Dwa lata temu dałam córce trzydzieści dwa tysiące na zadatek - "oddamy, jak tylko przyjdzie kredyt". Kredyt przyszedł w lutym, w sierpniu byli na Zanzibarze. Na chrzcinach wnuka zięć wzniósł toast "za babcię - nasz bank bez odsetek i bez terminu".

- Kochani, jeszcze chwila uwagi! - Bartek stuknął widelcem w kieliszek tak mocno, że bałam się, czy szkło wytrzyma. - Jeszcze jeden toast. Za babcię Gosię! Nasz bank bez odsetek i bez terminu!

Sala wybuchła śmiechem. Ktoś zaklaskał, ciotka Bartka zawołała "sto lat!", a jego ojciec poklepał mnie po ramieniu, jakbym właśnie wygrała w totka. Podniosłam kieliszek, bo wszyscy na mnie patrzyli. Uśmiechnęłam się, bo na chrzcinach się uśmiecha. Szampan był ciepły i kwaśny.

Agnieszka nie podniosła głowy znad wózka. Poprawiała Kubusiowi kocyk, który wcale nie potrzebował poprawiania.

I wtedy zrozumiałam, że moja córka dokładnie wie, o czym mówi jej mąż. I że wie, ile to dla mnie znaczy.

Siedzieliśmy w restauracji pod Łodzią, w sali z białymi obrusami i bukiecikami gipsówki, które Aga wybierała przez dwa tygodnie. Kelnerki roznosiły rosół z makaronem, potem schab ze śliwką. Kubuś, trzymiesięczny, z moim nosem i uszami Bartka, przespał cały kościół i całą mszę. Kupiłam mu złoty łańcuszek z medalikiem Matki Boskiej. Kopertę też dałam. Jak zawsze.

Dwa lata temu, w październiku, Aga przyjechała do mnie na Widzew bez zapowiedzi. Stała w przedpokoju w kurtce i nie chciała się rozebrać.

- Mamo, znaleźliśmy mieszkanie. Na Retkini, dwa pokoje, balkon na zachód. Ale właściciel chce zadatek do piątku, bo ma jeszcze dwie pary chętnych.

- Ile?

- Trzydzieści dwa tysiące. - Przełknęła ślinę. - Bank da, Bartek rozmawiał z doradcą, wszystko idzie dobrze. Tylko decyzja trwa, a my tyle wolnego nie mamy. Oddamy, jak tylko przyjdzie kredyt. Słowo, mamo.

Te pieniądze leżały na lokacie od śmierci Zbyszka. Część z jego polisy, część odłożona przez sześć lat z pensji - po kawałku, z każdej wypłaty, bez wyjazdów i bez nowej kurtki. "Na czarną godzinę", mówiłam siostrze. Przelałam je następnego dnia, w przerwie na obiad, przy tym samym biurku w spółdzielni, przy którym od dwudziestu sześciu lat liczę cudze czynsze i fundusze remontowe.

Księgowa. A nie zadałam ani jednego pytania.

Dopiero dużo później, kiedy siedziałam nad czyimś aneksem, dotarło do mnie, że to zdanie od początku nie miało sensu. Kredyt nie oddaje zadatku. Zadatek wchodzi w cenę mieszkania, a bank dokłada resztę. Nikt mi niczego nie miał "zwrócić z kredytu". To było zdanie, które miało mnie uspokoić. I uspokoiło.

W lutym Aga zadzwoniła rozpromieniona.

- Mamo, mamy! Podpisane, uruchomione, w marcu dostajemy klucze!

Cieszyłam się razem z nią. Naprawdę. A potem czekałam, aż powie "i oddamy ci". Nie powiedziała. W marcu kupili kanapę. W kwietniu Bartek pokazał mi nowy telefon, "bo stary już nie ciągnął". W maju byłam u nich na parapetówce, jadłam sałatkę jarzynową na balkonie na zachód i patrzyłam, jak słońce siada nad blokami. Nic nie powiedziałam. Moja mama zawsze powtarzała, że o pieniądze w rodzinie się nie prosi. Że kto prosi, ten traci.

W sierpniu zobaczyłam zdjęcia na Facebooku. Turkusowa woda, biały piasek, Bartek w słomkowym kapeluszu, Aga z drinkiem z parasolką. Zanzibar. Siedziałam w kuchni przy ceracie w cytryny, z herbatą, która dawno wystygła. Napisałam pod zdjęciem "Pięknie wyglądacie". Potem to skasowałam. Potem napisałam jeszcze raz i zostawiłam.

- Gośka, upomnij się - mówiła Danka przez telefon. - To są twoje pieniądze.

- I co mam zrobić? Wysłać własnemu dziecku monit?

- A czemu nie?

Nie umiałam jej odpowiedzieć. W październiku Aga powiedziała mi, że jest w ciąży, i temat umarł sam. Bo jak tu się upominać u kobiety, która wymiotuje co rano i płacze nad katalogiem z wózkami?

A teraz Bartek stał na środku sali z kieliszkiem i ogłaszał wszystkim, że jestem bankiem.

Wyszłam na zewnątrz. Na tarasie pachniało skoszoną trawą i grillem z sąsiedniej posesji. Wrzesień był jeszcze ciepły, lipy przy parkingu ciągle zielone. Postawiłam kieliszek na murku i ścisnęłam obie ręce na pasku torebki, tak mocno, że wbiłam sobie paznokcie w dłoń.

Drzwi skrzypnęły. Aga.

- Mamo... On nie miał nic złego na myśli. Naprawdę. On tak ma z domu. U nich jak ktoś ma, to daje, i nikt nie liczy. Jego tata dołożył nam do kuchni i nigdy...

- Ja nie jestem jego tatą, Aga.

Zamilkła. Patrzyła na swoje buty, nowe, lakierowane, kupione specjalnie na dzisiaj.

- Wiem - powiedziała w końcu. - Wiem. Mieliśmy ci oddać z premii Bartka. Naprawdę mieliśmy. Ale ten rok był taki... Ja byłam tak zmęczona, mamo. Wszystko naraz, przeprowadzka, praca, on się uparł na ten wyjazd, mówił, że potem już nie polecimy, bo dziecko. I ja pomyślałam... - urwała.

- Co pomyślałaś?

- Że ty tego nie potrzebujesz. - Podniosła na mnie wzrok i miała w oczach łzy. - Ty zawsze mówisz, że masz wszystko. Że ci niczego nie trzeba. Całe życie to słyszę. "Mnie niczego nie trzeba, kup sobie, dziecko". To ja kupiłam.

Stałam z tym zdaniem jak z kamieniem w ręku. Bo to była prawda. Mówiłam to przy każdej wigilii, przy każdych imieninach, przy każdej paczce, którą próbowała mi wcisnąć. Sama ją nauczyłam, że matka jest jak ściana - stoi i nic jej nie trzeba.

- Trzeba mi, Aga - powiedziałam cicho. - Mnie też jest czegoś trzeba. Te pieniądze to była moja czarna godzina. Teraz jej nie mam.

Rozpłakała się. Przytuliłam ją, jak wtedy, kiedy miała siedem lat i spadła z huśtawki na podwórku. Pachniała mlekiem i perfumami, które dostała ode mnie na gwiazdkę.

- Ile możecie co miesiąc? - zapytałam, kiedy się uspokoiła. - Ale uczciwie. Bez oszukiwania siebie i bez oszukiwania mnie.

Podała kwotę. Policzyłam w głowie, odruchowo, jak przy każdym bilansie. Skończą, kiedy będę miała sześćdziesiąt sześć lat. Mogło być gorzej.

Wróciłyśmy do sali razem. Usiadłam obok Bartka. Nie robiłam sceny, nie stukałam w kieliszek. Powiedziałam tylko, tak żeby słyszał on, a nie ciotki:

- Bartek, bank ma od dziś termin.

Zrobił się czerwony aż po uszy. Przez chwilę widziałam w nim chłopaka, któremu ojciec całe życie dokładał i nigdy nie powiedział "oddaj".

- Pani Gosiu, ja myślałem... myślałem, że pani to po prostu chciała nam dać.

- Bo nigdy nie powiedziałam, że nie chcę - odpowiedziałam. - To też moja wina.

Pierwszy przelew przyszedł dziesiątego października. Otworzyłam aplikację w autobusie, w drodze do pracy. W tytule było napisane: "Bank Babcia - rata 1 z 64. Odsetki w niedzielę, osobiście, z Kubusiem".

Śmiałam się na głos, a pani obok odsunęła się ode mnie o pół siedzenia.

Bank bez odsetek - niech już będzie. Ale od teraz z terminem. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];