Zazwyczaj nasze spotkania były pełne śmiechu, plotek i żartów z codzienności. Umawiałyśmy się w tej samej kawiarni od lat, siadałyśmy przy tym samym stoliku pod oknem, zamawiałyśmy dokładnie to samo - ona latte z mlekiem owsianym, ja czarną bez cukru.
Ale tamtego dnia coś było inaczej. Już kiedy podeszła do stolika, zobaczyłam, że trzyma się trochę sztywno. Uśmiechnęła się, ale bez ciepła, które zwykle mnie otulało jak koc w zimowy wieczór. A kiedy usiadła i spojrzała mi w oczy, poczułam to aż w żołądku - coś się wydarzyło. Coś, co zmieni wszystko.
- Muszę ci coś powiedzieć - zaczęła. - Coś, co noszę w sobie od dawna. I wiem, że jeśli teraz nie powiem… już nigdy nie znajdę odwagi.
Zamarłam. W jednej sekundzie przez głowę przebiegły mi dziesiątki scenariuszy. Choroba? Romans? Kłamstwo? Tylko jedno wiedziałam na pewno - to nie będzie rozmowa, po której wrócimy do zwykłego życia.
Spojrzała na mnie z mieszaniną smutku i determinacji.
- Chodzi o Marka - powiedziała.
Marek. Mój mąż. Mężczyzna, z którym byłam od siedemnastu lat. Ojciec naszej córki. Partner, przyjaciel, czasem trudny, zamknięty, ale lojalny. Przynajmniej tak myślałam. Poczułam, że zaczyna mi brakować tchu.
- To wydarzyło się raz - powiedziała cicho. - I bardzo dawno. Zanim zaszliście w ciążę. Byliśmy wtedy wszyscy na tej imprezie u Kasi. Pamiętasz? Ty się pokłóciliście. Wyszedł. Ja zostałam. Piliśmy, rozmawialiśmy. Nie powinnam była… Ale to się stało.
Milczałam. Czas stanął. Kawiarnia zniknęła. Zostały tylko te słowa, które powoli wnikały we mnie, jak trucizna. Przyjaciółka. Moja najbliższa osoba. Ta, której powierzałam sekrety, z którą płakałam po poronieniu, z którą chodziłam na spacery, kiedy było mi źle.
- Nigdy więcej nie rozmawialiśmy o tym - kontynuowała. - I nigdy więcej się to nie powtórzyło. Ale codziennie, przez wszystkie te lata, żyłam z tym ciężarem. A kiedy widziałam, jak ci na nim zależy, jak budujecie dom, rodzinę… czułam się jak oszustka.
Nie odpowiedziałam. Nie umiałam. Z jednej strony chciałam wstać i wyjść. Z drugiej - czułam, że siedzę przy stoliku z kimś, kogo znałam całe życie i kogo nie znałam wcale. Nie pytałam o szczegóły. Nie chciałam wiedzieć, czy to było raz, czy więcej. Gdzie. Jak. Nie to było najważniejsze.
Najgorsze było to, że ona wiedziała. Cały ten czas. I patrzyła mi w oczy, jakby nic się nie wydarzyło. Płakała ze mną, śmiała się, trzymała moją rękę, kiedy przechodziłam przez trudne momenty. A wszystko z tą jedną historią zamkniętą w sercu.
- Dlaczego teraz? - zapytałam w końcu.
- Bo nie mogę już tak żyć. I bo wiem, że jeśli chcesz mnie znienawidzić - masz do tego prawo. Ale ja… nie mogę już udawać.
Wyszłam z kawiarni nie mówiąc nic więcej. Ona została. Widziałam kątem oka, jak ociera łzy. Ja nie płakałam. Jeszcze nie. Szłam przez miasto w milczeniu, próbując zrozumieć, co we mnie boli bardziej - zdrada męża sprzed lat, czy zdrada przyjaciółki, która całe życie była tuż obok.
Minęło kilka dni. Nie odezwałam się do niej. Ani do niego. Potrzebuję czasu. Ciszy. Oddechu.
Nie wiem jeszcze, co z tym zrobię. Może kiedyś przebaczę. Może nie. Ale wiem jedno: czasem jedno spojrzenie mówi wszystko. I jedno zdanie może przekreślić całe lata. Albo… je wyczyścić do zera.
var adsinserter = adsinserter || {};
adsinserter.tags = ['fulladsnew'];