Po marcowej waloryzacji emerytura wzrosła mi o dwieście czterdzieści złotych. W kwietniu syn zapytał, czy w takim razie nie płaciłabym Kubie za angielski - "to akurat tyle, mamo, jakby specjalnie"

Kroiłam sernik na równe kawałki w kuchni syna, kiedy Grzesiek odchrząknął w ten swój sposób. Tak samo chrząkał, kiedy miał osiem lat i przyszedł powiedzieć, że to on zbił szybę w piwnicy.

- Mamo, a ta podwyżka z marca... To ile ci w końcu dali?
- Dwieście czterdzieści. Mówiłam ci przez telefon.
- No właśnie. - Zerknął na Magdę, potem na swój talerz. - Bo Kuba potrzebuje korepetycji z angielskiego. Raz w tygodniu, sześćdziesiąt złotych za godzinę. Wychodzi dwieście czterdzieści na miesiąc. To akurat tyle, mamo, jakby specjalnie.

Nóż zatrzymał mi się w połowie sernika. Magda wstała nastawić wodę na herbatę, chociaż czajnik był pełny i jeszcze ciepły. Z pokoju dobiegało stłumione dudnienie ze słuchawek Kuby. A ja stałam z tym nożem i myślałam tylko o jednym: on to zapamiętał. Co do złotówki.

- Pomyślę - powiedziałam i dokroiłam sernik do końca.

Wracałam autobusem przez całe Opole, z pustą blachą w reklamówce. Pod moim blokiem na Malince żółciły się forsycje, ktoś z parteru wystawił już pelargonie na balkon. Usiadłam na ławce przy klatce i nie poszłam na górę. Nie umiałam. W mieszkaniu czekał na mnie zeszyt.

Bo ja wszystko zapisuję. Czterdzieści lat przepracowałam jako księgowa w przedsiębiorstwie budowlanym i to mi zostało - rubryki, kolumny, ołówek za uchem. Zbyszek się śmiał, że ja nawet chleb księguję. Odkąd go nie ma, a w czerwcu miną trzy lata, ten zeszyt jest właściwie jedynym, z kim rozmawiam wieczorami.

Pismo z ZUS przyszło w marcu. Przeczytałam je dwa razy. Dwieście czterdzieści brutto. Na rękę wyszło niecałe dwieście, bo podatek i składka zdrowotna swoje zjadły - ale Grześkowi powiedziałam przez telefon tę pierwszą, okrągłą liczbę. Tak się mówi. Nikt nie chwali się podwyżką netto.

I tego samego wieczoru, po raz pierwszy od pogrzebu, wpisałam do zeszytu pozycję tylko dla siebie. "Basen w czwartki + kawa z Halinką". Halina od dwóch lat ciągnęła mnie na ten basen dla seniorów przy Kropli, a ja zawsze miałam jakąś wymówkę. Tym razem nie miałam. Te pieniądze spadły z nieba, nie były na nic. Mogły być moje.

Przez trzy tygodnie były.

We wtorek po tamtym obiedzie przyszedł SMS: "Mamo, i jak? Bo pani od angielskiego ma jeszcze wolny czwartek o 17". Czwartek. Akurat czwartek. Odpisałam, że jeszcze myślę, i odłożyłam telefon ekranem do stołu.

W środę zadzwonił Kuba. Rzadko dzwoni sam, więc od razu zapytałam, co się stało.

- Nic, babciu. Tata kazał zapytać, czy przyjdziesz w niedzielę.
- Przyjdę. A jak w szkole?
- Słabo. Dwója z kartkówki z angielskiego. Tata się wściekł, bo za rok egzamin ósmoklasisty. - Zawahał się. - Ale mówi, że teraz będzie lepiej, bo babcia ma więcej kasy.

Powiedział to zwyczajnie, jak dziecko powtarza pogodę z radia. Nie miał w tym złej woli. Właśnie dlatego zabolało.

W czwartek poszłam z Haliną na basen, pierwszy raz. Woda pachniała chlorem, w szatni jakaś pani w czepku w kwiatki narzekała na kolana. Pływałam żabką, bardzo wolno, i przez całe czterdzieści minut nie potrafiłam się cieszyć. Przy kawie Halina wysłuchała wszystkiego i postawiła filiżankę na spodku z takim stuknięciem, że kelnerka się obejrzała.

- Lucka, oni cię mają za bankomat.
- Nie mów tak o Grześku.
- To jak mam mówić? Że policzył twoją emeryturę lepiej niż ty?

Nie odpowiedziałam. Bo to właśnie było najgorsze. Nie same pieniądze. To, że mój syn znał moją podwyżkę lepiej niż datę moich imienin.

W piątek przyszedł naprawić kran. Od śmierci Zbyszka przychodzi do takich rzeczy - uszczelka, zawias, żarówka w przedpokoju. Klęczał pod zlewem w mojej małej kuchni, a ja patrzyłam na jego plecy i myślałam, że ostatni raz tak długo patrzyłam na niego, kiedy spał w łóżeczku.

Kiedy skończył i umył ręce, położyłam przed nim zeszyt. Otwarty na marcu.

- Co to jest?
- Moje pieniądze. Przeczytaj.

Czytał długo. Kran już nie kapał i w kuchni zrobiło się tak cicho, że słychać było lodówkę. Widziałam, jak jego palec zatrzymuje się przy rubryce "leki", potem przy "czynsz i media", potem przy dopisku z marca, zrobionym innym, staranniejszym pismem. "Basen w czwartki + kawa z Halinką".

- Na rękę dostaję niecałe dwieście, Grzesiu. Nie dwieście czterdzieści.
- Nie wiedziałem - powiedział cicho. - Nie wiedziałem, że ty to tak... liczysz.
- Całe życie liczę. Tylko nikt nie pytał.

Zamknął zeszyt. Długo trzymał na nim rękę, jakby bał się, że sam się otworzy.

- Magdzie od stycznia obcięli etat w sklepie - powiedział w końcu, do okładki, nie do mnie. - Do trzech czwartych. Biorę soboty, ile się da. Ona nie wie, że cię prosiłem. Obiecałem jej, że sam coś wymyślę.
- To czemu nie powiedziałeś po prostu, jak jest?
- Bo tata zawsze mówił, że chłop ma dom utrzymać sam. - Uśmiechnął się krzywo. - To "jakby specjalnie" ćwiczyłem w samochodzie. Żeby zabrzmiało lekko. Żeby nie wyglądało, że żebrzę u matki.

Usiadłam naprzeciwko. Czterdzieści jeden lat, siwiejące skronie, ręce Zbyszka. I ten sam strach co u ojca - że przyznać się do kłopotu to jakby przyznać się do porażki.

- Wolałabym, żebyś żebrał - powiedziałam. - Naprawdę. Niż żebyś mnie rozliczał jak klientkę.

Spuścił głowę. Nie płakał, w naszej rodzinie mężczyźni nie płaczą przy kuchennym stole. Ale długo nic nie mówił.

Ustaliliśmy to tak, jak się ustala sprawy w porządnej księgowości. Ja płacę za dwie lekcje w miesiącu, przelewem prosto do pani od angielskiego. Grzesiek za dwie pozostałe. A Kuba ma lekcje we wtorki, nie w czwartki - pani od angielskiego zgodziła się bez problemu, kiedy zadzwoniłam do niej sama.

- A czwartki? - zapytał Grzesiek w drzwiach.
- Czwartki mam zajęte.

Po raz pierwszy od dawna nie musiałam się z tego tłumaczyć.

W zeszycie przybyły dwie nowe linijki. "Kuba - angielski - połowa". I pod spodem, ołówkiem, bo jeszcze nie byłam pewna, czy wypada: "Basen - zostaje". Na kawę z Haliną starcza teraz co drugi tydzień. Halina mówi, że to i tak lepiej niż nigdy.

W niedzielę Kuba przyniósł mi do kuchni zeszyt do angielskiego i pokazał czwórkę z kartkówki, chociaż był dopiero po pierwszej lekcji. Pewnie trochę ze strachu przed ojcem, a trochę dla mnie. Nie dopytywałam.

Grzesiek miał rację w jednym. To rzeczywiście było akurat tyle. Tyle, żebyśmy się w końcu dowiedzieli, ile o sobie nawzajem nie wiedzieliśmy. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];