Tata od roku mieszka u brata - "Rysiek dba o mnie jak o dziecko". W październiku poprosił, żebym dołożyła mu do aparatu słuchowego, bo "Rysiek i tak dużo na mnie wydaje", i zapłaciłam 2 900 złotych. W drodze do domu tata pochwalił się, że Rysiek co miesiąc daje mu dwieście złotych kieszonkowego. Emerytury tata ma trzy tysiące sześćset.

Tata po raz pierwszy od pięciu lat usłyszał kierunkowskaz.

- A co to tak tyka? - zapytał, kiedy skręcałam z Ozimskiej. Rozglądał się po samochodzie jak dziecko w pierwszym autobusie. - Iwonka, coś ci się zepsuło?

- To kierunkowskaz, tato. Zawsze tak tykał.

Zaśmiał się i dotknął palcem małej beżowej słuchawki za uchem. Godzinę wcześniej protetyczka w salonie przy Krakowskiej ustawiała ją na laptopie, a on co chwilę się obrażał: "Pani nie krzyczy, ja nie jestem głuchy".

Był. Wiedziałam ja, wiedziała protetyczka, wiedziała cała klatka, która od lat słuchała jego telewizora. Przy kasie podałam swoją kartę. Dwa tysiące dziewięćset złotych, już po dopłacie z NFZ. Nawet nie mrugnęłam. Przecież to dla taty.

- No widzisz, jak dobrze - powiedział, kiedy staliśmy na światłach. - Rysiek by mi tego nie kupił, on i tak dużo na mnie wydaje. Ale ja nie narzekam, broń Boże. Co miesiąc daje mi dwie stówki kieszonkowego. Do ręki. Na gazetę, na pączka. Dba o mnie jak o dziecko.

Powiedział to z dumą. Zapaliło się zielone, a ja stałam, dopóki ktoś za mną nie zatrąbił.

Dwieście złotych. Tata ma trzy tysiące sześćset emerytury. Wiem dokładnie, bo po każdej waloryzacji dzwonił do mnie z tą liczbą jak z wynikiem lotka.

- Tato, a gdzie ty masz swoją kartę do banku?

- A po co mi karta? Rysiek ma. Pojechaliśmy razem, podpisałem mu, że może wszystko załatwiać. Żebym nie latał po tych bankach z moimi uszami. Ja się nie znam, Rysiek się zna.

Patrzył przez szybę na kasztany i nucił coś pod nosem. Osiemdziesiąt jeden lat i pierwszy raz od dawna słyszał samego siebie.

Rok temu, w listopadzie, tata dwa razy zostawił gaz pod czajnikiem w swoim mieszkaniu na Zaodrzu. Za drugim razem sąsiadka poczuła na klatce i zadzwoniła do Ryśka, bo Rysiek mieszka trzy przystanki dalej, a ja osiemdziesiąt kilometrów stąd, we Wrocławiu. Nie było żadnej narady. Brat spakował tacie dwie torby, zabrał go do siebie, a wieczorem zadzwonił do mnie:

- Tata zostaje u nas i nie ma o czym gadać.

Byłam mu tak wdzięczna, że aż się wstydziłam. Pracuję w szkółce roślin pod Wrocławiem, od marca do listopada trwa sezon, soboty też. Przyjeżdżałam raz w miesiącu, w niedzielę, z sernikiem. Pięćdziesiąt pięć lat, a przy Ryśku dalej czułam się jak młodsza siostra, której się nie zawraca głowy. Tata powtarzał wtedy: "Rysiek dba o mnie jak o dziecko". Uważałam, że to najpiękniejsze zdanie, jakie ojciec może powiedzieć o synu.

Teraz to samo zdanie stało mi w gardle jak ość.

U Ryśka pachniało gotowaną kapustą. Danuta nastawiła wodę na herbatę, tata poszedł do swojego pokoju, dawnego pokoju wnuka, i włączył radio. Cicho. Pierwszy raz od lat nie musiał kręcić gałką do oporu.

Rysiek usiadł naprzeciwko mnie i uśmiechnął się zmęczonym uśmiechem. Siwy na skroniach, w polarze z logo zajezdni, w której od trzydziestu lat naprawia autobusy. Nie umiałam zacząć łagodnie.

- Rysiek, gdzie idzie emerytura taty?

Uśmiech mu zgasł. Danuta przy zlewie przestała stukać łyżeczką.

- Słucham?

- Tata dostaje dwie stówy kieszonkowego. Z trzech tysięcy sześciuset. A ja dziś dołożyłam prawie trzy tysiące do aparatu, bo ty "i tak dużo na niego wydajesz".

Przez chwilę milczał. Potem zaczął wyliczać, cicho i równo, jakby miał to w głowie od dawna.

- Czynsz za jego mieszkanie, bo stoi puste, a wynająć nie da, bo "tam jest mama". Leki. Pieluchy na noc, od lata. Jedzenie. Prąd, bo radio gra mu od szóstej rano.

- To dalej nie jest trzy tysiące sześćset.

- A ile kosztuje noc? - Podniósł głos i od razu go ściszył, oglądając się na korytarz. - Ile kosztuje wstać o trzeciej, bo on szuka mamy po mieszkaniu? Od marca jestem na pół etatu, Iwona. Nie da się go zostawić samego na dwanaście godzin. Wiesz, ile tracę? Nie wiesz. Ty przyjeżdżasz raz w miesiącu z sernikiem, siedzisz trzy godziny, a potem dzwonisz, jaka jesteś mi wdzięczna.

Zabolało, bo to była prawda.

- Więc bierzesz jego pieniądze za to, że się nim zajmujesz.

- Biorę to, co idzie na dom, w którym on mieszka. A reszta...

Urwał. Danuta odwróciła się od zlewu, wycierając ręce w ścierkę.

- Powiedz jej, Rysiu. Albo ja powiem.

Okazało się, że reszta to łazienka. W lutym tata zaczął się bać wanny. Wymyślał wymówki, żeby się nie myć, a po tygodniu Danuta zobaczyła, jak trzęsą mu się nogi, kiedy próbuje przełożyć jedną przez brzeg. Wanna wyleciała. Zrobili prysznic bez brodzika, uchwyty przy ścianie, składane siedzisko, nowe płytki, bo stare popękały przy kuciu. Dwadzieścia dwa tysiące złotych na raty. Raty szły z emerytury taty.

- Bo to dla niego - powiedział Rysiek. - A jak przyszło do aparatu, już nie starczało. I pomyślałem... - spojrzał w blat - że raz możesz i ty coś dać. Nie sernik. Coś.

- Ale on prosi cię o pieniądze na pączka - powiedziałam. - Swoje własne pieniądze. I jeszcze mi się chwalił, jaki jesteś hojny.

Rysiek otworzył usta, ale nie zdążył nic powiedzieć.

W drzwiach kuchni stał tata. W kapciach, w swetrze zapiętym nie na te guziki, z ręką przy uchu, jakby sprawdzał, czy słuchawka dalej tam jest.

- Ja wszystko słyszę, dzieci - powiedział. - Pierwszy raz od lat słyszę, jak się o mnie kłócicie.

Nikt się nie ruszył. Czajnik na kuchence zaczął gwizdać i Danuta nawet go nie zdjęła.

Tata podszedł do stołu powoli, przytrzymując się oparcia krzesła. Usiadł między nami.

- Łazienka jest dobra - powiedział do Ryśka. - Ja się w niej nie boję. I za noce ci dziękuję. Myślisz, że nie wiem, że wstajesz? - Wziął głęboki oddech. - Ale ja chcę swoją kartę, synu. Nie dlatego, że ci nie ufam. Tylko ja nie jestem dziecko. Dziecko dostaje kieszonkowe.

Rysiek zakrył twarz dłońmi. Trwało to długo. Kiedy je opuścił, oczy miał czerwone, ale głos spokojny.

- Dobrze, tato. W poniedziałek pojedziemy do banku.

W następną niedzielę siedzieliśmy we czwórkę przy tym samym stole nad zeszytem w kratkę. Tata dyktował, Danuta pisała. Rata za łazienkę. Leki. Część na dom, uczciwie, bo jedzenie i prąd kosztują. Mieszkanie na Zaodrzu tata postanowił sam wynająć, "byle porządnym ludziom, bo mama by chciała, żeby ktoś tam podlewał kwiatki". Reszta zostaje na jego koncie, na jego karcie. Nie dwieście złotych. Dużo więcej.

Ja też pierwszy raz trafiłam do tego zeszytu. Połowa raty za łazienkę - moja. A od grudnia, kiedy w szkółce kończy się sezon, biorę tatę do siebie na tydzień w miesiącu, żeby Rysiek mógł przespać kilka nocy z rzędu. Brat długo się opierał, mówił, że da radę. Danuta położyła mu rękę na ramieniu i przestał.

Tydzień później dostałam przelew. Dwa tysiące dziewięćset złotych, w tytule: "aparat - zwrot. R." Odesłałam go tego samego wieczoru. W tytule wpisałam: "łazienka - I."

Pierwszego listopada na cmentarzu tata podszedł do budki ze zniczami, wyjął z kieszeni kurtki nową kartę i przyłożył ją do terminala, zanim którekolwiek z nas zdążyło sięgnąć po portfel. Kupił trzy znicze: dla mamy, dla babci i "jeden zapasowy, jakby ktoś nie miał". Potem pokazywał nam paragon jak świadectwo z czerwonym paskiem.

W drodze powrotnej, kiedy skręcałam w ulicę Ryśka, znowu zapytał, co tak tyka.

- Kierunkowskaz, tato - powiedziałam. - Zawsze tak tykał. Tylko my go nie słyszeliśmy. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];