Pół roku przed śmiercią mama pożyczyła bratu dwadzieścia osiem tysięcy na nowy dach. Po pogrzebie brat powiedział, że to była darowizna, "mama sama chciała". Telefon mamy leży teraz u mnie w szufladzie. Ostatni SMS od brata, z marca: "Mamo, z tym długiem poczekaj do jesieni, dobrze?"

- Jaki dług, Jola? Mama sama chciała. To była darowizna.

Darek powiedział to spokojnie, z łyżeczką w ręce, nad sernikiem, który ciocia Basia upiekła na stypę. Siedzieliśmy w kuchni mamy na Ślichowicach, goście już poszli, w zlewie piętrzyły się filiżanki w niebieskie kwiatki. Ela, moja bratowa, nagle bardzo zajęła się ścieraniem stołu.

- Darowizna - powtórzyłam. - Dwadzieścia osiem tysięcy.

- A co, myślisz, że ja bym od matki pożyczał? - Spojrzał na mnie tak, jakbym to ja coś ukradła. - Mama chciała, żebyśmy mieli porządny dach. I tyle. Nie dzisiaj, dobra?

Nie dzisiaj. Pochowaliśmy ją trzy godziny wcześniej. Więc zamilkłam. Nie powiedziałam mu, że w listopadzie mama dzwoniła do mnie przejęta jak dziewczynka: "Jolu, pożyczyłam Darkowi na dach, bo mu cieknie nad pokojem małej. Odda do wiosny, obiecał". Nie powiedziałam, że zapisała to w zeszycie w kratkę, w którym od trzydziestu lat liczyła wydatki - między "czynsz" a "apteka", swoim pochyłym pismem: "Darek - 28 000 - dach. Pożyczka".

Zebrałam filiżanki, umyłam, wytarłam. Darek z Elą pojechali do siebie, do Masłowa, pod ten nowy dach.

Telefon mamy wzięłam tydzień później, bo trzeba było zrezygnować z abonamentu. Wróciłam ze szkółki koło szóstej, z ziemią jeszcze pod paznokciami - cały dzień przesadzałyśmy tuje do większych donic - i usiadłam z nim przy stole. PIN był rokiem mojego urodzenia. Zawsze był.

Szukałam numeru do operatora. Zamiast tego otworzyłam wiadomości.

"Darek syn" - tak go miała zapisanego, jakby mogła pomylić z jakimś innym Darkiem. Na samym dole, z dwunastego marca: "Mamo, z tym długiem poczekaj do jesieni, dobrze?"

Przeczytałam to chyba dziesięć razy. Z tym długiem. Nie z tym prezentem, nie z tą pomocą. Z długiem.

I wtedy przypomniałam sobie marzec. Mama siedziała u mnie w kuchni, zmęczona, z opuchniętymi kostkami, a ja wypisywałam jej na kartce, które tabletki rano, które wieczorem. Przez całą zimę wykupywałam jej leki, bo emerytura ledwo starczała na rachunki. Machnęła wtedy ręką, jakby odganiała muchę.

- Jak Darek odda, to ci wszystko zwrócę, Jolu. Co do grosza.

- Mamo, daj spokój.

- Nie dam spokoju. Ja nie umiem być komuś winna.

Czyli zapytała go. A on poprosił, żeby poczekała do jesieni. Mama do jesieni nie doczekała.

Mirek, mój mąż, przeczytał SMS-a i oddał mi telefon bez słowa. Dopiero wieczorem, kiedy leżeliśmy po ciemku, powiedział:

- Jola, zostaw to. Żadne pieniądze nie są warte brata.

- To nie o pieniądze chodzi.

- To o co?

Nie umiałam mu wtedy odpowiedzieć. Krysia z pracy, która dwa lata temu dzieliła się z siostrami spadkiem po ojcu, powiedziała mi przy tujach, że przy dziale i tak by się to liczyło, darowizna czy pożyczka. Że jak pójdę do sądu, to wygram. Kiwałam głową, a w środku coś mi się skręcało. Do sądu. Z Darkiem, którego uczyłam wiązać sznurówki.

Telefon wylądował w szufladzie, pod obrusami. Przez dwa tygodnie go nie ruszałam. A Darek nie dzwonił. Raz napisał: "Jak tam?". Odpisałam: "Dobrze". Oboje wiedzieliśmy, że kłamiemy.

Wyjęłam go znowu w czerwcu, w dzień, kiedy mama skończyłaby osiemdziesiąt lat. Chciałam tylko zobaczyć jej zdjęcia. Ale palec sam otworzył tamtą rozmowę. I dopiero wtedy zauważyłam coś, czego za pierwszym razem nie widziałam - w polu do pisania, na samym dole, szarym drobnym drukiem, wisiał niewysłany tekst. Wersja robocza.

"Darek nie oddawaj mi juz tych pieniedzy. Tylko powiedz Joli prawde bo ona"

Bez polskich liter, bez kropki. Mama pisała jednym palcem, wolno, z okularami zsuniętymi na nos. W kwietniu ręce już jej drżały. Nie dokończyła. Nie wysłała.

Siedziałam przy stole, aż zrobiło się ciemno.

Do Masłowa pojechałam w sobotę rano. Nowy dach błyszczał w słońcu, brązowa blachodachówka, równiutka, aż mi się przykro zrobiło, jaka ładna. Darek kosił trawę. Kiedy mnie zobaczył, wyłączył kosiarkę i długo wycierał ręce o spodnie.

W kuchni położyłam telefon mamy na stole, ekranem do góry. Ela spojrzała na nas i wyszła do ogrodu, nie pytając o nic.

Darek przeczytał swój SMS. Nic nie powiedział. Potem pokazałam mu wersję roboczą. Czytał długo, dłużej, niż trzeba na jedno zdanie. Widziałam, jak mu się trzęsie broda - tak samo jak wtedy, kiedy miał siedem lat i stłukł tacie lusterko w maluchu.

- Dzwoniła do mnie w kwietniu - powiedział w końcu cicho. - Dwa razy. Nie odebrałem. Myślałem, że znowu o pieniądze, a Ela akurat straciła robotę w hurtowni, nie mieliśmy z czego. Pomyślałem, oddzwonię, jak coś wymyślę.

Nie oddzwonił.

- A po pogrzebie? - zapytałam. - Czemu powiedziałeś, że ona chciała?

Podniósł na mnie oczy.

- Bo jak siedziałem w tym kościele, to sobie wmówiłem, że gdyby żyła, to by mi darowała. Że ona taka była. I że jak powiem "darowizna", to przynajmniej nie będę tym, który matce nie oddał. Będę tym, któremu matka dała. - Przetarł twarz dłonią. - Durne, nie?

- Nie durne - powiedziałam. - Miałeś rację. Ona ci darowała, Darek. Tylko nie zdążyłeś się o tym dowiedzieć. A ty powiedziałeś to, zanim ona zdążyła.

Rozpłakał się wtedy. Mój młodszy brat, pięćdziesiąt dwa lata, kierowca tira, z trawą na butach. Płakał nad telefonem matki jak nad trumną, której na pogrzebie nawet nie dotknął.

We wrześniu siedliśmy u notariusza w Kielcach, żeby uregulować sprawy mieszkania na Ślichowicach. Zanim pani notariusz zaczęła czytać, Darek odchrząknął.

- Dwadzieścia osiem tysięcy niech pani odliczy z mojej części. To była pożyczka od mamy.

Pani notariusz uniosła brwi. Ja położyłam mu rękę na przedramieniu.

- Czternaście - powiedziałam. - Druga połowa i tak była twoja.

Spojrzał na mnie zdziwiony, potem chyba policzył w głowie i pierwszy raz od pogrzebu się uśmiechnął.

Telefon mamy wciąż leży u mnie w szufladzie, pod obrusami. Abonament wyłączyłam, ale wersji roboczej nie skasowałam. Czasem ją otwieram i próbuję dokończyć to zdanie za mamę. "Bo ona się martwi". "Bo ona się domyśli". "Bo ona za ciebie płaciła".

Ale najczęściej myślę, że mama chciała napisać po prostu: "bo ona ci wybaczy". I że wiedziała to o mnie wcześniej niż ja. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];