W Wigilię zmywałam u mamy w kuchni, a brat z bratową palili na balkonie przy uchylonym oknie. Bratowa mówiła, że jeszcze rok tych niedzielnych obiadów, "aż mama podpisze darowiznę, a potem niech się siostra martwi". Mama w tym czasie pakowała im makowiec na drogę.

Woda w zlewie była już letnia i tłusta po karpiu, a ja szorowałam ten sam półmisek trzeci raz. Bałam się, że jak przestanę, to wszyscy usłyszą, że w kuchni zrobiło się za cicho.

Mama od zawsze wietrzy po smażeniu ryby, nawet w grudniu, więc kuchenne okno było uchylone, a balkon jest zaraz obok. Darek z Marzeną wyszli na papierosa po kolędach. Czułam dym, słyszałam trzask zapalniczki i krótki śmiech Marzeny, taki przez nos.

- Jeszcze rok, Darek. Rok tych niedzielnych obiadów, aż mama podpisze darowiznę. A potem niech się siostra martwi.

Darek coś mruknął. Nie dosłyszałam co. Może "cicho bądź", może "no wiem". Do dziś nie wiem i chyba właśnie to boli najbardziej.

Za moimi plecami szeleściła folia aluminiowa. Mama odkroiła im pół makowca - tego, który piekłyśmy razem w poniedziałek, bo jej ręce nie dają już rady z wałkowaniem - i owijała go starannie, warstwa po warstwie.

- Jolu, podaj mi tę mocniejszą reklamówkę - powiedziała. - Żeby im się nie pokruszył w samochodzie.

Podałam. Miałam mokre ręce i torba przykleiła mi się do palców.

Drzwi balkonowe stuknęły. Marzena weszła do kuchni pachnąca zimnem, papierosami i perfumami, objęła mamę od tyłu i cmoknęła ją w policzek.

- Mamusiu, ale nie trzeba było! Ty się tak narobisz dla nas.

Mama się zaczerwieniła jak dziewczynka. Darek stanął w drzwiach, z kurtką już na ramieniu, i patrzył wszędzie, tylko nie na mnie.

- To w niedzielę jak zwykle, mamo?

- Jak zwykle, synku. Zrobię gołąbki.

W samochodzie Roman zapytał, czemu jestem taka blada. Powiedziałam, że to ten karp. Jechaliśmy przez pustą Częstochowę, wszędzie migały lampki w oknach, a ja liczyłam w głowie niedziele.

Od śmierci taty minęło sześć lat. Przez te sześć lat to ja jeździłam do mamy na Raków codziennie po pracy - dwa przystanki tramwajem z Tysiąclecia, potem pieszo pod górkę. Pracuję jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej, do emerytury zostały mi niecałe dwa lata, i mój dzień od dawna miał dwa etaty. Rano faktury, po południu pudełko z tabletkami na cały tydzień, kolejka do kardiologa, rachunki za prąd, zakupy, mycie okien przed świętami.

Darek mieszka w Myszkowie, czterdzieści kilometrów stąd. Przez pierwsze pięć lat bywał na Wielkanoc, na Wszystkich Świętych i w Wigilię. Zawsze coś: warsztat, terminy, Marzena chora, wnuczka przyjeżdża.

A rok temu, przy tym samym wigilijnym stole, mama odłożyła widelec i powiedziała:

- Mieszkanie kiedyś będzie dla Darka. Jola ma swoje, a Ola z małym tułają się po wynajętych.

Kiwnęłam głową. To była prawda. Mam swoje mieszkanie, Ola, córka Darka, naprawdę płaci za wynajem więcej, niż powinna. Nie czułam żalu. I od stycznia Darek zaczął przyjeżdżać w każdą niedzielę. Cieszyłam się jak głupia. Mówiłam Romanowi, że brat w końcu dorósł. Że może tata coś tam na górze załatwił.

Marzena pytała mamę, ile kosztuje notariusz, bo "my byśmy pokryli, mamusiu, żebyś się nie martwiła". Myślałam, że to dobroć.

W święta prawie nie spałam. W drugi dzień Roman postawił przede mną herbatę z cytryną i usiadł naprzeciwko.

- Powiesz jej, to jej serce pęknie - powiedział. - Nie powiesz, to będziesz tam latać sama do końca. I jeszcze będziesz się uśmiechać do Marzeny przy stole.

- A jak nie uwierzy?

- To uwierzy później.

W pierwszą niedzielę po Nowym Roku pojechałam do mamy o dziesiątej, trzy godziny przed obiadem. Stała przy stole i zawijała gołąbki. Liście kapusty parowały na desce, w kuchni pachniało cebulą i ryżem. Usiadłam na taborecie przy lodówce, tam gdzie siadałam jako dziecko.

- Mamo, w Wigilię słyszałam, co Marzena mówiła na balkonie.

I powiedziałam. Słowo w słowo, bo nie umiałam inaczej.

Mama nie przestała zawijać. Złożyła brzeg liścia, podwinęła boki, położyła gołąbka w brytfannie obok innych. Dopiero przy następnym zauważyłam, że trzęsą się jej palce.

- Wiem, Jolu.

- Jak to wiesz?

- Bo przez pięć lat nie mógł przyjechać. A jak powiedziałam o mieszkaniu, to od następnej niedzieli mógł. - Wytarła ręce w fartuch. - Ja jestem stara, ale nie głupia.

- To czemu… Mamo, to czemu ty mu to ciasto pakujesz, czemu się cieszysz?

Usiadła ciężko naprzeciwko mnie. Długo milczała. Kapusta na kuchence cicho pyrkała.

- Bo przez ten rok miałam syna przy stole - powiedziała w końcu. - Siadał tu, gdzie ty siedzisz. Mówił "mamo, jeszcze dokładkę". Opowiadał o warsztacie. Wiem, za co go mam, dziecko. Ale starej kobiecie czasem to wystarczy.

Poczułam, jakby ktoś mi przyłożył zimną dłoń do karku. Ona to wszystko wiedziała. Przez cały rok kupowała sobie syna na niedzielę, a ja się cieszyłam, że brat dorósł.

- Tylko tego o tobie nie wiedziałam - dodała ciszej. - Że ty się masz potem martwić. Myślałam, że chociaż tobą się zajmą, jak mnie zabraknie. Że będziecie razem.

Wstała, podeszła do okna i stała tak, plecami do mnie, aż kapusta zaczęła kipieć.

O pierwszej przyjechali. Mama podała rosół, potem gołąbki, jak zawsze. Marzena chwaliła sos. Przy kawie mama odstawiła filiżankę.

- Z darowizną poczekamy - powiedziała spokojnie. - W lutym idę do notariusza, ale napiszę testament. Po równo, dla was obojga. A obiady w niedziele są dalej. Kto chce, ten przyjeżdża.

Marzena otworzyła usta.

- Mamusiu, ale przecież my nic…

- Wiem, Marzenko. Jedz sernik.

Darek podniósł głowę i pierwszy raz od Wigilii spojrzał mi prosto w oczy. Zrozumiał, że słyszałam. Wyszli wcześniej niż zwykle. Mama i tak zapakowała im sernik.

Marzena od tamtej pory nie przyjechała ani razu.

Darek pojawił się sam w połowie lutego. Stał w przedpokoju z tulipanami z kiosku przy dworcu, czerwony na twarzy jak chłopak przyłapany na wagarach. Mama poszła wstawić kwiaty, a on przyszedł do mnie do kuchni.

- Ja nie mówiłem, że tak myślę, Jola.

- Ale nie powiedziałeś, że nie.

Zapatrzył się w ceratę.

- W warsztacie od jesieni mówią o zwolnieniach. Marzena się boi, że zostaniemy z niczym, Ola z małym na głowie… Ona tak gada, jak się boi. A ja… - Machnął ręką. - Ja jestem tchórz. Zawsze byłem. Ty wszystko ogarniałaś, to było mi łatwo nie ogarniać.

Nie przytuliłam go. Nie umiałam jeszcze. Ale nalałam mu herbaty i podsunęłam cukier, bo wiem, że słodzi trzy łyżeczki.

Teraz przyjeżdża co drugą niedzielę. Czasem nie przyjeżdża i dzwoni z przeprosinami. Raz w miesiącu bierze mamę na cmentarz do taty i do apteki, a ja mam wtedy wolne popołudnie - pierwsze od sześciu lat. Testament leży u notariusza. Nikt o nim przy stole nie mówi.

A mama dalej pakuje mu ciasto na drogę. Ja już przy tym nie odwracam wzroku. Patrzę, jak owija je folią, warstwa po warstwie, i myślę, że niektóre matki dają ciasto, żeby dziecko wróciło. I czasem to nawet działa - tylko nie zawsze z tego powodu, z którego by chciały. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];