Na moje imieniny syn zaprosił rodzinę do pizzerii - "mamo, dziś ty jesteś gościem". Przy kasie synowej "nie działał blik", a syn zostawił portfel w aucie, więc zapłaciłam: sześćset czterdzieści złotych, "oddamy dziesiątego". Imieniny miałam w czerwcu.

Kelnerka położyła terminal na ladzie i uśmiechnęła się do mnie, chociaż to nie ja miałam płacić. Kasia stukała w ekran telefonu coraz szybciej, jakby siłą palca dało się coś naprawić.

- No nie działa - powiedziała w końcu. - Blik mi się wywala. Grzesiu, masz kartę?

Mój syn poklepał się po kieszeniach marynarki, potem spodni, potem znowu marynarki.

- Portfel został w aucie. Kurczę. Mamo, poczekaj, skoczę...

- Daj spokój, auto stoi na końcu parkingu, a pani czeka.

Wyjęłam kartę, zanim zdążyłam pomyśleć. Sześćset czterdzieści złotych. PIN. Zielony ptaszek na ekranie.

- Oddamy dziesiątego, mamo, słowo - Kasia ścisnęła mnie za ramię. - Dziesiątego mam wypłatę.

Za nami Kuba namawiał dziadka Romana na jeszcze jedne lody, a mama Kasi pytała, czy ktoś nie widział jej okularów. Nikt nie patrzył w stronę kasy. Tylko Grzesiek patrzył w podłogę, jakby szukał tam czegoś, co mu wypadło.

Wtedy w ogóle nie myślałam o pieniądzach. Myślałam o tym, jak godzinę wcześniej wstał przy stole z kieliszkiem i powiedział, trochę za głośno, żeby słyszał teść: "Mamo, dziś ty jesteś gościem.

Nic nie gotujesz, nic nie nosisz, nic nie płacisz". Od kiedy cztery lata temu pochowaliśmy Andrzeja, co roku w czerwcu zabierał mnie gdzieś na moje imieniny. Raz na obiad do Trzebnicy, raz na lody nad Odrę. W tym roku pierwszy raz z całą rodziną Kasi. Pierwszy raz do pizzerii, bo dzieci tak chciały.

Dziesiąty lipca minął. Nie lubię się upominać - dwadzieścia sześć lat liczę cudze pieniądze w księgowości spółdzielni mieszkaniowej na Gądowie i wiem, jak brzydko wygląda człowiek, który przychodzi po swoje. Ale dwunastego napisałam esemesa. Trzy razy go przerabiałam, żeby nie brzmiał jak monit.

"Grzesiu, nie chcę być upierdliwa, ale pamiętaj o tamtym z pizzerii, jak będziesz mógł."

Odpisał po trzech godzinach: "Jasne mamo, sorki, w przyszłym tygodniu."

Przyszły tydzień też minął.

W sierpniu przyjechali na niedzielny obiad. Kasia sama zaczęła, przy szarlotce, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć:

- Mamo, z tymi pieniędzmi to dziesiątego września na pewno. Trochę mi się rzeczy nazbierało.

Zapamiętałam to "mi". Nie "nam". Zapamiętałam też, że w tym roku nie pojechali nad morze, pierwszy raz od urodzenia Oliwki. "Kasia nie dostała urlopu" - powiedział Grzesiek i od razu zaczął opowiadać o czymś innym.

Moja siostra Halina, kiedy się jej poskarżyłam przez telefon, nie miała wątpliwości:

- Jola, sześćset czterdzieści złotych to nie majątek. Ale to jest zasada. Ja bym już dawno powiedziała wprost.

- I co bym powiedziała? Że żałuję synowi pizzy na własne imieniny?

- Nie ty zamawiałaś tę pizzę.

Rozłączyłam się zła. Na nią, na siebie, najbardziej na to, że ta myśl już we mnie siedziała. Że mój syn mnie po prostu naciągnął. Ładnie, z kieliszkiem w ręku, przy teściach.

Na początku września Grzesiek przyjechał do mnie w środę przed południem naprawić kran. Zdziwiłam się, przecież jako dyspozytor w firmie transportowej pod Kątami siedział od siódmej do piątej. "Odbieram nadgodziny" - rzucił. Zjadł dwa talerze pierogów z kapustą, tak łapczywie, że aż mnie coś ścisnęło. Telefon mu brzęczał trzy razy, za każdym razem go odrzucał.

A kilka dni później Oliwka, kiedy odbierałam ją z angielskiego, powiedziała:

- Babciu, tata teraz codziennie nas odprowadza i odbiera. Fajnie, nie?

Dziesiąty września minął. Nie napisałam już nic.

Dwudziestego trzeciego, we wtorek, pojechałam do banku na Legnickiej z dokumentami dla spółdzielni. Był ciepły dzień, jeden z tych wrześniowych, które udają lipiec. Na parkingu przy targowisku zobaczyłam szarą octavię z naklejką na tylnej szybie: "Kuba i Oliwia na pokładzie". Sama ją kupiłam na stacji benzynowej, kiedy Kuba się urodził.

Grzesiek siedział w środku. Laptop oparty o kierownicę, na desce rozdzielczej bułka w folii, obok kubek z kawą ze stacji. Była jedenasta rano.

Zapukałam w szybę. Podskoczył, zamknął laptopa tak szybko, jakbym go przyłapała na czymś wstydliwym. Potem chyba zrozumiał, że już za późno, i otworzył mi drzwi od strony pasażera.

- Mamo? Co ty tu...

- To ja pytam.

Usiadłam. W aucie pachniało zimną kawą i papierem. Na tylnym siedzeniu leżał plik wydrukowanych CV, przewiązany gumką recepturką.

Długo milczał. Patrzył przed siebie, na wózek z Lidla, który ktoś zostawił przy krawężniku.

- Firmę zamknęli w marcu - powiedział w końcu. - Pan Wojtek nie dał rady z kredytami. Wszystkich zwolnił z dnia na dzień. Jestem zarejestrowany w urzędzie, coś tam dostaję. W weekendy rozwożę meble z kolegą. Kasia ciągnie dom.

- Od marca - powtórzyłam.

- Codziennie rano wychodzę o siódmej. Nie umiem siedzieć w domu, mamo. Sąsiedzi patrzą. Dzieciaki pytają. To siedzę tu. Wysyłam papiery, dzwonię. Czasem ktoś oddzwoni.

- A Kasi rodzice?

Pokręcił głową.

- Teść od ślubu czeka, aż się okaże, że Kasia wyszła za nieudacznika. Nie chciałem mu dać tej satysfakcji. Nie w twoje imieniny.

- To po co w ogóle ta pizzeria, Grzesiu?

- Bo co roku cię gdzieś zabieram - powiedział cicho. - Od taty. Bo jakbym odwołał, wszyscy by pytali dlaczego. Myślałem, że do lipca coś znajdę. Że oddam i nikt się nie dowie.

Zapytałam o ten blik. Nie od razu odpowiedział. Obracał w palcach kluczyki, aż zadzwoniły o siebie.

- Kasia wymyśliła. W łazience, przed deserem. Konto było na minusie, karta przy limicie. Ale ja się zgodziłem, mamo. - Spojrzał na mnie pierwszy raz od początku tej rozmowy. - Portfel miałem w kieszeni. Pusty, ale miałem.

Pamiętam, że złożyłam ręce na teczce z dokumentami, żeby nie było widać, jak się trzęsą. Pamiętam, że chciało mi się krzyczeć - nie o te sześćset czterdzieści złotych, tylko o czerwcowy wieczór, w którym byłam "gościem", a naprawdę grałam rolę w przedstawieniu, o którym nikt mi nie powiedział. I o te trzy miesiące, w których zdążyłam w myślach zrobić z własnego syna cwaniaka.

- Myślisz, że mnie chodzi o pieniądze? - zapytałam.

- A o co?

- O to, że od czerwca myślałam, że mnie naciągasz. A ty od pół roku siedzisz sam w aucie na parkingu i jesz bułkę na kierownicy.

Nie odpowiedział. Tylko oparł czoło o kierownicę, tak samo jak robił to Andrzej, kiedy coś go przerastało. Pierwszy raz zobaczyłam, jak bardzo jest do niego podobny.

Wieczorem zadzwoniła Kasia. Płakała do słuchawki tak, że ledwo ją rozumiałam.

- To ja wymyśliłam, mamo. Przepraszam. Bałam się, że tata znowu powie przy wszystkich to, co mówi, kiedy myśli, że nie słyszę.

Długo milczałam. A potem powiedziałam jej coś, czego nie powiedziałam nigdy nikomu, nawet Halinie.

- Mój ojciec patrzył tak na Andrzeja przez trzydzieści lat, Kasiu. Przy każdej wigilii, przy każdych imieninach. Andrzej udawał, że nie widzi. A ja udawałam, że nie widzę, że on widzi. I wiesz, co jest najgorsze? Że ja też czasem kłamałam, żeby tata nie miał racji.

W słuchawce zrobiło się cicho. Słyszałam tylko, jak Kasia wydmuchuje nos.

- W niedzielę przyjedźcie na rosół - powiedziałam. - I niech nikt niczego nie przywozi.

Dziesiątego października w skrzynce na listy leżała koperta. W środku pięćdziesiąt złotych i kartka wyrwana z zeszytu Kuby: "1/13. G."

Nie wydałam tych pieniędzy. Leżą w szufladzie meblościanki, pod obrusem, który dostałam od Andrzeja na dwudziestą rocznicę. Halina pyta, czy oddał. Mówię, że oddaje. I że to jest różnica, której ona chyba nigdy nie zrozumie.

Na przyszłe imieniny robię pierogi u siebie. Gościem będzie każdy, kto przyjdzie - i nikt nie będzie musiał udawać, że zostawił portfel w aucie. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];