Mama od trzech lat mieszka u brata, "niczego jej tam nie brakuje". W październiku poprosiła, żebym zapłaciła za jej nowe okulary, bo "Romkowi i tak ciężko". W kolejce do optyka powiedziała, że emeryturę od dwóch lat odbiera Romek, a jej daje sto złotych na tacę.

- Gosiu, tylko nie mów Romkowi, ile to wyszło - szepnęła mama i złapała mnie za łokieć tak mocno, jakbyśmy szły po oblodzonym chodniku, a nie siedziały na dwóch plastikowych krzesełkach w salonie optycznym w Echu.

Przed nami starszy pan przymierzał trzecią oprawkę i za każdym razem pytał żonę, czy nie wygląda jak Gierek. Czekałyśmy już dwadzieścia minut.

- A co Romek ma do tego? Ja płacę, mamo. Sama mówiłaś, że jemu ciężko.

- No właśnie. Bo by się gniewał, że ja się skarżę. A ja się nie skarżę. Niczego mi tam nie brakuje.

To zdanie słyszałam od trzech lat. Przy każdej wizycie, przy każdym telefonie, przy każdym "mamo, może czegoś ci trzeba?". Niczego mi nie brakuje, dziecko. Romek dba.

Mama obracała w palcach swoje stare okulary. Jeden zausznik miała owinięty plastrem z apteczki, już szarym od brudu.

- Ja bym sama zapłaciła - dodała ciszej. - Tylko ja nie mam z czego.

- Jak nie masz? A emerytura?

Popatrzyła na pana w oprawkach, potem na mnie. Powiedziała to tak zwyczajnie, jakby mówiła o pogodzie:

- Emeryturę od dwóch lat odbiera Romek. Mnie daje sto złotych. Na tacę. Bo na tacę to ja muszę mieć, ksiądz przecież widzi.

- Następna osoba! - zawołała optyczka.

Mama wstała, poprawiła płaszcz i poszła czytać literki z tablicy, jakby nic się nie stało. A ja zostałam z jej torebką na kolanach i nie mogłam złapać tchu.

Sto złotych. Moja matka, która przez trzydzieści lat prowadziła stołówkę w zakładach w Kielcach i nigdy nikomu nie była winna ani grosza, dostawała od syna sto złotych miesięcznie. Jak dziecko na lody.

W samochodzie wyciągałam z niej wszystko po kawałku. Dwa lata temu Romek zawiózł ją do banku. Podpisała pełnomocnictwo do konta i oddała mu kartę, bo "mama się w tych bankomatach gubi, a ja i tak co tydzień jeżdżę do miasta". Na początku przywoził jej pieniądze do pokoju, w kopercie. Potem koperta robiła się cieńsza. Potem zostało sto złotych "na niedzielę".

- Ile masz na koncie, mamo?

- A skąd ja mam wiedzieć? - wzruszyła ramionami. - On ma ten warsztat, wiesz, jak teraz jest. Iza na pół etatu. Dach im ciekł. Ja tam jem, mieszkam, prąd, węgiel. To niech bierze.

Jechałam przez Daleszyce i nagle wszystko zaczęło mi się układać. Że na komunii mojej wnuczki dała Ani kopertę ze stówką i przepraszała, że tak mało. Że na Wigilię przyniosła wszystkim skarpety wydziergane z jakiejś sprutej wełny.

Że od roku chodzi w tym samym płaszczu. Myślałam, że to takie jej pokolenie. Oszczędne. Ja mam pięćdziesiąt cztery lata, uczę polskiego w podstawówce na Ślichowicach i całe życie powtarzam dzieciom, żeby czytały między wierszami. A własnej matki nie przeczytałam.

- Tylko ja bym czasem chciała Ani coś kupić - powiedziała mama, kiedy już skręcałam na podwórko. - Sama. Nie z jego ręki.

Odprowadziłam ją do pokoju na dole, tego, który Romek przerobił dla niej, kiedy po śmierci taty nie dawała już rady wchodzić na czwarte piętro w bloku. Mieszkanie było komunalne, oddała je gminie. Pamiętam, jak wtedy wszyscy mówiliśmy, że to najlepsze rozwiązanie.

Romek był w warsztacie za domem. Leżał pod jakimś passatem, widziałam tylko jego buty.

- Romek. Wyjdź na chwilę.

Wyjechał na wózku, wytarł ręce w szmatę. Spojrzał na mnie i od razu wiedział. Rodzeństwo zawsze wie.

- Powiedziała ci.

- Powiedziała. W kolejce do optyka. Bo ją nie stać na okulary, Romek. Chodzi z plastrem na zauszniku od roku.

- Mówiła, że widzi.

- A co miała powiedzieć? Tobie?

Wstał. Był wyższy ode mnie o głowę, ale nagle wyglądał jak ten chłopak, którego mama łapała za ucho, kiedy wracał po ciemku.

- A ty co, przyjechałaś liczyć? - zaczął głośno. - Ile ty tu bywasz, Gośka? Co drugą niedzielę, z sernikiem. Godzinka, kawka i do domu. A ja mamę w nocy do łazienki prowadzę. Ja z nią po lekarzach, po tych kolejkach do kardiologa. Tę łazienkę z poręczami przerobiłem, wiesz, ile to kosztowało? Węgiel, leki, jedzenie. Niczego jej nie brakuje!

- Brakuje jej okularów. I godności, Romek.

Zamilkł. Usiadł na odwróconym wiadrze i długo patrzył na swoje czarne od smaru dłonie.

- Na początku to było na łazienkę - powiedział w końcu. - Potem zima była słaba, ludzie nie płacili. Potem dach. Potem już po prostu wpływało i szło. Nie liczyłem. Ja nawet nie wiem, kiedy to się zrobiło sto złotych. Wydawało mi się, że to sprawiedliwe. Ty jesteś ta dobra córka z miasta. A ja jestem ten, co mamę ma na głowie dwadzieścia cztery godziny.

Chciałam krzyczeć. I wtedy przyszło mi do głowy, że ani razu przez trzy lata nie zapytałam go, ile kosztuje węgiel. Ani razu nie zaproponowałam, że dołożę do leków. Przyjeżdżałam z sernikiem, słuchałam "niczego mi nie brakuje" i wracałam do siebie z czystym sumieniem. Wygodnie mi było w to wierzyć.

W następną sobotę usiedliśmy we troje w kuchni. Iza zrobiła herbatę z cytryną i wyszła, zostawiając nas samych. Nikt nie wiedział, od czego zacząć.

Zaczęła mama.

- Kartę chcę z powrotem - powiedziała. - Do swojej portmonetki. I co miesiąc sama ci będę dawać, Romuś. Na dom. Bo ja tu mieszkam i to się należy.

Wymieniła sumę. Większą, niż się spodziewałam. Romek spuścił głowę.

- Mamo, nie musi mama...

- Muszę. Bo chcę. A reszta jest moja. I Gosia też będzie dokładać, prawda, Gosiu? Na węgiel.

- Na węgiel i na leki - powiedziałam. - Co miesiąc. Przelewem.

Romek długo mieszał herbatę, chociaż nie słodził. Potem wstał, wyjął z szuflady kartę mamy i położył przed nią na ceracie. W poniedziałek sam zawiózł ją do banku, żeby pani w okienku pokazała jej, jak sprawdzać saldo. Czekał w samochodzie, nie wchodził. Mama mówiła potem, że pani była bardzo miła i że ona już się w tym nie gubi.

Pierwszego listopada stałyśmy przy grobie taty na cmentarzu na Cedzynie. Mama w nowych okularach chodziła między grobami i czytała na głos nazwiska, których od dawna nie widziała.

- O, Halinka z naszego bloku. A to ten Kowalczyk, co miał kiosk.

Przy bramie kupiła znicz dla taty i drugi dla Halinki. Liczyła drobne bardzo długo, moneta po monecie, z portmonetki, którą trzymała w obu dłoniach.

A ja stałam obok i nie pomagałam. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];