytuję Damiana - „teraz nie jest dobry moment na duże wydatki".

O pieniądzach próbowałam rozmawiać trzy razy. Za pierwszym razem Patrycja się rozpłakała. Za drugim - Damian powiedział, że oczywiście, od przyszłego miesiąca się dorzucą. Nie dorzucili się.

Za trzecim razem Wiesław mnie uciszył przy nich, a potem na osobności powiedział: - Renata, daj spokój, to nasza córka. - Jakby to tłumaczyło wszystko. Jakby posiadanie córki oznaczało rezygnację z prawa do własnej kuchni.

Bo kuchnia dawno przestała być moja. Damian kupił ekspres do kawy, który zajmuje pół blatu. Patrycja ustawiła na parapecie zioła w doniczkach, które zasłaniają mi światło. Na lodówce wiszą magnesy z ich wakacji - bo oni jeżdżą na wakacje, do Chorwacji, do Grecji. My z Wiesławem ostatni raz byliśmy nad Bałtykiem osiem lat temu.

Rachunki za prąd wzrosły o trzysta złotych miesięcznie, odkąd mieszkają z nami. Woda - o sto pięćdziesiąt. Jedzenie - nawet nie liczę, bo Damian je za dwóch, a Patrycja kupuje Zuzi tylko ekologiczne produkty, tyle że płacę za nie ja, bo to ja robię zakupy.

Miesiąc temu zebrałam się na odwagę. Zuzia spała, Wiesław był na budowie, a Patrycja i Damian siedzieli na kanapie, którą kupiliśmy im, bo tamta stara „bolała Damiana w plecy". Usiadłam naprzeciwko i powiedziałam spokojnie: - Dzieci, minęło sześć lat. Chciałam zapytać, jakie macie plany.

W pokoju zrobiło się cicho. Patrycja spojrzała na Damiana. Damian odłożył telefon i uśmiechnął się. Tym uśmiechem, który kiedyś uważałam za ciepły, a teraz widzę w nim coś innego. Pobłażliwość. - A gdzie niby mama chce, żebyśmy poszli? - zapytał.

Nie krzyknęłam. Nie rozpłakałam się. Wstałam, poszłam do kuchni i zaczęłam zmywać naczynia, bo tyle potrafię - zmywać. Ale przez resztę wieczoru kręciło mi się w głowie to jedno słowo: "niby". Gdzie niby chcę? Jakby moje chcenie było czymś absurdalnym. Jakby proszenie o własną przestrzeń w mieszkaniu, na które pracowaliśmy z Wiesławem trzydzieści lat, było fanaberią.

Następnego dnia rano, kiedy wszyscy jeszcze spali, weszłam do łazienki. Zebrałam wszystkie siedemnaście butelek z mojej półki i przestawiłam je na podłogę pod wanną.

Na zwolnione miejsce postawiłam swój szampon i żel. Dodałam krem do twarzy, który kupiłam sobie trzy miesiące temu i trzymałam w szufladzie, bo na półce nie było miejsca.

To był mały gest. Śmieszny, pewnie. Ale kiedy zamykałam za sobą drzwi łazienki, poczułam coś, czego nie czułam od lat. Jakby kawałek tego mieszkania znowu należał do mnie.

Wieczorem chcę porozmawiać z Wiesławem. Nie z Patrycją, nie z Damianem - z Wiesławem. Bo to on musi w końcu stanąć obok mnie, a nie pomiędzy mną a nimi. Nie wiem, co z tego wyniknie. Nie wiem, czy cokolwiek się zmieni. Ale wiem, że na tej półce zmieszczą się jeszcze co najmniej dwa słoiczki. I zamierzam je tam postawić. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];