Otworzyłam laptopa, bo potrzebowałam wydrukować pracę domową córki. Było już późno, ona siedziała przy stole w piżamie, z długopisem w ręku, zniecierpliwiona, że "znowu coś nie działa". Mój komputer był rozładowany, więc sięgnęłam po jego. Znałam hasło, nigdy go nie zmieniał.
Ekran rozświetlił się od razu. Przeglądarka była otwarta.
Przez chwilę patrzyłam bez zrozumienia na biały formularz z urzędowym nagłówkiem, jak na coś, co nie ma ze mną żadnego związku. Dopiero po sekundzie przeczytałam tytuł.
"Wniosek o uznanie ojcostwa".
Serce uderzyło mi szybciej, ale ręce wciąż poruszały się automatycznie. Kliknęłam, jakbym wciąż szukała pliku do druku. Formularz był wypełniony częściowo. Jego imię. Jego nazwisko. Numer PESEL wpisany bez błędu, tak, jak zawsze.
Zatrzymałam wzrok na pustych polach dalej. Dane matki dziecka. Miejsce urodzenia. Data.
Z kuchni dobiegał szum czajnika. Córka zapytała, czy już może drukować. Odpowiedziałam "zaraz", chociaż wiedziałam, że nic już nie będzie "zaraz". Laptop stał otwarty na stole, a ja nagle poczułam, że ktoś bardzo cicho, bez pytania, dopisał do mojego życia rozdział, o którym nie miałam pojęcia.
Zamknęłam laptopa odruchowo, jakby ktoś mógł zajrzeć mi przez ramię. Córka patrzyła na mnie uważnie, z tą dziecięcą intuicją, która wyłapuje zmianę tonu szybciej niż słowa.
- Mamo, co jest? - zapytała.
- Nic - odpowiedziałam zbyt szybko. - Drukarka się zawiesiła. Zaraz spróbujemy jeszcze raz.
Wstałam, nalałam wody do szklanki, chociaż nie chciało mi się pić. Ręce lekko mi drżały, więc oparłam się o blat. W głowie miałam pustkę i jednocześnie zbyt wiele myśli naraz. "Wniosek o uznanie ojcostwa". Urzędowe słowa, zimne, konkretne. Nie było w nich miejsca na dom, na kolacje, na odrabianie lekcji. Było tylko potwierdzenie czegoś, co już się wydarzyło.
Wydrukowałam pracę z telefonu. Jakoś się udało. Córka zabrała kartki do pokoju, zadowolona, że "problem rozwiązany". Zamknęłam za nią drzwi i dopiero wtedy pozwoliłam sobie usiąść. Laptop wciąż leżał na stole, zamknięty, ale miałam wrażenie, że świeci jak sygnał ostrzegawczy.
Otworzyłam go ponownie. Spokojniej. Wolniej. Formularz nadal był tam, gdzie go zostawiłam. Przewinęłam w dół. W niektórych polach wpisano daty. Niedawne. Bardzo niedawne. W jednym miejscu brakowało tylko podpisu.
Nie płakałam. Jeszcze nie. Zamiast tego zaczęłam liczyć w myślach. Miesiące. Daty. Przypominać sobie wyjazdy służbowe, wieczory, kiedy wracał później, dni, gdy mówił, że jest zmęczony. Wszystko nagle zaczęło się układać w ciąg, którego wcześniej nie chciałam widzieć.
Usłyszałam, jak otwierają się drzwi wejściowe. Wrócił wcześniej. Zwykle cieszyłam się z takich niespodzianek.
- Hej - powiedział z korytarza. - Drukarka znowu nie działa?
Nie odpowiedziałam od razu. Patrzyłam na ekran. Na jego imię i nazwisko. Na słowo "ojciec".
- Musimy porozmawiać - powiedziałam w końcu.
Zatrzymał się w progu kuchni. Spojrzał na mnie, potem na laptopa. Zrozumiał szybciej, niż się spodziewałam.
- To nie jest tak, jak myślisz - zaczął.
- Wiesz, co myślę? - zapytałam. - Myślę, że ktoś ma dziecko. I że ty właśnie próbujesz to zalegalizować.
Usiadł. Przetarł twarz dłońmi. Przez chwilę milczał, jakby szukał odpowiednich słów, ale takich słów nie ma.
- To był błąd - powiedział w końcu. - Krótka historia. Już się skończyła.
- A dziecko? - zapytałam. - Też "krótka historia"?
Nie spojrzał mi w oczy. Powiedział wszystko. O kobiecie, z którą "nic nie planował". O ciąży, która była "zaskoczeniem". O tym, że chciał "zrobić to, co należy". Słuchałam, ale każde zdanie było jak kolejny kamień dokładany do pleców.
- A my? - zapytałam cicho. - Ja? Twoja córka w pokoju obok?
- To nic nie zmienia - odpowiedział szybko. - Jesteście moją rodziną.
Popatrzyłam na niego długo.
- Zmienia wszystko - powiedziałam.
Tamtej nocy spał na kanapie. Ja nie spałam wcale. Słyszałam, jak przewraca się z boku na bok. Myślałam o dziecku, które gdzieś się urodziło albo miało się urodzić. O tym, że moje życie nagle przestało być zamkniętą całością. Ktoś dopisał do niego przypis, którego nie mogłam wykreślić.
Przez kolejne dni chodziłam jak w mgle. Dzieci. Praca. Sklep. On próbował być miły, pomocny, obecny. Jakby wystarczyło więcej herbaty i cichszy głos, żeby wszystko wróciło na swoje miejsce.
Ale nie wracało. Formularz zniknął z laptopa. To niczego nie zmieniło. Nie da się "zamknąć" czegoś, co już zostało otwarte.
Po tygodniu powiedziałam mu, że musi się wyprowadzić. Nie protestował. Może wiedział, że to jedyna uczciwa reakcja, na jaką mnie stać. Zostałam sama z dziećmi i z myślą, że gdzieś jest jeszcze jedno. Jego. Nie moje. A jednak na zawsze związane z moim życiem.
Nie wiem jeszcze, jak to wszystko poukładam. Wiem tylko, że czasem jedno urzędowe zdanie wystarczy, żeby rozsypać cały świat. I że od tamtej chwili nic nie będzie już takie jak wcześniej - nawet jeśli bardzo bym tego chciała. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];