Tata od dwóch lat mieszka u siostry - "ma tam wszystko". Przed Wszystkimi Świętymi poprosił mnie po cichu o pięćdziesiąt złotych na znicze dla mamy, "żeby nie prosić Iwony". W samochodzie powiedział, że kartę do jego konta Iwona trzyma u siebie, "bo tak wygodniej".

- Gosiu, masz może pięćdziesiąt złotych? Tylko Iwonie nic nie mów.

Tata powiedział to szeptem, chociaż w przedpokoju byliśmy sami, a z kuchni dochodził tylko szum okapu i brzęk garnków. Obracał w palcach czapkę z daszkiem, tę samą, w której kiedyś jeździł na działkę, i wyglądał jak uczeń przed gabinetem dyrektora.

- Na znicze dla mamy - dodał. - Żeby nie prosić Iwony.

Wyjęłam portfel, zanim zdążyłam cokolwiek pomyśleć. Złożył banknot na czworo i schował do wewnętrznej kieszeni marynarki - tej od garnituru, w którym trzy lata temu chował mamę. Klepnął się w pierś, jakby sprawdzał, czy pieniądze nie uciekną.

Mój ojciec. Zdzisław Kowalczyk, który przez trzydzieści lat woził ludzi miejskim autobusem po Kielcach i nigdy od nikogo nie pożyczył nawet na papierosy. Prosił własną córkę o pięćdziesiąt złotych. Po cichu. W przedpokoju domu, w którym podobno miał wszystko.

- Tato, a twoja emerytura? - zapytałam.

- Potem - machnął ręką. - Jedźmy, bo na Cmentarnej zaraz będą korki.

W samochodzie długo milczał. Dopiero na światłach przy rondzie, kiedy patrzył przez szybę na kobiety z wiadrami chryzantem, powiedział niby od niechcenia:

- Kartę ma Iwona. Tak wygodniej. Ona robi zakupy, płaci rachunki, to po co mam jej co chwilę głowę zawracać.

- A jak ci czegoś trzeba?

- To mówię. - Wzruszył ramionami. - Albo nie mówię. Co mi trzeba, w moim wieku?

Zerknęłam na jego buty. Lewy miał pękniętą podeszwę, przyklejoną czymś przezroczystym. Przypomniałam sobie, że od pół roku, kiedy do niego dzwonię, odbiera Iwona. "Tata ma rozładowany", "tata śpi", "tata nie ma środków, ja mu potem doładuję". Myślałam, że to starość. Że zapomina.

Jestem księgową od dwudziestu sześciu lat. Liczby mam w głowie, czy chcę, czy nie. I w tamtym samochodzie, z silnikiem na luzie, policzyłam coś, czego przez dwa lata nie chciało mi się liczyć. Emerytura kierowcy po trzydziestu latach pracy to nie są grosze. Tata nie pali, nie pije, nie jeździ do sanatorium. Gdzie to wszystko idzie, skoro na znicze dla żony musi prosić mnie?

Na cmentarzu wybierał długo. Brał znicze do ręki, oglądał spody, odkładał. W końcu kupił dwa czerwone, szklane, takie jak mama lubiła, i dokładnie przeliczył resztę. Przy grobie przykucnął z trudem, zapalił oba i powiedział do kamienia:

- Halinka by mnie zbeształa, że w takich butach przyszedłem.

Nie wiedziałam, czy to żart.

Dwa lata wcześniej to Iwona zadzwoniła do mnie do Łodzi. Że tata zostawił gaz pod pustym czajnikiem, że sąsiadka czuła swąd na klatce, że ona dłużej nie da rady jeździć do niego codziennie przez pół miasta. "Zabieram go do siebie, do Masłowa. Mamy pokój po chłopakach". Pamiętam ulgę, jaką poczułam. Wstyd mi teraz, ale pamiętam. Miałam pracę, córkę po rozwodzie, wnuczkę w żłobku. Sto pięćdziesiąt kilometrów. Iwona była na miejscu. Iwona zawsze była na miejscu.

Wieczorem, po obiedzie, tata poszedł się położyć, a szwagier Marek wyszedł do kotłowni dosypać ekogroszku. Zostałyśmy w kuchni same. Iwona zmywała, ja wycierałam, jak kiedyś u mamy.

- Iwona, dlaczego tata nie ma swojej karty?

Talerz w jej ręku zatrzymał się w pół drogi.

- Bo zgubiłby. Bo nie pamięta PIN-u. Bo ja wszystko załatwiam. - Odstawiła talerz na suszarkę mocniej, niż trzeba było. - A co, poskarżył się?

- Poprosił mnie o pięćdziesiąt złotych na znicze dla mamy.

Odwróciła się. Miała mokre ręce i czerwoną od pary twarz.

- To czemu mnie nie poprosił?

- No właśnie, Iwona. Czemu?

Przez chwilę słychać było tylko kapiący kran. Potem moja siostra usiadła ciężko na taborecie, z rękami na kolanach, i zaczęła mówić tak, jakby trzymała to w sobie od miesięcy.

Że Marka zwolnili rok temu, kiedy zamknęli zakład, a w jego wieku nikt go nie chce. Że ekogroszek zdrożał, że dom po teściach jest stary i pochłania ciepło jak sito. Że tata bierze leki, za które ona płaci w aptece, że trzy razy w tygodniu pierze jego pościel, bo w nocy się poci, że wozi go do kardiologa, do okulisty, do lekarza rodzinnego.

- Tak, płacę z jego emerytury rachunki. Za prąd, za opał, za jedzenie. Bo on tu mieszka, Gosia. Bo inaczej byśmy nie dali rady. - Głos jej się załamał. - A ty przyjeżdżasz raz na dwa miesiące z sernikiem i patrzysz na mnie, jakbym go okradała.

- Nie patrzę tak.

- Patrzysz. Teraz też.

Miała rację. Patrzyłam. I nagle zobaczyłam też siebie - z tym sernikiem, z tą ulgą sprzed dwóch lat, z kartką świąteczną zamiast pieniędzy na opał.

- Nie wiedziałam, że Marek nie pracuje - powiedziałam cicho.

- Bo nie pytałaś.

- Dziewczyny.

Tata stał w drzwiach kuchni, w kapciach i swetrze narzuconym na piżamę. Nie wiem, jak długo tam był. Podszedł do stołu, oparł się o blat i spojrzał na nas obie po kolei, jak kiedyś, gdy biłyśmy się o ostatni kawałek szarlotki.

- Iwonka, ja wiem, co ty dla mnie robisz. Wiem lepiej niż ktokolwiek. I chcę się dokładać, nawet więcej niż teraz. - Przełknął ślinę. - Ale ja nie chcę prosić. Chcę mieć coś swojego w kieszeni. Na gazetę. Na znicze. Żeby małemu Kubie lizaka kupić, jak przyjdzie. Ja nie jestem dziecko.

Iwona zakryła twarz rękami. Nie płakała głośno. Tylko jej ramiona drżały.

- Tato, ja nie chciałam... ja myślałam, że ci niczego nie brakuje.

- Bo nie mówiłem. - Położył jej dłoń na głowie, jak wtedy, kiedy była mała. - Głupi stary byłem. Bałem się, że się obrazisz. Że to twój dom.

Usiedliśmy we troje przy stole i po raz pierwszy od pogrzebu mamy rozmawialiśmy o pieniądzach jak rodzina, a nie jak obcy ludzie, którzy boją się sobie spojrzeć w oczy. Ustaliliśmy rzeczy proste. W poniedziałek Iwona pojedzie z tatą do banku i zamówią mu nową kartę.

Część emerytury co miesiąc będzie szła przelewem na rachunki domu - tata sam wyliczył, ile, i była to kwota, przy której Iwona aż zaprotestowała, że za dużo. Reszta zostaje u niego. A ja co miesiąc dorzucę Iwonie na opał i raz w miesiącu zabiorę tatę do siebie do Łodzi na weekend, żeby siostra mogła się wyspać.

- Raz w miesiącu - powtórzyła Iwona, jakby nie wierzyła.

- Raz w miesiącu - odpowiedziałam. - Spisz mi to, jak chcesz. Jestem księgową.

Pierwszy raz od lat się zaśmiała.

Na Wigilię tata przyjechał do Iwony z Markiem, w nowych butach. Sam je kupił, w sklepie przy rynku, i opowiadał o tym przy barszczu chyba trzy razy. Po kolacji, kiedy wszyscy kłócili się o to, kto pierwszy otwiera prezenty, wcisnął mi do ręki małą białą kopertę.

W środku był banknot złożony na czworo. Pięćdziesiąt złotych.

- Oddaję - powiedział. - Z własnych.

Chciałam odmówić. Ale zobaczyłam, jak wyprostował się, kiedy mi ją podawał, i schowałam kopertę do portfela. Noszę ją tam do dziś i nie zamierzam jej wydać. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];