Od września wnuk mieszka w moim mieszkaniu, "bo blisko na uczelnię", a ja przeniosłam się do córki. W listopadzie zadzwoniła sąsiadka z dołu, że ma już dość. "Co weekend nowi ludzie z walizkami, w piątek Niemcy, w sobotę jakieś wesele, a pani wnuka nie widziałam od miesiąca".
- Pani Tereso, ja nie dzwonię, żeby się kłócić. Ja dzwonię, bo już nie śpię.
Danuta z trzeciego piętra nigdy nie dzwoniła bez powodu. Przez trzydzieści lat mieszkania pod sobą wymieniłyśmy może sto rozmów i wszystkie dotyczyły albo pieczenia, albo rur. Teraz mówiła szybko, jakby się bała, że jej przerwę.
- W piątek Niemcy, w sobotę jakieś wesele. O trzeciej w nocy panowie w garniturach szukali klatki, dzwonili do mnie domofonem. A Kubusia nie widziałam od miesiąca. Ja myślałam, że pani wie.
Stałam w kuchni córki z nożem w jednej ręce i jabłkiem w drugiej. Zuzia siedziała przy stole i czekała na ćwiartki. Powiedziałam Danucie, że to jakaś pomyłka, że Kuba miewa kolegów. Odłożyłam telefon i dokończyłam obierać jabłko. Dopiero potem zauważyłam, że skórka wyszła mi w jednym długim pasku, jak kiedyś mojej matce, kiedy była zdenerwowana.
Kuba odebrał za drugim razem.
- Babciu, pani Danuta przesadza. Wpadło parę osób z roku, było trochę głośno. Przeproszę ją.
- A Niemcy?
- Jacy Niemcy? - zaśmiał się. Za krótko.
We wrześniu wszystko wydawało się takie proste. Magda została sama z Zuzią, odkąd Dariusz wyprowadził się do Gdańska, i coraz częściej brała popołudniowe zmiany w hurtowni. Zuzię ktoś musiał odbierać z zerówki. Ja z kolei od dwóch lat liczyłam schody - cztery piętra bez windy na Winogradach, a kolana coraz gorsze. Magda ma blok z windą na Ratajach i mały pokój po Kubie, który i tak stał pusty.
- Mamo, to się samo układa - mówiła wtedy. - Ty u nas, Kuba u ciebie. Na Morasko ma dwa przystanki tramwajem.
Kuba przyjechał z dwiema torbami i laptopem. Zapytał, czy może zamknąć mój mały pokój na klucz, żeby "nic się babci nie zniszczyło przy praniu i sprzątaniu". Wzruszyło mnie to. Sama spakowałam do niego kryształy, serwetki po mamie i album ze zdjęciami. Pomyślałam, że chłopak ma głowę na karku.
Przez dwa miesiące nie byłam u siebie ani razu. Kuba przywoził mi listy, raz w tygodniu wpadał na obiad. Zawsze mówił: "Babciu, nie męcz się po tych schodach, wszystko jest w porządku".
W piątek po telefonie Danuty nie poszłam na zakupy, tylko na tramwaj.
Na poręczy przy klatce wisiało małe szare pudełko z szyfrem. Takie, jakie widziałam w telewizji przy reportażach o hotelach bez recepcji. Stałam przed nim długo. Potem wspięłam się na czwarte piętro, z przystankiem na każdym półpiętrze, i otworzyłam drzwi własnym kluczem.
W przedpokoju stały dwie walizki na kółkach. Z kuchni wyszła kobieta w moim wieku, w okularach, z moim kubkiem w ręku. Za nią mężczyzna. Oboje byli bardzo grzeczni. Wyjaśnili łamaną angielszczyzną i rękami, że przyjechali na targi, że mają rezerwację do niedzieli. Mężczyzna pokazał mi telefon.
Na ekranie było moje mieszkanie. Moja meblościanka, wytarta do połysku i pusta jak w sklepie meblowym. Mój balkon z pelargoniami, które Kuba najwyraźniej podlewał. Podpis: "Przytulne mieszkanie blisko centrum Poznania. Idealne na weekend".
Usiadłam na taborecie w przedpokoju. Niemka przyniosła mi szklankę wody. W moim własnym domu obca kobieta przyniosła mi wodę z mojego kranu.
Kuba przyjechał po czterdziestu minutach. Usiedliśmy na ławce przed blokiem, bo nie chciałam rozmawiać przy obcych. Wyglądał, jakby nie spał od tygodnia. Najpierw mówił o opłatach, o tym, że wszystko było legalnie przez stronę, że goście płacili kartą. Potem przestał mówić i długo patrzył na swoje buty.
- To nie dla mnie, babciu. Ja mieszkam u Oliwii w akademiku na dziko, śpię na materacu. To dla mamy.
I wtedy usłyszałam o rzeczy, o której nie wiedziałam nic. Że kiedy Dariusz zakładał firmę transportową, Magda podpisała poręczenie kredytu. Że firma padła, Dariusz wyjechał, a bank zaczął pisać do niej. Że od zimy co miesiąc szła na to prawie cała jej pensja. Że Kuba znalazł listy z banku pod obrusem na stole w kuchni, kiedy szukał ładowarki.
- To był mój pomysł - powiedział szybko. Za szybko. - Mama tylko się zgodziła.
Wieczorem Zuzia już spała. Magda wróciła z hurtowni po dziewiątej, zdjęła buty w przedpokoju i zobaczyła mnie przy kuchennym stole. Nie zapytała, co się stało. Po prostu usiadła naprzeciwko, jakby czekała na to od września.
- Kuba ci powiedział.
- Powiedział, że to jego pomysł.
Magda uśmiechnęła się krzywo.
- On ma dwadzieścia lat, mamo. On by sam nie wpadł na to, żeby cię wyprowadzić z domu.
Siedziałyśmy w tej ciszy, którą zna każda matka. Lodówka brzęczała. Za ścianą sąsiad oglądał mecz.
- Mogłaś przyjść do mnie od razu - powiedziałam w końcu.
- I co? Wzięłabyś swoje oszczędności i dała mi wszystko. A potem wydzielałabyś sobie leki. Ja nie chciałam od ciebie pieniędzy, mamo. Ja chciałam twojego mieszkania na weekendy. Myślałam, że tak mniej zabieram.
Potem dodała jeszcze jedno zdanie, cicho, patrząc w blat:
- Przecież zawsze mówiłaś, że to mieszkanie i tak kiedyś będzie nasze.
Mówiłam. Przy każdej wigilii, przy każdych imieninach. "To wszystko kiedyś dla was". Nigdy nie przyszło mi do głowy, że ktoś może potraktować "kiedyś" jak termin, który da się przesunąć.
Nie płakałam. Zdziwiło mnie to. Zamiast tego zrobiłam herbatę z cytryną dla nas obu i powiedziałam, co będzie dalej.
W niedzielę Niemcy wyjechali, a Kuba zdjął ogłoszenie i odwołał rezerwacje do końca roku. Część pieniędzy musiał zwrócić gościom, część zapłacić stronie za zerwane terminy. Pudełko z szyfrem zdjęłam z poręczy sama. Zaniosłam Danucie sernik i przeprosiłam za wszystkie trzecie nad ranem. Danuta przyjęła sernik, a przeprosiny machnęła ręką.
W poniedziałek poszłyśmy z Magdą do banku. Razem, z teczką listów, których przez rok nikt nie miał odwagi rozłożyć na stole. Okazało się, że można rozmawiać o rozłożeniu długu na dłużej, że Magda mogła o to prosić od samego początku. Urzędniczka nie była ani miła, ani niemiła. Po prostu wydrukowała wniosek.
Wróciłam do siebie na Winogrady przed pierwszą niedzielą adwentu. Kolana bolały tak samo, schody nadal miały cztery piętra. Rozpakowałam mały pokój, rozłożyłam serwetki po mamie z powrotem na meblościance.
Kuba mieszka teraz ze mną naprawdę. Od poniedziałku do piątku, na rozkładanej wersalce, bo to faktycznie dwa przystanki na Morasko. W soboty jeździ do matki i odbiera Zuzię z basenu. Nie płaci mi za nic, a ja mu nic nie wypominam. Ale klucze od mieszkania noszę teraz przy sobie, a nie w szufladzie u córki.
Czasem w piątek wieczorem słyszę na klatce stukot kółek walizki. Za każdym razem serce mi podskakuje. A potem okazuje się, że to tylko student z drugiego piętra wraca do domu. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];