Tata pożyczył siostrze czterdzieści dwa tysiące na wkład do mieszkania - "oddam w ratach, tato, po pięćset". Po pogrzebie u notariusza siostra powiedziała, że to był prezent, "tata sam chciał". W szufladzie taty leżał zeszyt w kratkę: "Ewa - rata", sześć wpisów po pięćset złotych. Ostatni z marca 2022 roku.

Zeszyt położyłam na biurku pani notariusz tak, jak się kładzie atutowego asa. Zwykły, szkolny, w niebieskiej okładce, z naklejką z promocji w Biedronce, której tata nigdy nie odkleił. Otworzyłam go na trzeciej stronie i przesunęłam w stronę siostry.

- Ewa, rata - przeczytałam na głos. - Październik, listopad, grudzień, styczeń, luty, marzec. Sześć razy po pięćset. Trzy tysiące. A pożyczyłaś czterdzieści dwa.

Ewa nawet nie spojrzała na kartkę. Patrzyła w okno, na kasztanowiec na podwórku kamienicy przy Krakowskiej, który właśnie wypuszczał białe świeczki.

- To był prezent, Gosia. Tata sam chciał.

- Tata sam chciał - powtórzyłam. - To po co zapisywał raty?

Nie odpowiedziała. Pani notariusz, drobna kobieta z okularami na łańcuszku, odchrząknęła i złożyła dłonie na blacie.

- Panie pozwolą, że coś wyjaśnię. Akt poświadczenia dziedziczenia już mamy, dziedziczą panie po połowie. Ale umowę działu spadku mogę sporządzić tylko wtedy, kiedy obie strony się zgadzają. Jeśli nie, zostaje sąd.

- Ja się zgodzę - powiedziałam. - Jak Ewa odliczy od swojej połowy trzydzieści dziewięć tysięcy.

Zeszyt znalazłam trzy dni po pogrzebie, kiedy sprzątałam szufladę w meblościance taty na Zaodrzu. Między rachunkami za gaz, kartą z przychodni i starą legitymacją kolejarską. Tata przepracował na kolei czterdzieści lat i wszystko zapisywał - ile kosztował chleb, kiedy wymieniał filtr w kranie, kto dzwonił na imieniny. Po śmierci mamy, dwanaście lat temu, zapisywał jeszcze więcej. Jakby te kratki trzymały mu świat w porządku.

To ja jeździłam do niego trzy razy w tygodniu, prosto ze szkoły, gdzie od trzydziestu lat uczę chemii. To ja nosiłam zakupy na czwarte piętro bez windy, ja pilnowałam tabletek na ciśnienie, ja siedziałam w poczekalni u kardiologa. Ewa mieszkała we Wrocławiu i przyjeżdżała na święta - z sernikiem z cukierni i z opowieściami, jak jej ciężko.

A było jej ciężko, nie przeczę. W dwa tysiące dwudziestym pierwszym rozwiodła się po dwudziestu latach małżeństwa i została z niczym. Tata zerwał wtedy lokatę, na którą odkładał od lat.

- Gosiu, ty masz Romana, masz dom, masz pracę na stałe - mówił mi przy herbacie z cytryną. - A Ewka została jak palec. Ona odda, obiecała. Po pięćset miesięcznie.

Zgodziłam się. Co miałam powiedzieć? Że też bym chciała? Że mój Kuba właśnie zakładał firmę od wykończeń i każda złotówka by się przydała? Nie powiedziałam nic.

Pani notariusz zdjęła okulary.

- Muszę paniom powiedzieć jeszcze jedno, żeby nie było nieporozumień. Nawet jeśli to była darowizna, to przy dziale spadku co do zasady zalicza się ją na schedę obdarowanego. Chyba że spadkodawca wyraźnie zwolnił z tego obowiązku. Czy tata gdzieś to zaznaczył? W testamencie, w liście, choćby w wiadomości?

- Testamentu nie było - powiedziała Ewa cicho. - Ale on mi to powiedział.

- Słowa, niestety... - pani notariusz rozłożyła ręce.

Ewa wstała, zapięła płaszcz pod szyję, chociaż był maj i na dworze robiło się ciepło.

- Daj mi dwa tygodnie - rzuciła w moją stronę. I wyszła.

Przez te dwa tygodnie nie zadzwoniła ani razu. Roman mówił, żebym odpuściła.

- Gosia, to twoja siostra. Jedyna. Za te pieniądze nie kupisz sobie drugiej.

- Tu nie chodzi o pieniądze - odpowiadałam. - Chodzi o to, że ona kłamie.

I wierzyłam w to. Leżałam w nocy i układałam sobie w głowie, co jej powiem w sądzie. Że tata nie był naiwny. Że gdyby chciał dać prezent, nie robiłby rubryki "rata". Że ja przez sześć lat nosiłam mu siatki, a ona przez sześć lat nie oddała ani grosza.

Drugi raz spotkałyśmy się w tym samym gabinecie. Kasztanowiec za oknem już kwitł na całego. Ewa usiadła, wyjęła z torebki stary telefon z pękniętą szybką i położyła go obok mojego zeszytu.

- Znalazłam w pudle po przeprowadzce - powiedziała. - Ładowarki nie było, kupiłam na bazarze. Trzy dni nie chciał się włączyć.

Przesunęła telefon do pani notariusz. Ta czytała długo, potem spojrzała na mnie i podała mi go bez słowa.

SMS od "Tata". Dwudziesty ósmy marca dwa tysiące dwudziestego drugiego roku, dwudziesta pierwsza czternaście. Pisany wielkimi literami, bez polskich znaków, tak jak tata zawsze pisał, bo nie umiał przełączyć klawiatury.

"EWUNIA NIE PLAC JUZ WIECEJ. KUBIE DALEM 39 TYS NA DLUGI TO MACIE PO ROWNO. GOSI NIE MOW BO KUBA PROSIL. TATA"

Przeczytałam trzy razy. Za trzecim razem litery zaczęły mi pływać.

Kuba. Mój Kuba. Wiosną dwa tysiące dwudziestego drugiego jego firma padła, bo duży klient nie zapłacił za trzy mieszkania. Kuba mówił mi wtedy, że "jakoś się wygrzebie", że "dziadek dorzucił mu trochę na naprawę busa". Trochę. Uwierzyłam, bo chciałam uwierzyć.

- Pani Małgorzato - odezwała się notariusz łagodnie. - Takie oświadczenie spadkodawcy nie musi mieć żadnej szczególnej formy. Gdyby sprawa trafiła do sądu, ta wiadomość miałaby znaczenie. Ale decyzja należy do pań.

Wyszłam na korytarz. Ręce trzęsły mi się tak, że dwa razy wybrałam zły numer.

- Mamo? Coś się stało?

- Ile ci dał dziadek? Wtedy, w dwudziestym drugim.

Cisza. W tle słyszałam wiertarkę i czyjś śmiech, Kuba był na budowie.

- Mamo...

- Ile, Kuba.

- Trzydzieści dziewięć - powiedział w końcu. - Leasing za busa, ZUS, dwie pożyczki. Mamo, ty mi mówiłaś, żebym nie zakładał tej firmy. Pamiętasz? Przy wigilii mówiłaś, przy wszystkich. A potem wszystko się posypało dokładnie tak, jak powiedziałaś. Nie umiałem przyjść i ci tego przyznać. Dziadek powiedział, że to zostanie między nami. I że on to sobie jakoś wyrówna.

Wyrówna. Oparłam się o zimną ścianę korytarza i przez chwilę nie mogłam oddychać.

Kiedy wróciłam do gabinetu, Ewa siedziała w tej samej pozycji. Nie triumfowała. Patrzyła na swoje dłonie.

- Czemu nie powiedziałaś od razu? Wtedy, za pierwszym razem?

- Bo to nie był mój sekret - odpowiedziała. - Tata mnie prosił. Kuba jest twoim synem, nie moim. Myślałam, że może sama się domyślisz. Albo że odpuścisz. A jak nie odpuściłaś... to pomyślałam, że tata by nie chciał, żebyśmy się przez to sądziły.

Podpisałyśmy umowę tego samego dnia. Mieszkanie po tacie podzieliłyśmy po połowie, bez żadnych odliczeń. Ustaliłyśmy, że je sprzedamy, a do tego czasu Ewa przyjedzie na tydzień i razem przejrzymy rzeczy. Pierwszy raz od lat powiedziałyśmy sobie "do zobaczenia" i obie wiedziałyśmy, że to prawda.

Wieczorem usiadłam w kuchni z tym zeszytem. Chciałam go schować na pamiątkę, ale coś kazało mi go jeszcze przekartkować. Doszłam do końca i odwróciłam go do góry nogami - tata miał taki zwyczaj z kolei, że rzeczy prywatne zapisywał od tyłu, żeby nikt przypadkiem nie trafił.

Na ostatniej stronie, jego krzywym pismem:

"Kuba - 39 000 - marzec 2022. Ewie reszta darowana. Dziewczynki po równo."

Trzy dni szukałam w tym zeszycie dowodu, że siostra mnie oszukała. Wystarczyło go odwrócić. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];