Z Tadeuszem poznaliśmy się w sanatorium w Polanicy, oboje po sześćdziesiątce, oboje owdowiali. Od wiosny jeździmy razem na grzyby, on gotuje mi zupy, ja ceruję mu swetry. Na jego urodzinach córka Tadeusza wręczyła mi przy wszystkich kopertę: "To od nas, kopia testamentu taty, żeby pani nie miała złudzeń"
Koperta była biała, gruba i starannie zaklejona, jakby w środku leżało coś cennego. Beata podała mi ją ponad półmiskiem z sałatką jarzynową, dokładnie w chwili, kiedy Tadeusz zdmuchiwał świeczki - szóstkę i ósemkę z cukierni na Damrota.
- To od nas - powiedziała głośno, tak żeby słyszeli wszyscy. - Kopia testamentu taty. Żeby pani nie miała złudzeń.
Przy stole zrobiło się tak cicho, że słychać było lodówkę. Zięć Krzysiek odstawił kieliszek. Paweł, brat Beaty, nagle bardzo zainteresował się swoim talerzem. Tadeusz stał z nożem do tortu w ręce i patrzył na córkę, jakby jej nie poznawał.
- Beata, co ty wyprawiasz...
Wzięłam kopertę. Do dziś nie wiem dlaczego. Ręce zrobiły to same, tak jak bierze się od kogoś bombonierkę.
- Dziękuję - powiedziałam. - Tadziu, kroisz ten tort? Bo świeczki kapią.
Zjadłam kawałek. Pochwaliłam krem. Wyszłam o dziewiątej, tak jak planowałam, i dopiero w autobusie na Malinkę poczułam, że trzęsą mi się kolana.
Sześćdziesiąt cztery lata. Dwadzieścia pięć z nich przestałam za ladą własnej pasmanterii na Krakowskiej, sprzedając guziki, nici i włóczkę. Sześć lat wdowieństwa. Myślałam, że niewiele mnie już zaskoczy.
Z Tadeuszem trafiliśmy na ten sam turnus w Polanicy zeszłego listopada, oboje ze skierowaniem z NFZ na kręgosłup. Siedzieliśmy przy jednym stoliku na stołówce i już trzeciego dnia wyszło, że mieszkamy w tym samym mieście - ja na Malince, on na Zaodrzu. Śmialiśmy się, że trzeba było jechać sto pięćdziesiąt kilometrów, żeby poznać sąsiada.
Wiosną zadzwonił, czy nie pojechałabym z nim w Bory Niemodlińskie, bo "sam się wstydzi chodzić po lesie z koszykiem jak dziadek". Pojechałam. Potem jeszcze raz. Potem zaczął przywozić mi w słoikach pomidorową, a ja zabierałam do domu jego swetry z dziurami na łokciach.
W domu zrobiłam sobie herbatę z cytryną i dopiero wtedy otworzyłam kopertę. W środku był wypis aktu notarialnego z dwa tysiące dziewiętnastego roku. Mieszkanie na Zaodrzu i działka pod Chrząstowicami - w równych częściach dla Beaty i Pawła.
I wtedy się roześmiałam. Głupio, na głos, sama w kuchni.
Bo ja to wiedziałam. Tadeusz powiedział mi o tym w kwietniu, na pierwszych grzybach, kiedy usiedliśmy na pniu i jedliśmy kanapki z jajkiem.
- Żebyś wiedziała, Jadziu - powiedział wtedy, nie patrząc na mnie. - Wszystko jest zapisane na dzieci. Jakbyś sobie coś myślała.
- Tadziu, ja mam swoje mieszkanie i swojego syna - odpowiedziałam. - I też testament u notariusza.
I na tym się skończyło. Nie było o czym rozmawiać.
Telefon zadzwonił przed jedenastą. Tadeusz mówił szybko i za głośno, jak zawsze, kiedy jest zdenerwowany.
- Nie będę z nią gadał. Słyszysz? Przy wnukach, przy wszystkich... Jak ona mogła.
- Nie mów tak - przerwałam. - To twoja córka.
- No właśnie! Moja córka! A zachowała się jak...
Nie dokończył. Ja też nie dokończyłam za niego.
Przez kolejne dni nie mogłam przestać myśleć o Beacie. Nie o kopercie, tylko o niej. Przypomniała mi się pewna sobota w czerwcu. Siedziałam u Tadeusza w pokoju z brązowym swetrem w warkocze na kolanach i drewnianym grzybkiem wsuniętym w rękaw. Beata weszła bez pukania, z siatką pełną słoików. Stanęła w drzwiach i zrobiła się biała jak ściana.
- To mama robiła - powiedziała tylko. Odstawiła siatkę na podłogę i wyszła. Tadeusz machnął ręką, że ma humory. A ja wtedy niczego nie zrozumiałam.
W sobotę rano pojechałam na Armii Krajowej. W torebce miałam kopertę od Beaty i drugą - z wypisem mojego własnego testamentu. Długo stałam pod klatką, zanim nacisnęłam domofon.
Otworzyła w szlafroku. Z głębi mieszkania dochodziły kreskówki i kłótnia o pilota.
- Nie przyszłam się kłócić - powiedziałam, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć. - Przyniosłam coś w zamian.
Wpuściła mnie do kuchni. Niedużej, z magnesami z Międzyzdrojów na lodówce. Położyłam na stole swoją kopertę.
- Mieszkanie na Malince zapisałam synowi. Michałowi. Dziesięć lat temu. - Zamilkłam na chwilę. - Ja też nie chcę, żeby ktokolwiek miał złudzenia. I jeszcze jedno, pani Beato. Ślubu nie będzie. Nie dlatego, że pani by sobie nie życzyła. Tylko że my go po prostu nie potrzebujemy.
Beata patrzyła na kopertę i jej nie dotykała. Potem usiadła ciężko na taborecie i schowała twarz w dłoniach.
- Pięć lat - powiedziała przez palce. - Pięć lat jeździłam do niego co sobotę. Sprzątałam, gotowałam, woziłam słoiki. Dzwonił do mnie tylko wtedy, jak przyszedł jakiś rachunek i nie wiedział, co z nim zrobić. A potem przyjeżdżam, a on gotuje. Śmieje się. Opowiada o lesie. Ja nawet nie wiedziałam, że tata umie gotować zupę.
Nie przerywałam. Nalała sobie wody z kranu i nie wypiła.
- A te swetry... Mama mu je robiła na drutach. Każdy jeden. Siedziała z nimi wieczorami przed telewizorem. A pani je ceruje, jakby były pani.
- Ja ich nie przerabiam - powiedziałam cicho. - Ja je tylko łatam. Żeby jeszcze ponosił. Żeby nie musiał ich wyrzucać.
Wtedy się rozpłakała. Nie ładnie, nie filmowo - z czerwonym nosem, łapiąc powietrze, jak płacze dorosła kobieta, która za długo trzymała się w garści.
- Krzysiek mówił, że to głupie z tą kopertą - wyszlochała. - Paweł też nie chciał. To ja. Ja się bałam, że... Nie wiem czego. Że tata zapomni o mamie. Że o mnie zapomni.
Siedziałyśmy tak może kwadrans. Z pokoju dalej leciały kreskówki. W końcu Beata otarła twarz rękawem szlafroka i spojrzała na mnie zupełnie inaczej niż przy torcie.
- Nauczyłaby mnie pani? To cerowanie. Mama zawsze mówiła, że mam dwie lewe ręce i nie było sensu.
Tadeusz nie odzywał się do córki przez dwa tygodnie. Musiałam mu w końcu sama wybrać jej numer i podać telefon do ręki. Rozmawiali godzinę. Nie pytałam o czym.
W maju Beata przyszła do mnie z kartonem pełnym motków. Resztki włóczki po matce - szare, brązowe, jeden kłębek bordowy. Usiadłyśmy na ławce pod blokiem, pod kwitnącym bzem, i pokazałam jej, jak naciągnąć dziurę na drewniany grzybek i prowadzić nitkę najpierw wzdłuż, potem w poprzek.
- Krzywo mi wychodzi - powiedziała.
- Mnie też wychodziło krzywo przez pierwsze dwadzieścia lat - odpowiedziałam.
Złudzeń rzeczywiście nie miałam. Miałam za to jeszcze dwa swetry do zacerowania - i po raz pierwszy nie musiałam robić tego sama.
var adsinserter = adsinserter || {};
adsinserter.tags = ['fulladsnew'];