Wzięłam jego telefon bez zastanowienia, bo dzwonił „szef”. W słuchawce odezwał się kobiecy głos, którego nigdy wcześniej nie słyszałam.
Telefon leżał na stole, między kubkiem z niedopitą kawą a gazetą, którą czytał rano, zanim wyszedł. Ekran migał znajomym imieniem, tym samym, które widziałam setki razy. Pomyślałam, że oddzwonię później, ale palec sam przesunął się po ekranie.
- Halo? - odezwałam się zwyczajnie, tak jak zawsze, gdy ktoś dzwonił w jego sprawie.
Przez sekundę panowała cisza. Potem usłyszałam kobiecy głos. Spokojny, niski, pewny siebie. Nie brzmiał jak ktoś z pracy, kto boi się, że trafił nie tam, gdzie trzeba.
- Marek? - zapytała bez wahania.
Spojrzałam na telefon, jakby miał mi coś wyjaśnić. Imię „szef” wciąż świeciło na ekranie. W kuchni tykał zegar, zbyt głośno jak na tę chwilę.
- Nie, przy telefonie jest jego żona - odpowiedziałam i sama zdziwiłam się, jak równo to zabrzmiało.
Kolejna pauza. Krótki wdech po drugiej stronie. A potem zdanie, które sprawiło, że przestałam słuchać czegokolwiek wokół.
- Och… nie wiedziałam, że już wrócił do domu.
Świat zwęził się do tego jednego głosu w słuchawce. Do tej jednej myśli, że właśnie dowiedziałam się o swoim mężu czegoś, o co nigdy nie chciałam pytać.
Przez chwilę nie odpowiedziałam. Trzymałam telefon przy uchu, ale miałam wrażenie, że dźwięki dochodzą z bardzo daleka, jakby ktoś przyciszył świat. „Już wrócił do domu” — te słowa krążyły mi w głowie, odbijały się od siebie, nie chcąc ułożyć w sensowną całość. Przecież Marek miał wrócić dopiero wieczorem. Tak mówił rano, zakładając marynarkę i prosząc, żebym przypilnowała, by dziecko zjadło śniadanie.
- Słucham? - zapytałam w końcu, bardziej z potrzeby wypełnienia ciszy niż z ciekawości.
Kobieta po drugiej stronie odchrząknęła. Jakby zastanawiała się, czy powinna kontynuować. Jakby ważyła słowa.
- To… ja zadzwonię później - powiedziała i już miała się rozłączyć.
- Proszę poczekać - wyrwało mi się. - Z kim mam przyjemność?
Znów cisza. Tym razem dłuższa. Wystarczająca, bym zdążyła pomyśleć o wszystkim naraz: o poranku, o jego „szefie”, o tym, jak często ostatnio wychodził z pokoju, żeby odebrać telefon. O tym, jak bardzo nie chciałam łączyć tych kropek.
- Aneta - odpowiedziała w końcu. Bez nazwiska. Jakby było oczywiste, że to wystarczy.
Zapamiętałam to imię natychmiast. Ułożyło się we mnie z dziwną precyzją, jak coś, co od dawna czekało na swoje miejsce.
- Dziękuję - powiedziałam i rozłączyłam się, zanim zdążyła dodać cokolwiek więcej.
Telefon wciąż był ciepły. Odłożyłam go dokładnie tam, gdzie leżał wcześniej, między kubkiem a gazetą. Przesunęłam palcem po blacie, jakbym chciała zetrzeć ślad tej rozmowy, ale oczywiście nic się nie zmieniło. Kuchnia była taka sama. Zegar tykał. Za oknem ktoś przejechał samochodem.
Usiadłam przy stole i przez dłuższą chwilę po prostu siedziałam. Myślałam, że przyjdą łzy, że poczuję złość albo strach. Ale nie czułam nic. Jakby ktoś wyłączył we mnie emocje, zostawiając tylko suchą świadomość faktów.
Gdy Marek wrócił, było już późnym wieczorem. Słyszałam jego kroki na klatce i charakterystyczne szuranie klucza w zamku. Po pracy wyszedł jeszcze „na chwilę do sklepu”, więc w mieszkaniu panowała cisza. Serce zabiło mi szybciej, ale twarz miałam spokojną. Otworzyłam drzwi i cofnęłam się o krok.
- Już jesteś - zauważyłam.
- Tłumy, jak zawsze – odpowiedział bez wahania. Wszedł do środka, odstawił torbę z zakupami, zdjął buty, powiesił kurtkę. - Coś się stało?
- Dzwonił twój szef - powiedziałam, obserwując jego twarz.
Na ułamek sekundy coś w niej drgnęło. Ledwie zauważalnie. Jak cień.
- Tak? - zapytał. - A czego chciał?
- Chciała - poprawiłam go.
Zamilkł. Spojrzał na mnie uważniej, jakby dopiero teraz naprawdę mnie widział. W powietrzu zawisło to jedno imię, którego nie wypowiedziałam, ale które było między nami obecne.
- To pewnie jakaś pomyłka - rzucił po chwili i ruszył do łazienki, jakby rozmowa była zakończona.
Nie poszłam za nim. Nie zatrzymałam go. Zostałam w kuchni, słuchając szumu wody i myśląc o tym, jak łatwo jest uciec do innego pokoju. Jak łatwo zamknąć drzwi.
Przez resztę dnia zachowywaliśmy się normalnie. Zrobiliśmy obiad, odebraliśmy dziecko, rozmawialiśmy o sprawach, które nie miały znaczenia. On śmiał się w odpowiednich momentach, ja odpowiadałam półsłówkami. Patrzyłam na jego dłonie, na sposób, w jaki trzyma widelec, i zastanawiałam się, ile jeszcze takich gestów nie znam.
Wieczorem, gdy dziecko zasnęło, Marek wyszedł na balkon „zadzwonić do pracy”. Zostałam sama w salonie, z pilotem w ręku i ciszą, która nagle stała się zbyt głośna. Wiedziałam, że dzwoni do niej. Do Anety. I po raz pierwszy nie próbowałam sobie tego wytłumaczyć inaczej.
Nie sprawdziłam jego telefonu. Nie musiałam. Jedno zdanie w słuchawce wystarczyło.
W nocy leżałam obok niego, wpatrując się w sufit. Słyszałam jego oddech, równy i spokojny. Zastanawiałam się, czy śpi, czy tylko udaje. Czy myśli o niej, czy o mnie. A może o nikim konkretnym, tylko o tym, jak długo da się prowadzić dwa życia obok siebie.
Rano obudziłam się wcześniej. Zrobiłam kawę, usiadłam przy stole. Telefon Marka znów leżał na blacie. Tym razem nie zadzwonił. Ekran był czarny, obojętny.
Pomyślałam o tej kobiecie, o jej głosie. O tym, że nie była zaskoczona. O tym, że powiedziała „już wrócił do domu”, jakby to był fakt znany jej od dawna. Jakby to ona wiedziała, gdzie i kiedy wraca mój mąż.
Nie wiem jeszcze, co zrobię. Wiem tylko, że od tamtej rozmowy wszystko jest inne. Że nawet jeśli nikt więcej nie zadzwoni, nawet jeśli Marek nigdy nie wypowie jej imienia, ja już je znam. A są takie słowa, które raz usłyszane, nie pozwalają wrócić do poprzedniego życia. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];