Syn ściągnął mnie na zimę do Dublina - "mama odpocznie, pozwiedza, pobędzie z wnukami". Od grudnia odbieram małego z przedszkola i gotuję obiady na całą rodzinę. W polskim sklepie na tablicy ogłoszeń wisi kartka z numerem synowej: "Szukam niani od kwietnia, 15 euro za godzinę". Bilet powrotny mam na 31 marca.

Kartka wisiała przy samych drzwiach, przypięta zieloną pinezką między ogłoszeniem o pokoju do wynajęcia a ulotką kogoś, kto "przewozi paczki do Polski co tydzień". Zwykła kartka z zeszytu w kratkę, pismo okrągłe, staranne. "Szukam niani od kwietnia, 2 dzieci (4 i 7 lat), Clondalkin, 15 euro/h". Pod spodem numer telefonu.

Nie musiałam sprawdzać w komórce. Znałam go na pamięć, bo przez całą zimę dzwoniłam pod niego codziennie o dwunastej dwadzieścia:

- Paulinko, odebrałam Kubusia, wszystko dobrze.

Stałam z koszykiem, w którym leżał twaróg, dwie paczki kopytek i śmietana osiemnastka - bo Grzesiek tutejszej nie tknie, mówi, że jak woda. Kasjerka zawołała "następny proszę", a ja dalej patrzyłam na te cyferki. Piętnaście euro za godzinę. Od kwietnia. Mój bilet powrotny do Łodzi był na trzydziestego pierwszego marca.

Zapłaciłam, wyszłam na deszcz i dopiero na przystanku zorientowałam się, że kartkę mam w kieszeni płaszcza. Musiałam ją zerwać. Do dziś nie pamiętam kiedy.

- Mamo, przyjedź na zimę - mówił Grzesiek w listopadzie przez telefon. - Co będziesz sama w bloku siedzieć? Odpoczniesz, pozwiedzasz, pobędziesz z wnukami. Bilet ci kupię, nic się nie martw.

Siedziałam wtedy w kuchni na Retkini, przy stole, przy którym jeszcze dwa lata temu Zdzisiek rozwiązywał krzyżówki. Odkąd go pochowałam, listopady były najgorsze. Ciemno o czwartej, telewizor gada do pustego pokoju. Trzydzieści lat przepracowałam na zmianach w piekarni przemysłowej na Teofilowie, ostatnie dwanaście jako szefowa zmiany, i nigdy nie umiałam siedzieć bez roboty. Powiedziałam "tak", zanim skończył zdanie.

Pierwszy tydzień był jak z obrazka. Ola, siedmioletnia, pokazywała mi swoją szkołę i mundurek z zielonym swetrem. Kuba, czterolatek, spał ze mną, bo "babcia ładnie pachnie". Grzesiek obiecywał: w niedzielę jedziemy do centrum, pokażę mamie rzekę, katedrę, te kolorowe drzwi z pocztówek.

W poniedziałek Paulina stanęła w drzwiach mojego pokoju już w kurtce.

- Mamo, a mogłaby mama dzisiaj odebrać Kubę? O dwunastej piętnaście. Mi dali dodatkową zmianę w hotelu, nie mogłam odmówić.

Oczywiście, że mogłam. We wtorek też. W środę Paulina zostawiła mi na lodówce kartkę z godzinami, adresem przedszkola i numerem do wychowawczyni. W czwartek przestała pytać.

Dopiero w połowie grudnia, przy myciu garów, dowiedziałam się mimochodem, że do listopada dziećmi zajmowała się pani Bożena z Kielc. Wróciła do Polski, do chorej siostry. Akurat wtedy, kiedy Grzesiek zadzwonił do mnie z zaproszeniem.

Nie złożyłam tego w całość. Albo nie chciałam.

Tak wyglądała moja zima. Pobudka o wpół do siódmej, kanapki dla Oli, Kuba do przedszkola, zakupy, obiad. Rosół w niedzielę, w poniedziałek pomidorowa z tego rosołu, bo u mnie nic się nie marnuje. Pierogi ruskie lepiłam w sobotę na cały tydzień i mroziłam, bo Paulina wracała o siódmej i nie miała siły nawet na kanapkę. Po południu odrabiałam z Olą lekcje, choć z angielskiego nie rozumiałam ani słowa - ona mi tłumaczyła, ja kiwałam głową i obie udawałyśmy, że pomagam.

A zwiedzanie? Raz pojechaliśmy do centrum. Do Penneys, po buty zimowe dla Oli. Grzesiek pokazał mi przez szybę samochodu jakiś most i powiedział: - Następnym razem, mamo, jak będzie ładniej.

Ładniej nie było. W Dublinie przez całą zimę albo padało, albo zaraz miało padać.

Wieczorem, w dniu, w którym znalazłam kartkę, położyłam ją na stole w kuchni. Obok talerza z pierogami. Nic nie mówiłam. Paulina weszła o siódmej, zdjęła mokrą kurtkę, sięgnęła po widelec - i zastygła.

Długo było cicho. Słyszałam tylko, jak w pokoju obok Kuba układa klocki i coś sobie podśpiewuje.

- Mama to zerwała? - zapytała w końcu. Nie ze złością. Raczej ze zmęczeniem. - Wieszałam w poniedziałek. Trzy osoby już dzwoniły.

- Mogłaś mnie zapytać.

- O co? - Usiadła ciężko. - Czy mama zostanie? Przecież mama w Wigilię przy całym stole mówiła, że w kwietniu działka, pomidory, że tu by mama zwariowała bez słońca. Grzesiek słyszał, dzieci słyszały.

Powiedziałam tak. Pamiętałam to dokładnie, z kieliszkiem kompotu w ręce, kiedy wszyscy się śmiali.

- Nie o to mi chodzi - odparłam. - Mogłaś zapytać, czy mi tu dobrze. Raz. Przez cztery miesiące.

Paulina patrzyła w talerz. Potem odsunęła go od siebie.

- Ja nie umiałam mamy prosić wprost - powiedziała cicho. - Jak ja raz poprosiłam moją matkę, żeby posiedziała z Olą dwa dni, to mi to wypominała przez rok. Przy każdej okazji. Grzesiek powiedział, że mama się ucieszy, że będzie potrzebna. I... wyglądało, że mama się cieszy. Mama zawsze mówiła "nie ma sprawy".

I to mnie zabolało najbardziej. Bo miała rację. Mówiłam "nie ma sprawy" za każdym razem. Cieszyłam się, że ktoś na mnie czeka o dwunastej piętnaście. Że Kuba biegnie przez całą salę z rozłożonymi rękami. Nikt mnie nie oszukał. Po prostu wszyscy, łącznie ze mną, udawali, że to są wakacje.

Grzesiek wszedł do kuchni w samych skarpetkach, zobaczył kartkę, zobaczył nasze twarze. Zrobił się czerwony jak wtedy, kiedy miał dziesięć lat i stłukł szybę u sąsiadów.

- Mamo, ja naprawdę chciałem, żebyś pozwiedzała. Tylko ciągle coś. Praca, nadgodziny, pogoda...

- Wiem, synku. - I naprawdę wiedziałam. - Ale do trzydziestego zostało mi dziewiętnaście dni. Przez ostatni tydzień nikogo nie odbieram. Chcę zobaczyć te klify, co Ola mi pokazywała w książce. I tę katedrę. Nie przez szybę.

Paulina podniosła głowę.

- A z nianią... - zaczęła niepewnie.

- Z nianią ci pomogę. Tylko nie bierz pierwszej lepszej. Ja tu wiem, co Kuba je, a czego nie, i kiedy kłamie, że go boli brzuch.

Przez następne dwa tygodnie siedziałam przy kuchennym stole na rozmowach z kandydatkami. Paulina pytała o doświadczenie i godziny, ja patrzyłam, jak która podaje rękę dziecku. Wybrałyśmy panią Jolę spod Białegostoku, sześćdziesiąt lat, własne wnuki w Polsce. Pokazałam jej, jak Kuba lubi pomidorową - z ryżem, nie z makaronem - i zostawiłam w zamrażarce pierogi na pierwszy tydzień.

Ostatni tydzień był mój. Grzesiek wziął wolne. Pojechaliśmy na klify w Howth, wiało tak, że ledwo stałam na nogach, a on trzymał mnie pod ramię i śmiał się jak chłopak. Weszliśmy do katedry. Zjedliśmy rybę z frytkami z papieru, na ławce, w słońcu, które wyszło akurat na pół godziny. Paulina w sobotę zrobiła obiad. Spalony trochę, ale zrobiła.

Trzydziestego pierwszego marca Ola dała mi na lotnisku laurkę z napisem "Babcia nr 1". Kuba płakał. Paulina przytuliła mnie mocniej niż przez całą zimę i powiedziała do ucha: - Dziękuję. Przepraszam, że dopiero teraz.

W kwietniu, już na działce, dostałam od niej zdjęcie: Kuba z panią Jolą nad talerzem pomidorowej. I wiadomość: "Mamo, a w lipcu? Ale tym razem na wakacje. Naprawdę".

Odpisałam, że na dwa tygodnie. I że to ja wybieram, co zwiedzamy.

Kartkę w kratkę trzymam w szufladzie, razem z biletem. Piętnaście euro za godzinę. Policzyłam kiedyś z ciekawości, ile by wyszło za całą zimę. Potem podarłam tamte obliczenia. A kartkę zostawiłam. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];