Rozwiedliśmy się cywilizowanie, jak dorośli ludzie. Podzieliliśmy mieszkanie, meble, oszczędności. Ale kiedy przyszło do psa, wtedy zobaczyłam, jaki naprawdę jest człowiek, z którym przeżyłam 25 lat
Gdyby ktoś mi powiedział, że dwadzieścia pięć lat małżeństwa zakończy się kłótnią o kundla o imieniu Figa, roześmiałabym się w głos. A jednak.
Potrafiliśmy podzielić mieszkanie, samochód, konto oszczędnościowe i nawet serwis obiadowy po mamie Stanisława - ale nie potrafiliśmy podzielić jednego kudłatego stworzenia o brązowych oczach i zwyczaju spania na kanapie.
Poznałam Stanisława na imieninach wspólnej znajomej. Ja miałam dwadzieścia dziewięć lat i pracę w wydziale komunikacji w urzędzie miasta w Bydgoszczy, on trzydzieści jeden i własny warsztat samochodowy na Fordonie.
Spokojny, opanowany, taki, co to nigdy głosu nie podniesie. Sąsiadki mi zazdrościły. "Renata, ty to masz szczęście" - powtarzała Jola z parteru, której Mirek potrafił krzyczeć tak, że na trzecim piętrze było słychać. A ja się uśmiechałam, bo wtedy jeszcze wierzyłam, że cisza w domu to oznaka szacunku.
Cisza okazała się czymś innym. Nie szacunkiem, ale murem. Przez ostatnie lata naszego małżeństwa żyliśmy jak dwoje współlokatorów. On w swoim warsztacie do późna, ja ze swoimi papierami w urzędzie. Wieczorami telewizor i osobne strony kanapy. Nikt nie krzyczał, nikt nie płakał. Po prostu wyschło. Jak rzeka, która jednego dnia jest, a drugiego - suche kamienie.
Figę adoptowaliśmy z schroniska siedem lat temu, kiedy już właściwie niewiele nas łączyło. Stanisław chyba myślał, że pies coś sklei. Ja myślałam, że przynajmniej będę miała do kogo mówić wieczorami.
Figa okazała się ratunkiem - ale nie dla małżeństwa. Dla mnie. Z nią chodziłam na spacery nad Brdą, z nią rozmawiałam, jej opowiadałam o dniu w pracy, o pani naczelnik, która znowu kazała przerabiać protokoły.
Kiedy w końcu usiedliśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole i Stanisław powiedział "Renata, oboje wiemy, że to nie ma sensu" - poczułam ulgę. Czystą, fizyczną ulgę, jakby ktoś zdjął mi z ramion mokry, ciężki płaszcz. Uzgodniliśmy, że będziemy dorośli. Że nie będziemy ciągać się po sądach. Że podzielimy wszystko po połowie, uczciwie.
I rzeczywiście. Mediatorka, pani Wrzesińska, patrzyła na nas z niedowierzaniem. "Państwo to pierwszy rozwód, przy którym nie muszę nikogo uspokajać" - powiedziała na trzecim spotkaniu. Stanisław dostał samochód i garaż, ja mieszkanie z dopłatą. Meble podzieliliśmy pokojowo. Nawet zdjęcia z wakacji w Łebie dałam mu bez żalu.
A potem przyszła kolej na Figę.
"Figa jedzie ze mną" - powiedział Stanisław tonem, jakiego wcześniej nie słyszałam. Nie poprosił, nie zaproponował - oznajmił. W jego głosie było coś nowego. Twardość, której nie pamiętałam z żadnej naszej rozmowy przez ćwierć wieku.
"Stanisław, Figa śpi ze mną w sypialni od pięciu lat. Ja ją karmię, ja z nią chodzę do weterynarza, ja..."
"A kto za nią płacił? Kto zapłacił za adopcję? Kto kupił tę budę, w której nie chciała spać?"
Pani Wrzesińska podniosła brew. Pierwszy raz w czasie naszych spotkań wyglądała na zaskoczoną.
Stanisław zaczął wyliczać. Koszt karmy - on płacił. Szczepienia - z jego konta. Zabawki - kupował w markecie, bo i tak jechał po olej do warsztatu. Mówił to wszystko spokojnie, metodycznie. Jak człowiek, który się przygotował. Który zaplanował to wcześniej niż ja zdążyłam pomyśleć.
I wtedy zobaczyłam coś, czego przez dwadzieścia pięć lat nie chciałam zobaczyć.
Stanisław nie kochał Figi. Stanisław chciał wygrać.
Ten spokój, który przez lata brałam za dojrzałość - to była kontrola. Te ugodowe gesty przy podziale majątku - to był wstęp, rozgrywka, budowanie wizerunku człowieka rozsądnego, żeby potem, przy jednej jedynej rzeczy, która naprawdę dla mnie znaczyła coś więcej niż pieniądze, mieć przewagę.
"Prawnie pies jest rzeczą" - powiedział na kolejnym spotkaniu, patrząc nie na mnie, ale na mediatorkę. "Mam rachunki. Kto płacił, tego pies."
Wróciłam do domu i usiadłam na podłodze w przedpokoju. Figa natychmiast do mnie przyszła, położyła łeb na moich kolanach i westchnęła tak po psiemu - głęboko, z całego ciała. Pogłaskałam ją za uchem i pomyślałam: no dobrze, Stanisław. To teraz zobaczymy, kto tu jest dorosły.
Poprosiłam Olę, moją córkę, żeby poszła ze mną do weterynarza. Wzięłam wszystkie karty wizyt Figi - zapisane na moje nazwisko. Wzięłam zdjęcia ze spacerów, logi z aplikacji, w której śledziłam jej wagę i odrobaczanie. Wzięłam zaświadczenie od weterynarza, że to ja przyprowadzam Figę na wizyty od siedmiu lat.
Nie chciałam iść do sądu. Ale Stanisław nie dawał mi wyboru.
Na rozprawie jego prawnik mówił o rachunkach. Mój - o faktycznej opiece. Sędzia, kobieta mniej więcej w moim wieku, słuchała uważnie. W pewnym momencie zapytała Stanisława wprost: "Proszę pana, kiedy ostatnio pan wyprowadzał psa na spacer?"
Cisza. Ta sama cisza, którą znałam z naszego salonu. Stanisław otworzył usta, zamknął. Jego prawnik szepnął mu coś do ucha.
"Nie pamiętam dokładnie" - powiedział w końcu.
"A pani pamięta?" - sędzia zwróciła się do mnie.
"Dziś rano. Wczoraj wieczorem. I wczoraj rano. I tak od siedmiu lat, proszę pani."
Figa została ze mną. Oczywiście, że została. Ale nie o to tu chodzi.
Kiedy wychodziliśmy z sądu, Stanisław dogonił mnie na korytarzu. Myślałam, że powie coś złośliwego. Że skrzywi się i odejdzie. Zamiast tego nachylił się i powiedział cicho, żebym tylko ja słyszała: "Zapamiętam ci to."
I wtedy, na tym sądowym korytarzu pachnącym kurzem i starym drewnem, zrozumiałam ostatecznie, że przez dwadzieścia pięć lat żyłam z kimś, kogo nie znałam. Że ta cywilizowana fasada - uprzejmość, spokój, racjonalność - to nie był charakter. To była strategia. A kiedy strategia przestała działać, został człowiek, który mówi "zapamiętam ci to" do kobiety, z którą miał dwoje dzieci.
Wracałam do domu tramwajem. Za oknem przesuwała się Bydgoszcz w jesiennym słońcu - Stary Rynek, kamienice nad Brdą, ludzie z siatkami wracający z sobotnych zakupów. Normalne życie. I pomyślałam, że to właśnie jest najtrudniejsze w rozwodzie - nie podział mieszkania, nie papierki w sądzie, nie przeprowadzka.
Najtrudniejsze jest to, że musisz na nowo ocenić każde wspomnienie. Każdą chwilę, która wydawała ci się dobra, sprawdzić jeszcze raz i zapytać: czy to było prawdziwe? Czy on naprawdę był spokojny - czy po prostu czekał?
Figa leży teraz obok mnie na kanapie. Na tej samej kanapie, którą Stanisław wspaniałomyślnie mi zostawił. Pies śpi, ja piję herbatę i patrzę na ścianę, na której został jaśniejszy prostokąt po zdętym obrazie.
Niektóre puste miejsca lepiej zostawić puste.