Mąż od wiosny co wieczór o dziewiątej wychodzi na balkon "zaczerpnąć powietrza" i zawsze zabiera telefon. W piątek akurat o tej porze zapukał sąsiad po wiertarkę, mąż poszedł do piwnicy, a telefon został na stole. Zawibrował o 21:00. Na ekranie: "Jesteś już na balkonie?"

Telefon zawibrował dokładnie w chwili, gdy kroiłam sernik. Zegar nad lodówką pokazywał 21:00, a komórka Mirka podskakiwała po ceracie obok cukiernicy, jakby chciała uciec ze stołu.

Nie powinno jej tu być. Od marca, codziennie o dziewiątej, mój mąż wstawał z fotela, przeciągał się i mówił to samo zdanie:

- Wyjdę zaczerpnąć powietrza.

I zabierał telefon. Zawsze. Tego piątku, dwie minuty przed dziewiątą, ktoś zapukał do drzwi. Pan Staszek z czwartego piętra, w kapciach i z miną zbitego psa.

- Mirek, ratuj, wiertarka mi padła, a jutro wnuczce półki obiecałem.

Mirek zerknął na zegar. Wiem, że zerknął, bo sama na niego patrzyłam. Westchnął, wziął klucze od piwnicy i zszedł. Telefon został przy cukiernicy.

I teraz wibrował.

Nie jestem kobietą, która przegląda mężowi telefon. Przez trzydzieści cztery lata małżeństwa ani razu tego nie zrobiłam. Ale ekran rozświetlił się sam, a ja stałam pół metra od niego z nożem do ciasta w ręce.

"Zbyszek MPK: Jesteś już na balkonie?"

Zbyszek Kowalik. Mirek przejeździł z nim dwadzieścia lat tramwajem po Wrocławiu. Tylko że Zbyszek od trzech lat siedzi u córki w Irlandii i dzwoni raz w roku, na imieniny.

Telefon zawibrował drugi raz.

"Widzę, że u was w kuchni się świeci. Ela jeszcze nie śpi?"

Odłożyłam nóż. Bardzo ostrożnie, jakby mógł wybuchnąć.

Zgasiłam światło i podeszłam do okna. Nasza kuchnia wychodzi na podwórko, a po drugiej stronie, jakieś sześćdziesiąt metrów dalej, stoi bliźniaczy blok. W czerwcu o dziewiątej jest jeszcze jasno, niebo było różowe od zachodu. Na trzecim piętrze, na balkonie obstawionym pelargoniami, stała kobieta. Trzymała telefon i patrzyła prosto w nasze okno.

Potem spojrzała na ekran, wzruszyła ramionami i weszła do środka.

Usiadłam na taborecie. Ręce miałam lodowate, chociaż w kuchni było duszno od piekarnika.

Mam pięćdziesiąt dziewięć lat i jeszcze dwa lata do emerytury. Codziennie od siódmej do piętnastej siedzę w księgowości hurtowni budowlanej na Muchoborze, potem zakupy, obiad, pranie. O wpół do dziesiątej zasypiam przed telewizorem, a Mirek budzi mnie i prowadzi do łóżka. Tak było od lat. Myślałam, że tak wygląda spokojne małżeństwo.

Mirek trzy lata temu przeszedł na emeryturę po trzydziestu latach za sterami tramwaju. Pierwszą zimę przesiedział w fotelu. Potem wymyślił działkę - wtorki i czwartki, rano, kiedy byłam w pracy. Cieszyłam się, że ma zajęcie. Tylko że w tym roku pomidory jakoś nie wzeszły, a ogórki zarosły chwastem. Zwaliłam to na pogodę.

Teraz układało mi się w głowie wszystko naraz. Nowa koszula w kratę, kupiona "bo stara się przetarła". Golenie się codziennie, nawet w niedzielę. Woda kolońska, której nie używał od wesela syna.

Klucz zazgrzytał w zamku o 21:12. Mirek wszedł, spojrzał na stół, chwycił telefon. Nie patrzył na mnie.

- Idę na chwilę - rzucił i już był na balkonie.

Poszłam do sypialni i stanęłam w ciemności przy firance. Widziałam go z boku: łokcie na barierce, telefon przy uchu. I śmiał się. Tak, jak nie śmiał się przy mnie od lat - z odchyloną głową, jak chłopak. Po drugiej stronie podwórka, na trzecim piętrze, znów stała tamta kobieta. Też z telefonem. Rozmawiali, patrząc na siebie przez całe podwórko. Pod lipą, która właśnie zaczynała kwitnąć.

Tej nocy nie spałam. On chrapał spokojnie, jak co noc.

W sobotę rano powiedziałam, że idę po bułki. Poszłam do bloku naprzeciwko. Stanęłam przed trzecią klatką i podniosłam rękę do domofonu. Nie wiedziałam, który numer. Nie wiedziałam nawet, co powiem.

Drzwi otworzyły się same. Wyszła ona - z siatką na zakupy, w granatowej spódnicy, z siwymi odrostami pod rudą farbą. Poznałam ją. To była ta pani z Biedronki, która zawsze mówiła Mirkowi "dzień dobry" jakoś za ciepło.

Zobaczyła mnie i stanęła jak wryta.

- Pani Ela - powiedziała. Nie zapytała. Wiedziała.

Usiadłyśmy na ławce pod lipą. Długo milczała, mięła ucho siatki.

- Halina jestem. Ja jeździłam jego dwudziestką do zakładów przez piętnaście lat. Codziennie. Jak go zobaczyłam w marcu w sklepie, to od razu poznałam. Pomógł mi siatki zanieść. Powiedziałam mu, że zawsze tak ładnie hamował, że nikt się nie przewracał. On się tak ucieszył, jakby mu kto order dał.

- Byliście u siebie? - zapytałam. Głos miałam obcy.

Popatrzyła na mnie i nie odwróciła wzroku.

- Wtorki i czwartki. Nie będę pani kłamać, pani Elu. Za stara już jestem na kłamstwa.

Przez chwilę słyszałam tylko wróble w żywopłocie.

- Mąż mi umarł dwa lata temu - powiedziała cicho. - Syn w Norwegii. Ja nie chciałam nikomu niczego rozbijać. Ja po prostu nie chciałam być sama o dziewiątej wieczorem. A on mówił... mówił, że wy jesteście jak dwoje lokatorów. Że pani zasypia, zanim on zdąży cokolwiek powiedzieć.

To bolało bardziej niż reszta. Bo to była prawda.

Mirkowi powiedziałam przy kawie, po obiedzie. Bez krzyku. Postawiłam przed nim filiżankę i usiadłam naprzeciwko.

- Zbyszek pytał wczoraj, czy jesteś już na balkonie.

Odstawił filiżankę tak, że łyżeczka zadzwoniła o spodek. Zbladł, potem poczerwieniał. Długo nic. Tylko mu grdyka chodziła.

- Rozmawiałam z Haliną - dodałam.

- Ela... - Potarł twarz obiema rękami. - Ja nie wiem, jak to się stało. Ty wracasz z pracy, gotujesz, prasujesz, zasypiasz. Ja ci coś opowiadam, a ty mówisz "aha" i przełączasz kanał. Siedziałem w tym fotelu całe dnie i myślałem, że już nikomu nie jestem potrzebny. A ona słuchała. Godzinami słuchała.

- I to ci dało prawo?

- Nie dało - powiedział od razu. - Nic mi nie dało prawa.

Patrzyłam na niego, na tego obcego człowieka w kraciastej koszuli, z którym przeżyłam pół życia. I wiedziałam, że część winy leży po mojej stronie stołu. Nie cała. Ale część.

- Zdecydujesz sam - powiedziałam. - Tylko nie jutro i nie za tydzień. Dziś o dziewiątej.

O 21:00 wstał z fotela. Wziął telefon. Wyszłam za nim i stanęłam w drzwiach balkonowych. Wybrał numer. Po drugiej stronie podwórka zapaliło się światło na trzecim piętrze, ktoś wyszedł na balkon.

- Halina - powiedział schrypniętym głosem. - Ela wie. To koniec. Nie dzwoń już, proszę. Przepraszam cię. Za wszystko.

Słuchał jeszcze chwilę. Potem opuścił rękę. Naprzeciwko kobieta postała jeszcze moment przy pelargoniach, kiwnęła głową, jakby do siebie, i weszła do środka. Światło zgasło.

Mirek podał mi telefon. Nie wzięłam go.

- Nie chcę twojego telefonu - powiedziałam. - Chcę, żebyś mówił do mnie.

Pod koniec sierpnia na balkonie z pelargoniami zawisł baner "Sprzedam". Pani z Biedronki powiedziała mi, że Halina przeprowadza się do siostry pod Opole. Poczułam ulgę. I coś jeszcze, czego do dziś nie umiem nazwać - może żal, że dwie kobiety z tego samego podwórka bały się tego samego: ciszy o dziewiątej wieczorem.

Nie wybaczyłam Mirkowi do końca. Jeszcze nie. Czasem w nocy leżę i liczę te wtorki i czwartki. Ale przestałam zasypiać przed telewizorem. Wyłączam go, zanim zacznie się serial, i pytam, jak mu minął dzień. Na początku oboje czuliśmy się z tym głupio, jak na pierwszej randce. Teraz już mniej.

Mirek wykopał chwasty na działce i we wrześniu przyniósł pierwsze pomidory. Krzywe, małe, ale nasze.

Teraz o dziewiątej wychodzimy na balkon oboje. Telefony zostają na stole, obok cukiernicy. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];