Tamten czwartkowy obiad pamiętam w każdym szczególe. Pamiętam wzór na ceracie, niedojedzoną pieczeń na talerzu Dariusza, dźwięk odkręcanej wody w zlewie. I ciszę. Ciszę mojej córki, która była głośniejsza od wszystkiego, co mógłby powiedzieć jej mąż.
Ale zacznę od początku, bo ta historia nie zaczęła się przy stole. Zaczęła się dwa miesiące wcześniej, kiedy potknęłam się o próg w łazience i złamałam nadgarstek.
Głupi wypadek - mokra podłoga, kapcie za duże o numer, pośpiech. Karetka, szpital w Olsztynie, gips, powrót do domu. Nic wielkiego, pomyślałam wtedy. Siedemdziesiąt cztery lata i pierwsze złamanie w życiu - mogło być gorzej.
Marzena przyjechała następnego dnia z torbą zakupów i miną, jakbym miała co najmniej raka. Chodziła po moim mieszkaniu, zaglądała do lodówki, sprawdzała, czy mam czyste ręczniki. Znałam tę jej minę od dziecka - zaciskała usta dokładnie tak jak jej ojciec, mój Stanisław, kiedy się martwił, ale nie chciał tego okazać.
Przez pięć lat po śmierci Staszka radziłam sobie sama. Opłacałam rachunki, robiłam zakupy, chodziłam na spacery nad Łyną, w niedzielę na mszę do katedry. Przez trzydzieści osiem lat pracowałam na poczcie - sortowałam, podawałam, liczyłam, dźwigałam paczki. Nie byłam kobietą, która się poddaje.
Ale ten złamany nadgarstek coś zmienił. Nie we mnie - w nich.
Dariusz zaczął dzwonić częściej. On, który przez dwadzieścia lat małżeństwa z Marzeną odezwał się do mnie może sto razy z własnej inicjatywy. Nagle pytał o zdrowie, o ciśnienie, czy wzięłam leki.
Raz przyjechał sam, bez Marzeny, i chodził po mieszkaniu z taką miną, jakby wyceniał metraż. Stanął przy oknie w dużym pokoju, tym z widokiem na park, i powiedział: - Ładna okolica. Teraz to pewnie ze cztery tysiące za metr, nie?
Nie odpowiedziałam. Ale zapamiętałam.
Potem były drobne rzeczy. Marzena wspomniała przy kawie, że koleżanka z pracy umieściła matkę w takim „wspaniałym ośrodku pod Mrągowem" i że matka jest „taka zadowolona, bo ma towarzystwo".
Dariusz przy następnej wizycie zostawił na stoliku w przedpokoju folder - błyszczący, kolorowy, z uśmiechniętymi staruszkami na okładce. „Dom Seniora Złota Jesień". Udałam, że go nie widziałam.
A potem przyszedł ten czwartek.
Marzena zaprosiła mnie na obiad. Przyjechała po mnie samochodem, chociaż normalnie jeżdżę autobusem i nigdy o to nie proszę. W domu pachniało pieczenią i jabłkami. Stół nakryty jak na święto - serwetki, kieliszki, nawet świeczka. Pomyślałam wtedy, że może mają mi coś miłego do powiedzenia. Może Marzena jest w ciąży - choć w jej wieku byłby to cud. Może Dariusz dostał awans w firmie budowlanej.
Jedliśmy. Rozmowa płynęła normalnie - o pogodzie, o sąsiadce, która znowu zalała piętro niżej, o tym, że wnuczka Paulinka dostała szóstkę z polskiego. Potem Dariusz odłożył widelec, otarł usta serwetką i pochylił się w moją stronę.
- Pani Lucyno - zaczął, i już po tym „pani Lucyno" wiedziałam, że będzie źle. Przez dwadzieścia lat mówił do mnie po imieniu albo „mamo". - Rozmawialiśmy z Marzeną i chcielibyśmy poruszyć pewien temat.
Spojrzałam na córkę. Siedziała z opuszczonym wzrokiem i obracała obrączkę na palcu.
- Pani zdrowie nas niepokoi - ciągnął Dariusz. - Ten upadek, nadgarstek, no i sama pani wie, mieszkanie na trzecim piętrze bez windy, to nie jest optymalne rozwiązanie.
Optymalne rozwiązanie. Mówił o moim domu - o mieszkaniu, w którym wychowałam Marzenę, w którym umarł Staszek, w którym każdy mebel ma swoją historię - jak o „rozwiązaniu".
- Jest taki ośrodek pod Mrągowem. Bardzo dobry standard, opieka całodobowa, lekarz na miejscu. Bo tam będą się panią lepiej zajmować niż pani sama.
Cisza. Zegar na ścianie tykał tak głośno, jakby ktoś podkręcił mu dźwięk.
Czekałam. Patrzyłam na Marzenę i czekałam. Jedno słowo. Jedno „tato, przesadzasz" albo „mamo, to nie tak" albo choćby „porozmawiajmy o tym spokojnie". Cokolwiek.
Marzena wstała od stołu. Zebrała talerze. Podeszła do zlewu i odkręciła wodę.
I wtedy zrozumiałam, że to nie jest pomysł Dariusza. To znaczy - słowa były jego. Ale ta kolacja, serwetki, kieliszki, pieczeń - to było przygotowane. Przez nią. Ona wiedziała. Wiedziała i się zgodziła. A teraz zmywała naczynia, żeby nie musieć patrzeć mi w oczy.
Wstałam powoli. Nogi miałam jak z waty, ale głos twardy.
- Dziękuję za obiad - powiedziałam. - Zadzwonię po taksówkę.
- Mamo, poczekaj - odezwała się wreszcie Marzena, ale nie odwróciła się od zlewu. - Nikt cię do niczego nie zmusza. My tylko...
- Wy tylko co? - Głos mi się nie załamał. Byłam z siebie dumna. - Chcecie mnie oddać obcym ludziom, bo tak będzie wygodniej? Bo mieszkanie na trzecim piętrze w centrum Olsztyna ładnie by się sprzedało?
- Pani Lucyno, to nie tak... - zaczął Dariusz.
- A jak? - Spojrzałam na niego. - Dwadzieścia lat nie interesowałeś się, gdzie mieszkam. A teraz nagle nie jest „optymalne"?
Marzena odwróciła się. Miała mokre oczy i ręce w żółtych gumowych rękawicach. Wyglądała żałośnie i kochałam ją tak bardzo, że bolało.
- Mamo, ja się o ciebie boję - powiedziała cicho.
- To się bój. Ale bój się przy mnie, a nie zamiast mnie.
Wróciłam do domu taksówką. Trzydzieści złotych i cisza w samochodzie - najlepsza podróż tego wieczoru. Weszłam na swoje trzecie piętro, każdy stopień jak mały triumf. Zamknęłam drzwi. Usiadłam w fotelu Staszka.
Nie płakałam. Chciałam, ale nie dałam sobie na to pozwolenia. Jeszcze nie.
Przez następne dwa tygodnie Marzena dzwoniła codziennie. Krótkie rozmowy, ostrożne, jakbyśmy obie chodziły po cienkim lodzie. Nie wspominałyśmy o Mrągowie. Dariusz się nie odzywał.
W trzecim tygodniu Marzena przyjechała sama. Bez zakupów, bez złotych rad. Usiadła przy kuchennym stole, wypiła herbatę z cytryną i powiedziała: - Przepraszam, mamo. Powinnam była to powiedzieć od razu, a nie zmywać gary jak tchórz.
Nie odpowiedziałam od razu. Patrzyłam na nią - na zmarszczki wokół oczu, które miała po mnie, na siwe pasemko, które miała po ojcu.
- Wiesz, co mnie najbardziej zabolało? - spytałam w końcu. - Nie to, co powiedział Dariusz. On ma prawo mieć swoje zdanie. To, że ty milczałaś.
Marzena skinęła głową. Nie próbowała się tłumaczyć, nie mówiła, że Dariusz ją namówił, nie szukała wymówek. I za to ją szanowałam.
Nie powiedziałam jej, że wybaczyłam. Bo nie wiem, czy wybaczyłam. Ale nalałam jej drugą herbatę. I opowiedziałam, jak wnuczka Paulinka napisała do mnie list z rysunkiem babci na tle bloku. Babcia miała na rysunku trzy piętra pod nogami i koronę na głowie.
Może Paulinka rozumie więcej niż dorośli.
Nadal mieszkam na trzecim piętrze. Kupiłam nowe kapcie - na rozmiar. Założyłam matę antypoślizgową w łazience. I codziennie wchodzę po schodach, licząc stopnie. Czterdzieści osiem. Dokładnie tyle samo co wczoraj i tyle samo co jutro.
Folder „Złota Jesień" podłożyłam pod nierówną nogę od szafki w przedpokoju. Idealnie pasował. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];