Córka namówiła mnie na Turcję - "all inclusive, mamo, nic nie będziesz robić". Bilet zapłaciłam sama, cztery tysiące dwieście. Na miejscu okazało się, że śpię w pokoju z wnukami, a oni z zięciem w drugim budynku - "przecież ty i tak wcześnie wstajesz, mamo".
Recepcjonistka położyła na ladzie dwie karty magnetyczne i powiedziała coś po angielsku. Piotr skinął głową. Magda wzięła obie, jedną od razu wsunęła do torebki, a drugą podała mnie.
- To twoja, mamo. Budynek A, parter, blisko basenu. Dzieci będą zachwycone.
- A wy? - zapytałam.
- My jesteśmy w C. - Machnęła ręką gdzieś za palmy, za zjeżdżalnie, za kort. - Tam jest ciszej.
Stałam w tym chłodnym holu, spocona po locie z Pyrzowic i godzinie w autokarze, z Kubą uwieszonym u ręki i Zosią, która ciągnęła mnie za spódnicę, bo chciała na zjeżdżalnię. Nie rozumiałam.
- Jak to w C? Przecież mieliśmy...
- Mamo, nie rób sceny. - Magda zniżyła głos. - Kuba wstaje o szóstej, Zosia gada przez sen. Przecież ty i tak wcześnie wstajesz, mamo. A my z Piotrkiem chociaż raz się wyśpimy. Tydzień. Co ci szkodzi?
Co mi szkodziło. Nie umiałam odpowiedzieć tam, przy ladzie, przy obcych ludziach w klapkach. Wzięłam kartę, wzięłam wnuki i poszłam szukać budynku A.
W lutym Magda siedziała w mojej kuchni w Częstochowie, z telefonem w ręce, i przewijała mi zdjęcia: turkusowy basen, leżaki, stoły uginające się od jedzenia.
- All inclusive, mamo, nic nie będziesz robić. Od śmierci taty nigdzie nie byłaś. Należy ci się.
Jerzego nie było już czwarty rok. Ja od trzech lat byłam na emeryturze, po trzydziestu latach w mleczarni, z czego dwanaście jako szefowa zmiany. Umiałam ogarnąć czterdzieści osób na nocce i awarię pasteryzatora.
Nie umiałam odmówić córce, kiedy mówiła "należy ci się". Przelałam jej cztery tysiące dwieście z pieniędzy odkładanych na nowe okna w kuchni. Rezerwację zrobiła sama, przez internet. Ja dostałam tylko zdjęcie hotelu i godzinę zbiórki na lotnisku.
Pierwszego ranka Kuba wskoczył mi na łóżko za dziesięć szósta.
- Babciu, już jest jasno!
Było. O wpół do siódmej staliśmy pod restauracją, zanim ją otworzyli. Potem sok rozlany na obrus, Zosia, która nie chciała jajka, Kuba, który chciał tylko naleśniki z czekoladą. Krem z filtrem, czapeczki, rękawki do pływania.
Klub dla dzieci otwierali o dziesiątej, ale Kuba płakał, kiedy animatorka wyciągała do niego rękę, więc i tak siedziałam przy brodziku. W tym upale kolana bolały mnie już po schodach przy basenie.
Magda i Piotr zjawili się koło jedenastej. Wypoczęci, pachnący, z kawą w ręku.
- Dzień dobry, mamuś! I jak, cudownie, co?
Poleżeli godzinę na leżakach, każde ze słuchawkami w uszach. Po obiedzie pojechali na wycieczkę jeepami, "bo dzieci za małe, mamo, tam trzęsie". Wieczorem mieli zarezerwowaną kolację w restauracji à la carte. Dla dwojga.
- Tam są tylko stoliki dwuosobowe - wyjaśniła Magda, nie patrząc mi w oczy.
Kąpałam dzieci, czytałam im z telefonu bajki, zasypiałam koło dziewiątej z Kubą na ręce. Drugi dzień był taki sam. Trzeci też.
Przy brodziku poznałam panią Halinę spod Opola. Też z wnukami, też od rana.
- A pani też w delegacji? - zaśmiała się, smarując wnuczkę kremem. - My tu, kochana, jesteśmy obsługa w cenie pakietu.
Śmiałam się razem z nią. A potem poszłam do pokoju i długo stałam pod prysznicem, żeby dzieci nie słyszały.
Czwartego wieczoru było mini disco. Zosia i Kuba skakali z animatorami pod sceną, przy jakiejś piosence o rekinie, a ja poszłam do baru po wodę. Bar był okrągły, obrośnięty bugenwillą. Po drugiej stronie, za kolumną, siedzieli Magda i Piotr. Nie widzieli mnie.
- Ty myślisz, że ona nie widzi? - mówił Piotr. - Twoja matka chodzi tu jak cień.
- A co miałam zrobić? Powiedzieć jej, że jedzie jako niania? Nie pojechałaby.
- To może nie powinna. Mieliśmy jechać sami. Mieliśmy sobie wszystko poukładać.
- Za co sami, Piotrek? Za co? Bez jej pieniędzy nie byłoby nawet tego.
Zapadła cisza. Potem Piotr powiedział coś, czego nie zapomnę:
- Przyjechaliśmy ratować małżeństwo, a my nawet ze sobą nie rozmawiamy. Leżymy w słuchawkach.
Wróciłam pod scenę z dwoma kubkami wody. Ręce trzęsły mi się tak, że połowę wylałam na sandały. Zosia machała do mnie ze sceny, a ja machałam jej i uśmiechałam się, bo to umiem najlepiej.
Tej nocy nie spałam ani minuty. Ja, która przecież i tak wcześnie wstaję.
O szóstej ubrałam dzieci i poszłam z nimi do budynku C. Zapukałam. Magda otworzyła w piżamie, z opuchniętymi oczami. Chyba też nie spała.
- Mamo? Coś się stało?
- Dzień dobry, Piotrek - powiedziałam przez jej ramię. - Zabierz dzieci na śniadanie, dobrze? Ja muszę porozmawiać z córką.
Piotr spojrzał na mnie, potem na nią. Nie zapytał o nic. Wziął Kubę na barana, Zosię za rękę i wyszli.
Usiadłyśmy na ich balkonie. Był większy niż mój, widać było z niego morze.
- Słyszałam was wczoraj przy barze - powiedziałam.
Magda zakryła twarz rękami. Długo nic nie mówiła. A potem wszystko się z niej wylało. Że Piotrowi obcięli premie i od roku ledwo spinają raty. Że kłócą się o wszystko, o zmywarkę, o jego matkę, o to, kto odbiera dzieci z przedszkola. Że ten wyjazd to był jej pomysł, ostatni, desperacki. Tydzień, żeby sobie przypomnieć, po co w ogóle są razem.
- Czemu mnie nie zapytałaś wprost?
- Bo bałam się, że odmówisz. - Podniosła na mnie mokre oczy. - Pamiętasz, jak po pogrzebie taty prosiłam cię o weekend z dziećmi? Powiedziałaś, że swoje już wychowałaś.
Pamiętałam. Powiedziałam to w złości, w żałobie, w dniu, kiedy nie miałam siły nawet na siebie. Nie wiedziałam, że ona to nosiła przez cztery lata.
- Mogłaś mnie zapytać jeszcze raz - powiedziałam cicho. - Może bym się zgodziła. Ale ty mnie okłamałaś, Madziu. Za moje pieniądze z okien. I teraz już nie wiem, czy przyjechałam tu jako twoja matka, czy jako opiekunka z ogłoszenia.
- Ja też nie wiem, kim tu jestem - wyszeptała.
Siedziałyśmy tak, aż słońce wyszło zza budynku i zrobiło się za gorąco.
- Dzisiaj mam wolne - powiedziałam w końcu i wstałam. - Cały dzień. Dzieci są wasze.
Przy recepcji było okienko z wycieczkami. Zapisałam się na rejs statkiem wzdłuż wybrzeża. Siedziałam na górnym pokładzie, piłam herbatę ze szklaneczki w kształcie tulipana i patrzyłam na zatoczki tak niebieskie, że aż bolały oczy. Przy jednej z nich statek stanął i ludzie skakali do wody. Zeszłam po drabince. Pierwszy raz od czterdziestu lat pływałam w morzu, nie pilnując niczyich rękawków.
Wróciłam przed piątą. Z alejki zobaczyłam ich na plaży. Piotr kopał z Kubą fosę wokół zamku z piasku, Zosia zakopywała mu nogi, a Magda siedziała obok i śmiała się. Pierwszy raz od przyjazdu słyszałam, jak ona się śmieje. Nie podeszłam. Poszłam pod prysznic, tym razem po prostu się umyć.
Przez resztę tygodnia dzieci były ze mną do obiadu, a potem z rodzicami. Zosia sama zapytała, czy może spać u mamy, i spała. Kuba wolał babcię. Nie protestowałam.
We wrześniu Magda zadzwoniła, że zapisali się z Piotrem do poradni rodzinnej. Że jeszcze nie jest dobrze, ale rozmawiają. I że co miesiąc odkłada mi trochę na te okna. Nie odmówiłam. Pierwszy raz wiedziałam, że nie chodzi o pieniądze.
Wstaję wcześnie, to prawda. Tylko że teraz pierwsza kawa o szóstej rano jest moja i nikt już nie decyduje za mnie, po co mi te poranki. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];