Pojechałam do niego niespodziewanie do sanatorium. Spakowałam się w pośpiechu, tylko na jedną noc, wrzuciłam do torby sweter i kosmetyczkę, tę samą, którą zawsze zabierałam na krótkie wyjazdy. Chciałam zrobić mu niespodziankę, zobaczyć jego zdziwioną twarz, gdy zapukam do drzwi.

Recepcja była cicha, pachniało kawą i detergentem. Za ladą siedziała młoda dziewczyna w białej koszuli, przeglądała coś na komputerze. Podałam nazwisko i powiedziałam, że przyjechałam do męża.

Kliknęła kilka razy myszką, zmarszczyła brwi, po czym uśmiechnęła się uprzejmie.

- Pokój jest dla pana i jego żony - powiedziała spokojnie.

Przez moment pomyślałam, że źle usłyszałam. Że chodzi o jakiś skrót, formalność, słowo rzucone bez zastanowienia. Stałam z ręką opartą o ladę, czując chłód blatu pod palcami.

- Tak - odpowiedziałam po chwili. - Jestem jego żoną.

Recepcjonistka spojrzała na mnie uważniej, jakby porównywała mnie z czymś na ekranie. Jej uśmiech lekko zbladł.

- Ach… w takim razie muszę sprawdzić coś jeszcze.

I już wtedy wiedziałam, że ta niespodzianka nie była dla niego.

Recepcjonistka odwróciła monitor w swoją stronę i zaczęła coś sprawdzać, a ja stałam nieruchomo, czując, jak powietrze gęstnieje. W sanatorium panowała ta charakterystyczna cisza, przerywana tylko stukotem klawiatury i odległym dźwiękiem windy. Ktoś za mną odkaszlnął, ktoś inny zapytał o godzinę kolacji. A ja patrzyłam na jej dłonie, na paznokcie pomalowane na jasny kolor, i myślałam, że za chwilę usłyszę coś, czego nie da się cofnąć.

- Przepraszam - powiedziała w końcu ciszej. - Widzę, że pokój jest zarezerwowany dla pana i… drugiej osoby. Dane żony są inne.

Nie zapytałam "jakiej drugiej". Nie zapytałam "co to znaczy". Wystarczyło jedno spojrzenie, lekkie zawahanie w jej głosie. Wystarczyło, że nie spojrzała mi w oczy.

Podziękowałam. Sama nie wiem, za co. Odwróciłam się i wyszłam do holu, niosąc torbę, która nagle wydała mi się absurdalnie ciężka. Usiadłam na fotelu pod oknem. Przez szybę widać było ogród, ludzi spacerujących powoli, w dresach, z kubkami herbaty w rękach. Kuracjusze. Spokój. Leczenie. Wszystko, co miało być tłem dla mojego małego gestu czułości, zamieniło się w obcy krajobraz.

Wyjęłam telefon. Nie dzwoniłam do niego. Nie chciałam słyszeć jego głosu w tej chwili. Przypomniałam sobie, jak mówił, że sanatorium to "nic ciekawego", że "same zabiegi i cisza", że "będzie się nudził".

Przypomniałam sobie, jak prosił, żebym nie przyjeżdżała, bo "to nie ma sensu, bo i tak się nie zobaczymy". Wtedy uznałam to za rozsądek. Teraz brzmiało jak ostrzeżenie, którego nie chciałam zrozumieć.

Wróciłam do domu tego samego dnia. Bez rozmów, bez wyjaśnień. Spakowałam torbę i wyszłam, zanim zdążył wrócić z zabiegów. W pociągu patrzyłam na swoje odbicie w szybie i próbowałam rozpoznać kobietę, która jeszcze rano wierzyła w niespodzianki.

Kiedy zadzwonił wieczorem, nie odebrałam. Kiedy napisał, że "coś się stało?", wyłączyłam telefon. Wiedziałam, że jeśli pozwolę mu mówić, zacznie się tłumaczenie, wersje, półprawdy. A ja nie byłam gotowa na żadną z nich.

Przez kolejne dni funkcjonowałam jakby obok siebie. Chodziłam do pracy, robiłam zakupy, odpowiadałam na pytania, ale wszystko było jak zza szyby. Znajomi pytali, jak on się czuje, czy sanatorium pomaga. Kiwałam głową. Mówiłam, że "tak, pewnie". Nie wiedziałam jeszcze, co powiedzieć naprawdę.

On wrócił po tygodniu. Stanął w drzwiach z walizką, opalony, jakby wypoczęty. Próbował się uśmiechnąć. Ja stałam w kuchni i nie ruszyłam się z miejsca.

- Musimy porozmawiać - powiedział.

- Wiem - odpowiedziałam.

Rozmowa była krótka. Powiedział, że to "nie tak", że "to był błąd", że "sam nie wie, jak do tego doszło". Że ta kobieta "też była w sanatorium", że "zaczęli rozmawiać", że "to się wymknęło spod kontroli". Słuchałam i myślałam tylko o recepcjonistce, o jej spojrzeniu, o tym jednym zdaniu: "dane żony są inne".

Poprosiłam go, żeby się wyprowadził. Bez krzyków, bez dramatów. Spakował się wolniej niż zwykle. Zostawił kilka rzeczy. Jakby liczył, że to tymczasowe.

Minęły trzy miesiące. Czas, który jednocześnie płynął zbyt wolno i zbyt szybko. Przyzwyczaiłam się do ciszy w mieszkaniu, do poranków bez jego kroków, do wieczorów, w których nikt nie pytał, co na kolację. Czasem łapałam się na tym, że chcę do niego napisać. Czasem - że oddycham lżej.

Pewnego popołudnia zadzwonił do drzwi. Stał na wycieraczce, bez walizki, bez planu. Tylko on. Wyglądał gorzej niż wtedy, gdy wyjeżdżał. Schudł. Miał podkrążone oczy.

- Mogę wejść? - zapytał.

Usiedliśmy przy stole, tym samym, przy którym tyle razy jedliśmy kolacje. Mówił długo. Że żałuje. Że stracił wszystko. Że tamto było pomyłką, ucieczką, głupotą. Że teraz już wie. Że mnie kocha. Że jeśli dam mu jeszcze jedną szansę, nigdy więcej mnie nie zrani.

Słuchałam i czułam, jak we mnie ścierają się dwie siły. Jedna pamiętała wspólne lata, śmiech, codzienność. Druga - recepcję, monitor odwrócony w moją stronę, obce nazwisko przy słowie "żona".

- Nie wiem - powiedziałam w końcu. I to była jedyna prawda, na jaką mnie było stać.

Patrzył na mnie z nadzieją, jakby to słowo było obietnicą. A ja wiedziałam, że nawet jeśli go wpuszczę, tamten obraz zostanie ze mną na zawsze. Że są rzeczy, które można wybaczyć, ale nie da się ich odżyć tak, jakby nigdy się nie wydarzyły.

Zamknęłam za nim drzwi, prosząc, żeby dał mi czas. Zostałam sama w mieszkaniu, które znów było tylko moje. I do dziś nie wiem, czy to "nie wiem" kiedyś zamieni się w "tak", czy w "nie". Wiem tylko, że tamta niespodzianka w sanatorium zmieniła mnie na zawsze. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];