Wróciłam z dziećmi wcześniej z wyjazdu. Droga się skróciła, korki niespodziewanie puściły, a one zasnęły na tylnym siedzeniu szybciej, niż się spodziewałam. Myślałam tylko o tym, żeby położyć je do łóżek i wreszcie wziąć prysznic w swojej łazience.

W mieszkaniu było cicho. Za cicho, jak na dom, do którego ktoś miał wrócić dopiero wieczorem. Zostawiłam walizki w przedpokoju, zdjęłam dzieciom buty, przykryłam je kocami. Pachniały samochodem i snem.

Poszłam do łazienki. Światło zapaliło się od razu, ostre, bezlitosne. Na wieszaku wisiały dwa mokre ręczniki. Nie jeden, jak zwykle, tylko dwa. Jeszcze ciężkie od wody, niedbale przerzucone przez drążek.

Zrobiłam krok bliżej i wtedy poczułam zapach. Słodki, intensywny, zupełnie nie mój. Perfumy stały na półce, obok mojej szczoteczki do zębów. Elegancka buteleczka, której nigdy wcześniej tu nie widziałam.

Przez chwilę stałam bez ruchu, z ręką na framudze drzwi. Woda powoli ściekała z ręczników na podłogę. A ja wiedziałam już, że wróciliśmy nie tylko wcześniej, ale też… w sam środek czyjegoś cudzego dnia.

Stałam tak jeszcze chwilę, próbując wcisnąć to, co widzę, w jakąś logiczną całość. Może przyjechała mama. Może ktoś został na noc. Może to nie to, co myślę. Ale dzieci spały w pokoju obok, dom był zamknięty, a ten zapach był zbyt świeży, zbyt obecny, by dało się go wytłumaczyć czymkolwiek innym.

Zdjęłam ręczniki z wieszaka i wrzuciłam je do wanny. Były ciepłe. Ktoś brał prysznic niedawno. Bardzo niedawno. Spojrzałam w lustro. Moja twarz była spokojna, niemal obojętna. Jakby to działo się komuś innemu.

Wyszłam z łazienki i rozejrzałam się po mieszkaniu. W kuchni na blacie stały dwie filiżanki. Na krześle wisiał sweter, który był mi dobrze znany. Miękki, jasny, z długimi rękawami. Przesunęłam po nim palcami, jakbym sprawdzała, czy jest prawdziwy.

Usiadłam przy stole. W głowie miałam pustkę, ale ciało reagowało szybciej. Serce biło zbyt mocno, dłonie drżały lekko. Spojrzałam na zegarek. Była siedemnasta. On miał wrócić po dziewiętnastej. Dwie godziny. Wystarczająco dużo czasu, żeby poukładać myśli. Albo żeby całkiem się rozsypać.

Dzieci obudziły się po chwili, zaspane, jeszcze nie do końca tu. Zrobiłam im kolację, podałam jogurty, pokroiłam jabłko. Patrzyły na mnie, opowiadały coś o drodze, o tym, że chciały wrócić później. Uśmiechałam się w odpowiednich momentach. Byłam z nimi, ale jakby przez szybę.

Kiedy usłyszałam klucz w zamku, byłam gotowa. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Wszedł pewnie, z torbą w ręku, jak zawsze. Zatrzymał się na widok dzieci.

- Już jesteście? - zapytał, zaskoczony.

- Tak - odpowiedziałam. - Wróciliśmy wcześniej.

Spojrzał na mnie uważniej. Zbyt uważnie.

- Wszystko w porządku? - dodał.

Nie odpowiedziałam od razu. Poczekałam, aż dzieci pójdą do pokoju. Drzwi się zamknęły. Cisza wróciła.

- Kto tu był? - zapytałam.

Zmrużył oczy. - Co?

- W łazience są dwa mokre ręczniki. I perfumy. Nie moje.

Przez chwilę stał bez ruchu. Potem westchnął, jakby zmęczony.

- To nie tak, jak myślisz.

Uśmiechnęłam się. Ten uśmiech był obcy nawet dla mnie.

- Zawsze jest "nie tak" - powiedziałam spokojnie. - Ale tym razem nie musisz tłumaczyć. Widziałam wystarczająco dużo.

Zaczął mówić. O koleżance z pracy, która wpadła tylko na chwilę. O tym, że nic się nie stało. Że przesadzam. Słuchałam, ale słowa przelatywały obok. Patrzyłam na jego usta i myślałam tylko o tym, jak dobrze potrafi mówić, kiedy musi.

- Wyjdź - powiedziałam w końcu.

- Przestań, mamy dzieci - odpowiedział.

- Właśnie dlatego.

Nie krzyczałam. Nie płakałam. Stałam spokojnie, aż zrozumiał, że to nie jest rozmowa, tylko decyzja.

Spakował się szybko. Jakby ćwiczył to wcześniej. Torba, kosmetyczka, ładowarka. Minął mnie w przedpokoju, nie patrząc w oczy. Drzwi zamknęły się cicho.

Tamtej nocy nie spałam. Siedziałam w kuchni, wdychając zapach obcych perfum, który wciąż unosił się w powietrzu. Myślałam o tym, jak łatwo ktoś inny wszedł w moje życie. Jak łatwo zajął miejsce, które uważałam za bezpieczne.

Przez kolejne dni było cicho. Za cicho. Dzieci pytały, gdzie tata. Mówiłam, że musi wyjechać na jakiś czas. Nie dopytywały. Dzieci często wiedzą więcej, niż nam się wydaje.

On dzwonił. Pisał. Najpierw przepraszał, potem tłumaczył się, potem prosił. Mówił, że to był błąd. Że mnie kocha. Że rodzina jest najważniejsza.

Po dwóch tygodniach przyszedł. Stał pod drzwiami z kwiatami, jakbyśmy cofnęli się w czasie. Otworzyłam.

- Mogę wejść? - zapytał.

Patrzyłam na niego długo. Widziałam zmęczenie, strach, nadzieję. Widziałam też ręczniki i perfumy, choć ich już tu nie było.

- Nie wiem - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

Usiedliśmy przy stole. Mówił, że wszystko zrozumiał. Że tamta kobieta nie ma znaczenia. Że to była głupota. Że chce wrócić do domu.

- A ja? - zapytałam. - Jakie ja mam mieć miejsce po tym wszystkim?

Nie odpowiedział od razu.

- Chcę to naprawić - powiedział w końcu.

Patrzyłam na niego i myślałam o dzieciach śpiących w pokoju obok. O domu, który budowaliśmy latami. O zaufaniu, które rozpada się w jednej chwili, a składa latami - jeśli w ogóle.

Nie powiedziałam "tak". Nie powiedziałam "nie".

Zamknęłam drzwi, prosząc go o czas. Zostałam sama, z ciszą, która była inna niż wcześniej. Cięższa. Ale też prawdziwa.

I wiem jedno: są rzeczy, których nie da się "odwiesić" jak mokrych ręczników. Można je tylko zapamiętać. I nauczyć się z nimi żyć, cokolwiek zdecyduję dalej. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];