Ze sprzedaży domu w Opolu dałam córce osiemdziesiąt tysięcy na większe mieszkanie - "będzie pokój dla mamy, jak przyjedziesz". Na Boże Narodzenie przyjechałam pierwszy raz i spałam na materacu w salonie.

O trzeciej w nocy moje biodro dotknęło podłogi. Materac dmuchany syczał cicho gdzieś pod łopatką, jakby wzdychał razem ze mną, a ja leżałam w salonie mojej córki i patrzyłam na migające światełka choinki. Ktoś zapomniał wyciągnąć wtyczkę z kontaktu. Lodówka buczała. Za ścianą chrapał zięć.

Przekręciłam się ostrożnie na bok, żeby nikogo nie obudzić, i pomyślałam: osiemdziesiąt tysięcy. Spory kawał domu na Groszowicach. Domu, który Zbyszek stawiał przez trzy lata, w każdą sobotę, z kolegą z zakładu i ze mną podającą cegły.

Wieczorem, kiedy weszłam z walizką, Magda wzięła ode mnie płaszcz jeszcze w przedpokoju.

- Mamo, rozgość się, ja tylko... - urwała i spojrzała gdzieś za moje ramię. - Rozłożymy ci tu w salonie, dobrze? Tak będzie najwygodniej, blisko łazienki.

Byłam zmęczona po czterech godzinach w pociągu z Opola. Zuzia wisiała mi na szyi, Antek ciągnął mnie do klocków, Paweł nalewał barszczu "na próbę, bo jutro i tak zabraknie". Nie zapytałam. Ale w nocy, na tym materacu, który powoli oddawał powietrze, pytanie samo przyszło i usiadło mi na piersi.

Rano, kiedy wszyscy jeszcze spali, poszłam korytarzem do ostatnich drzwi po lewej. Znałam to mieszkanie z jednej rozmowy wideo, sprzed półtora roku. Magda chodziła wtedy z telefonem po pustych pokojach, a w tym ostatnim zatrzymała się i powiedziała:

- A tu, mamo, ty. Wybierz kolor ścian.

Wybrałam szałwię. Taką zieleń, jak liście bzu przed kwitnięciem.

Ściany rzeczywiście były szałwiowe. Tylko że pod oknem stało biurko z dwoma monitorami, obrotowe krzesło z siatką, na ścianie wisiała biała tablica oblepiona kolorowymi karteczkami. Na parapecie kubek z logo jakiejś firmy i zwinięta ładowarka.

- Pani Halino...

Odwróciłam się. Paweł stał w drzwiach w kapciach i w rozciągniętej koszulce, z włosami na sztorc. Był czerwony aż po uszy.

- To... biuro - powiedział, jakby to nie było widać. - Od marca pracuję z domu. Magda pani nie mówiła?

- Nie mówiła - odpowiedziałam. I nic więcej, bo nie ufałam własnemu głosowi.

Przez cały dzień przed Wigilią lepiłam z Magdą pierogi i układałam w głowie kalendarz. Maj: "Mamo, jeszcze nie, szafa nie dojechała, będziesz spała między kartonami". Sierpień: "Jedziemy nad morze, przyjedź we wrześniu".

Wrzesień: "Antek ma ospę". Październik: "Mamo, a ty przecież na Wszystkich Świętych będziesz u taty na cmentarzu, nie będziesz się tłukła przez pół Polski". I te rozmowy na wideo - zawsze w kuchni. Zawsze. Myślałam, że Magda po prostu dużo gotuje.

Teraz dopiero rozumiałam, że moja córka przez osiem miesięcy pilnowała, żebym nie przyjechała.

Przy opłatku Magda stanęła przede mną z białym kwadracikiem w palcach. Miała mokre oczy, ale u niej to nic nie znaczy, ona płacze na reklamach.

- Mamo, żebyś była z nami częściej. Żebyś zdrowa była. I żebyś...

- Częściej - powtórzyłam. Ugryzłam się w język, zanim dopowiedziałam: "a gdzie?".

Na stole stało dodatkowe nakrycie dla zbłąkanego wędrowca, puste. Patrzyłam na nie przez całą kolację i myślałam, że wędrowiec miałby przynajmniej krzesło. Ja miałam materac.

Kolędowaliśmy, Antek fałszował głośniej od wszystkich, Zuzia rozpakowała ode mnie szalik i od razu go założyła. Uśmiechałam się. Sześćdziesiąt sześć lat na karku - umiem się uśmiechać, kiedy trzeba. Dwadzieścia lat stałam za ladą własnego sklepu na Groszowicach i uśmiechałam się do ludzi, którzy brali na zeszyt i nie oddawali.

Pękło dopiero przy zlewie, po północy. Paweł położył dzieci, w kuchni zostałyśmy we dwie. Magda płukała talerze, ja wycierałam. Kran szumiał.

- Wiem, że widziałaś - powiedziała, nie odwracając się.

Odłożyłam ścierkę.

- Widziałam. Ale nie wiem, czemu się dowiaduję od zięcia w kapciach.

Zakręciła wodę. Długo stała z rękami opartymi o zlew.

- W lutym zamknęli mu biuro w Warszawie. Albo praca zdalna, albo wypowiedzenie. Mamo, my mamy kredyt większy, niż planowaliśmy, ceny skoczyły, zanim podpisaliśmy... Przy dzieciach w salonie nie da się pracować, on ma rozmowy z klientami od ósmej. Ten jeden pokój miał drzwi. - Głos jej się załamał. - Ty sprzedałaś dom po tacie. Dałaś nam pieniądze, żebyś miała gdzie spać. A ja ci ten pokój zabrałam, bo się bałam, że nie spłacimy raty. Jak miałam ci to powiedzieć? Przez telefon? "Mamo, dzięki za tatę, zrobiliśmy z niego biuro"?

- Normalnie - powiedziałam. - Po ludzku. A nie szafą, która nie dojechała.

- Myślałam, że do lata coś wymyślimy. Że Paweł wróci do biura, że coś się zmieni. A potem było mi coraz bardziej wstyd, i im dłużej kłamałam, tym trudniej było przestać.

Patrzyłam na nią - trzydzieści osiem lat, siwy włos przy skroni, którego wcześniej nie widziałam, ręce czerwone od wody. I nagle coś mnie zakłuło, ale nie przez nią.

- Wiesz, czemu ja ci dałam te pieniądze, Madziu? - zapytałam cicho. - Nie tylko dla was. Myślałam, że jak będę miała u was swój pokój, to nie będę gościem. Że nikt mi nie powie, że już czas jechać. Ja sobie kupiłam miejsce. Jak bilet.

Magda odwróciła się wreszcie. Twarz miała mokrą.

- Mamo, przecież ty nie musisz mieć biletu.

- To czemu mnie osiem miesięcy nie wpuszczałaś?

Nie odpowiedziała. Bo nie było dobrej odpowiedzi i obie to wiedziałyśmy.

W drzwiach kuchni coś zaszurało. Stała tam Zuzia w piżamie w renifery, z moim szalikiem na szyi.

- Babciu - szepnęła. - Możesz spać u mnie. Antek pójdzie na materac, on lubi, mówi, że to jak namiot.

Spałam tej nocy na wąskim łóżku dziewięciolatki, pod kołdrą pachnącą płynem do płukania i trochę cukierkami. Nie zmrużyłam oka. Ale nie z żalu.

Wróciłam do Opola drugiego dnia świąt. Moje mieszkanie na Zaodrzu - dwa pokoje, czwarte piętro, kupione za resztę pieniędzy z domu - przywitało mnie ciszą i zwiędłym storczykiem. Usiadłam w płaszczu na wersalce i długo się nie ruszałam.

Nie mam żalu o pieniądze. Naprawdę nie. Wiem, co to rata, wiem, co to strach, że nie starczy. Żal mam o kartony, których nie było, o ospę, o kuchnię w każdej rozmowie wideo. O to, że moja córka wolała mnie oszukiwać, niż zobaczyć moją minę. I chyba trochę o siebie - że tak długo nie słyszałam, co mi mówi, bo słuchałam tylko, kiedy wreszcie będzie gotowe "moje".

W styczniu kupiłam w sklepie porządny materac, składany, gruby na dwanaście centymetrów, i wysłałam go kurierem do Warszawy. Do środka włożyłam karteczkę: "Na Wielkanoc. Biura nie ruszać. A jak coś się znowu zmieni - dzwoń od razu, nawet jak będzie wstyd".

Magda zadzwoniła tego samego wieczoru. Pierwszy raz od półtora roku nie z kuchni, tylko z pokoju o szałwiowych ścianach, z Pawłem machającym w tle zza monitora.

Pokoju dla mamy nie ma. Jest materac dla mamy, w szafie w przedpokoju. Okazuje się, że to wystarczy - byle nikt mi więcej nie mówił, że szafa nie dojechała. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];