Po rozwodzie dalej robiłam zakupy ciotce byłego męża z sąsiedniej klatki, bo nikt z jego rodziny do niej nie zaglądał. Ciotka Jadwiga zmarła w lutym. W marcu były mąż zadzwonił pierwszy raz od dziewięciu lat i zapytał, czy wiem, "co ta stara zrobiła z mieszkaniem".

Telefon zadzwonił, kiedy wyciągałam z szafki ostatni słoik ogórków, które ciotka Jadwiga zakręciła jeszcze w sierpniu. Numer, którego nie miałam zapisanego. Odebrałam z ręką na zakrętce.

- Teresa? Leszek mówi.

Słoik zatrzymał się w połowie drogi do stołu. Dziewięć lat. Ostatni raz słyszałam ten głos na korytarzu sądu, kiedy rzucił "no to cześć", jakby wychodził po bułki.

- Powiedz mi jedno - zaczął bez żadnego "jak się masz". - Wiesz, co ta stara zrobiła z mieszkaniem?

- Jaka stara?

- Nie udawaj. Ciotka. Poszedłem do notariusza załatwić papiery po niej, a on mi mówi, że jest testament. Że mieszkanie nie dla mnie. To ja się pytam, czy ty o tym wiesz.

Nie wiedziałam. Powiedziałam mu to. Usłyszałam w słuchawce krótki, nieprzyjemny śmiech.

- Jasne. Dziewięć lat noszenia siatek i nic nie wiesz.

- Leszek, jej pogrzeb był miesiąc temu. Nie było cię.

- Nie twoja sprawa, gdzie mnie nie było - i się rozłączył.

Postawiłam słoik na stole. Z okna mojej kuchni na Retkinii widać było klatkę C, a na drugim piętrze okno ciotki. Pelargonia dalej tam stała, bo nie miałam serca jej zabrać. Podlewałam ją co tydzień, chodząc tam z kluczami, które dostałam od Jadwigi jeszcze wtedy, kiedy byłam jej synową w sensie dosłownym, a nie tylko z przyzwyczajenia.

Dwa dni później przyszło zawiadomienie z kancelarii notarialnej. Kilka urzędowych zdań: testament Jadwigi Sobczak został otwarty i ogłoszony, a ja jestem w nim wymieniona. Przeczytałam je trzy razy, stojąc w przedpokoju w płaszczu. Następnego dnia siedziałam już w kancelarii, a notariuszka przesuwała w moją stronę wypis. Testament z października 2023 roku. Do całego spadku Jadwiga powołała mnie. Teresę. Byłą żonę swojego bratanka.

I wtedy przypomniał mi się tamten październik. Ciotka poprosiła, żebym zamówiła jej taksówkę "do przychodni". Wróciła po dwóch godzinach bez żadnej recepty, w kapeluszu, którego nie nosiła od lat, i w takim humorze, że zjadła dwa kawałki sernika. Zapytałam, co powiedział lekarz. Machnęła ręką.

- Że jeszcze pożyję, Tereska. Na złość wszystkim.

Przez dziewięć lat chodziłam do niej we wtorki i piątki. Chleb z piekarni, w której pracuję od trzydziestu lat, twarożek, mleko, leki z apteki na rogu. Zaczęło się zwyczajnie - tydzień po rozwodzie zapukała do mnie, stanęła w drzwiach o lasce i powiedziała:

- Leszek to głupi chłopak. Zawsze był. Ale ja nie mam zamiaru przez niego tracić jedynej osoby w tym bloku, z którą da się porozmawiać.

Była jedyną z jego rodziny, która w ogóle do mnie wtedy przyszła. Więc chodziłam. Nie z wyrachowania. Z wdzięczności, a potem już po prostu dlatego, że lubiłam jej kuchnię pachnącą kawą zbożową i jej zrzędzenie.

- Tereska, ty mi nie przynoś tej margaryny. Ja chcę masło. Jeszcze nie umieram.

Teraz, z listem w ręku, czułam się, jakbym ją okradła.

A blok szybko się dowiedział. Krysia z parteru zatrzymała mnie przy skrzynkach na listy i powiedziała, ściszając głos tak, żeby wszyscy słyszeli:

- Tereska, ja tam nic nie mówię. Ale ludzie gadają, że ty od początku na to mieszkanie liczyłaś.

Tej nocy nie spałam. Rano zadzwoniłam do córki. Ania wynajmuje z ośmioletnim Kubusiem dwa pokoje na Widzewie i czynsz zjada jej większość pensji, więc wiedziałam, co powie. Nie powiedziała.

- Mamo, zrób, jak czujesz. Tylko nie przez tatę i nie przez Krysię.

Sprawdziłam w internecie. Spadek można odrzucić, na to jest pół roku. Wtedy mieszkanie przeszłoby na Leszka, jako jedynego dziecka nieżyjącego brata Jadwigi. Pomyślałam, że tak będzie najczyściej. Nikt mi nie powie, że się wkręciłam.

W sobotę poszłam do klatki C podlać pelargonię i spakować resztę jej rzeczy. Chciałam mieć to za sobą przed wizytą u notariusza. Otworzyłam meblościankę, wyjęłam album ze zdjęciami. Między ostatnią stroną a okładką tkwiła koperta. Na kopercie jej krzywym, drżącym pismem: "Dla Tereski. Jak już będzie po wszystkim".

Usiadłam na tapczanie. Ręce mi się trzęsły tak, że ledwo rozerwałam papier.

"Teresko. Pewnie Leszek już do ciebie dzwonił i pewnie był niemiły. Nie miej mu tego za złe, bo to nie on zaczął. Po pogrzebie Stefana pokłóciłam się z jego matką o grób i o działkę. Leszek stanął w jej obronie, miał wtedy trzydzieści lat, a ja mu powiedziałam, żeby więcej tu nie przychodził, bo jest taki sam jak ona. Nie przyszedł. Zrobił dokładnie to, co mu kazałam. A ja przez dwadzieścia pięć lat byłam za dumna, żeby podnieść słuchawkę. Każdy myśli, że rodzina mnie zostawiła. To ja ich zostawiłam.

Mieszkanie daję tobie, bo wiem, że zrobisz z nim to, co trzeba. Ja nie umiałam. W dolnej szufladzie są zdjęcia Stefana z wojska. Leszek nie ma ani jednego zdjęcia ojca z młodości. Daj mu je. Powiedz, że ciotka przeprasza. Sama nie dałam rady".

Siedziałam tam, aż zrobiło się ciemno.

Zadzwoniłam do Leszka w poniedziałek. Zgodził się przyjechać ze Zgierza, choć słyszałam, że robi to z łaski. Usiedliśmy na ławce przed blokiem, między klatką B a C. Postarzał się. Siwy, w za dużej kurtce, z tym samym nerwowym ruchem palców po kolanie.

Najpierw dałam mu list. Czytał długo. Potem dałam mu zdjęcia. Na pierwszym jego ojciec, dwudziestoletni, w mundurze, opierał się o płot i śmiał do kogoś poza kadrem.

Leszek przyłożył dłoń do ust.

- Ja myślałem... - zaczął i urwał. - Myślałem, że ona mnie do końca nienawidziła. A jak notariusz powiedział o testamencie, to tak, jakby mi to podpisała na piśmie.

- Ona cię nie nienawidziła. Ona się wstydziła.

- To czemu nie zadzwoniła?

- A ty czemu nie zadzwoniłeś?

Nie odpowiedział. Siedzieliśmy w ciszy, dwoje ludzi po sześćdziesiątce, którzy kiedyś spali w jednym łóżku, a teraz nie wiedzieli, co zrobić z rękami.

Spadku nie odrzuciłam. W kwietniu, kiedy notariusz wydał akt poświadczenia dziedziczenia, zaprosiłam Anię z Kubusiem do mieszkania ciotki i dałam jej klucze. Powiedziałam, że to od babci Jadwigi, której Kubuś prawie nie znał. I od dziadka Stefana, którego nie znał wcale.

Potem zadzwoniłam do Leszka i mu powiedziałam. Długo milczał.

- Dobrze - odezwał się w końcu. - Niech mała tam mieszka. To jest moja córka i mój wnuk. Ciotka by chciała.

W maju przyjechał pomóc wnieść szafę na drugie piętro. Pierwszy raz od dwudziestu pięciu lat wszedł do klatki C. Zatrzymał się w progu, popatrzył na meblościankę, na kryształowy wazon, na serwetki na stole. Nic nie powiedział. Wziął się za szafę.

Krysia z parteru patrzyła na nas zza firanki. Niech patrzy.

Pelargonia dalej stoi w oknie. Teraz podlewa ją Kubuś. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];