Mąż od emerytury we wtorki i czwartki siedzi w garażu na Kolejowej, "bo tam ma spokój i narzędzia". W listopadzie zaniosłam mu zapomniane leki. W garażu stała kanapa, której nie znałam, na niej koc w kratę, a na półce obok wiertarki - kubek z napisem "Najlepsza babcia".
Pojemnik na leki grzechotał mi w kieszeni płaszcza przy każdym kroku. Czwartek, przegródka "obiad": dwie białe tabletki i jedna różowa. Mirek zostawił go na stole obok cukierniczki, jak zawsze, kiedy się śpieszył. A śpieszył się zawsze we wtorki i czwartki.
Szłam wzdłuż nasypu, mżyło, po lewej ciągnął się rząd blaszanych garaży. Dzwoniłam do niego dwa razy. Nie odebrał. Brama z numerem czternaście była uchylona na pół metra, ze środka sączyło się żółte światło i grało radio.
- Mirek? - zawołałam.
Nic. Schyliłam się i weszłam.
Pamiętałam ten garaż sprzed lat: zimny beton, puszki po farbie, zapach smaru, od którego bolała mnie głowa. Dlatego tu nie przychodziłam. To było jego królestwo, ja miałam swoje - kuchnię, rachunki, szafę z pościelą.
Teraz na betonie leżał dywanik. Pod ścianą stał grzejnik olejowy, a obok brązowa, rozkładana kanapa, której nigdy w życiu nie widziałam. Na niej koc w czerwono-zieloną kratę, złożony w równą kostkę. Mirek przez czterdzieści lat małżeństwa nie złożył w kostkę ani jednego koca.
A na półce, obok wiertarki, którą kupiłam mu na sześćdziesiątkę, stał kubek. Biały, z różowym napisem "Najlepsza babcia".
My nie mamy wnuków. Nasz Paweł ma czterdzieści jeden lat, kawalerkę na Tysiącleciu i psa.
Wzięłam kubek do ręki. Na dnie zaschnięta herbata z plasterkiem cytryny. Na brzegu - blady ślad różowej szminki.
Brama zgrzytnęła za moimi plecami.
- Ela? - Mirek stał z siatką, z której wystawały bułki i gazeta. - Co ty tu robisz?
- Zapomniałeś leków. - Postawiłam pojemnik na półce, obok kubka. Głos miałam dziwnie spokojny. Taki, jakim przez trzydzieści lat w spółdzielni mleczarskiej mówiłam do kierownika, że bilans się nie zgadza.
- Mogłaś zadzwonić.
- Dzwoniłam.
Poklepał się po kieszeni kurtki, wyjął telefon. Wyciszony. Zawsze go wyciszał, kiedy tu przychodził. Dopiero teraz to do mnie dotarło.
- Czyja to kanapa, Mirek?
Położył siatkę na stole warsztatowym. Powoli, dokładnie, tak jak przez trzydzieści osiem lat odstawiał torbę po służbie, kiedy wracał z pociągu.
- Tereski.
- Jakiej Tereski?
- Od Zenka. Spod dwudziestki. Zenek umarł cztery lata temu, byłaś na pogrzebie.
Byłam. Pamiętałam małą, okrągłą kobietę w czarnym płaszczu, która ściskała mi rękę i powtarzała: "dziękuję, że pani przyszła, dziękuję". Teresa. Zenek trzymał garaż obok, przez ścianę. Wymieniali się z Mirkiem kluczami francuskimi i narzekaniem na rząd.
- Ile to trwa?
- Ela, to nie jest tak, jak...
- Ile, Mirek.
Spojrzał na kanapę, nie na mnie.
- Półtora roku. Najpierw tylko gadaliśmy. Przyszła sprzedać narzędzia po Zenku, nie wiedziała, co ile warte, to jej pomogłem. Potem przynosiła herbatę w termosie. Zimą zmarzła, to przyniosłem grzejnik...
- A potem kanapę.
Radio grało jakąś starą piosenkę z lat osiemdziesiątych. Mirek usiadł na brzegu kanapy, ciężko, jakby nogi mu odmówiły.
- Ona mnie słucha, Ela. Ja jej coś opowiem o pociągach, o Zenku, o czymkolwiek, a ona słucha. U nas... - urwał. - U nas wszystko jest już zrobione, zanim ja zdążę pomyśleć, że trzeba.
- Bo ktoś musiał to robić. Jak ty jeździłeś na nocki do Katowic, to kto płacił rachunki? Kto chodził z Pawłem do ortodonty?
- Wiem. Wiem, Ela. Ja ci tego nie wyrzucam.
- Śpisz z nią?
Zasłonił twarz dłońmi. Duże, spracowane dłonie, z czarnym od smaru brzegiem paznokci.
- Nie pytaj.
To była odpowiedź.
Trzymałam ten kubek w ręku i przez sekundę widziałam, jak rozbija się o beton. Jak różowe litery pękają na kawałki. Ale go nie rzuciłam. Postawiłam z powrotem na półce. Dokładnie tam, gdzie stał, uchem w prawo. Nie wiem, po co. Chyba żeby chociaż jedna rzecz w tym garażu była na swoim miejscu.
Wyszłam. Leków nie zabrałam.
Przez następny tydzień w domu było tak cicho, że słyszałam lodówkę. Mirek spał na wersalce w dużym pokoju. Jadł zupę, mówił "dziękuję", zmywał po sobie talerz, czego wcześniej nie robił. Ja leżałam w nocy i liczyłam. Tak jak całe życie - kolumny, salda, odsetki.
Kiedy przeszedł na emeryturę, chodził po mieszkaniu jak gość. Przestawiał kubki w szafce, a ja je odstawiałam. Wkładał rzeczy do pralki, a ja wyjmowałam, bo kolorowe z białym. Mówiłam: "Mirek, nie plącz się, idź gdzieś". No to poszedł. Do garażu. Sama go tam wysłałam.
To nie znaczy, że miał prawo. Nie miał. Ale prawda wyglądała tak, że przez trzydzieści osiem lat jego służby zbudowałam dom, w którym on był potrzebny tylko w niedzielę. A potem był już potrzebny tylko w rubryce "leki: rano, w południe, wieczorem".
W następny czwartek rano, kiedy znowu sięgał po kurtkę, powiedziałam:
- Idź do niej.
Zamarł z ręką w rękawie.
- Nie na wtorki i czwartki, Mirek. Idź do niej naprawdę.
- A ty?
- Ja sobie poradzę. Przecież zawsze sobie radziłam. O to ci chyba chodziło.
Nie kłócił się. To mnie zabolało najbardziej - że się nie kłócił.
Paweł, kiedy się dowiedział, przyjechał wieczorem i krzyczał na ojca przez telefon tak, że pies się schował pod stół. Odebrałam mu słuchawkę.
- Nie rób z ojca potwora - powiedziałam. - On nie jest potworem. Jest samotnym starym chłopem, któremu ktoś w końcu nalał herbaty.
Mirek wyprowadził się na początku grudnia, z dwiema torbami, do mieszkania Teresy przy Kopernika. Dzień przed wyjazdem usiadłam w kuchni i napisałam na kartce wszystko. Która tabletka o której.
Że ciśnienie mierzy się rano, przed kawą, nie po. Że podjada sól do pomidorów, kiedy nikt nie patrzy. Że kontrola w przychodni jest dwunastego, a na recepty trzeba dzwonić w poniedziałek o siódmej, bo potem nie ma miejsc.
Zaniosłam to sama. Teresa otworzyła mi w fartuchu, z mąką na rękach. Zbladła tak, że myślałam, że zemdleje.
- Pani Elu... ja nie chciałam...
- Wiem. Nikt nie chciał. - Podałam jej kartkę. - To jego leki. Tę w południe zapomina. Niech pani pilnuje.
Wzięła kartkę mokrymi od mąki palcami i rozpłakała się. Ja nie. Ja się wypłakałam wcześniej, w tamtym garażu, tylko w środku.
W styczniu złożyłam pozew. Bez orzekania o winie, bo nie chciałam stawać przed sądem i opowiadać obcym ludziom o kocu w kratę. Mirek się zgodził od razu. Na sprawie zapytał mnie na korytarzu, czy dobrze śpię. Powiedziałam, że tak. I pierwszy raz od dawna to była prawda.
We wtorki i czwartki chodzę teraz z siostrą na basen. Kupiłam sobie nowy kubek. Bez żadnego napisu. Sama zdecyduję, czym na niego zasłużyłam. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];