Ciotka Zofia przez trzydzieści lat na każdych imieninach mówiła przy wszystkich, że "z tej Basi nic nie będzie". Zmarła w lipcu. We wrześniu notariusz odczytał testament: mieszkanie na Ochocie dla mnie.
Notariusz miał spokojny, trochę senny głos i przez pierwsze minuty w ogóle go nie słuchałam. Patrzyłam na wujka Jerzego, który przyjechał z Kielc pierwszym pociągiem i teraz rozmasowywał pod stołem chore kolano. Na jego córkę Gosię, która co chwilę zerkała na telefon. Myślałam, że Ewka sama nie da rady w piekarni z popołudniową dostawą. Że po co ja tu w ogóle jestem.
- ...lokal mieszkalny położony w Warszawie przy ulicy Kaliskiej zapisuję mojej siostrzenicy, Barbarze - czytał notariusz. - Czynię to dlatego, że jedynie Barbara odwiedzała mnie w szpitalu.
Krzesło wujka zaszurało po podłodze. Gosia podniosła głowę znad telefonu. A ja usłyszałam własne imię, jakby należało do kogoś obcego.
Notariusz czytał dalej. Oszczędności z książeczki - dla brata Jerzego. Złoty pierścionek po babci - dla Małgorzaty. Wszystko w trzech zdaniach, sucho, po urzędniczemu. Ciotka zawsze tak mówiła: konkretnie, bez zbędnych słów. Jak wtedy, przy sernikach.
Bo przez trzydzieści lat, każdego piętnastego maja, siadaliśmy w jej pokoju na Kaliskiej przy stole nakrytym szydełkową serwetką. Kryształowy wazon z bzem, sernik na kruchym spodzie, herbata w szklankach z metalowymi koszyczkami. I zawsze, prędzej czy później, padało to samo.
- Gosia znowu awans, słyszeliście? A z tej Basi nic nie będzie.
Pierwszy raz powiedziała to, kiedy miałam dwadzieścia dwa lata i rzuciłam pedagogikę na drugim roku, bo byłam w ciąży z Olą. Ostatni - dwa lata temu, kiedy przyszłam na jej imieniny prosto z piekarni, w fartuchu pod kurtką, bo nie zdążyłam się przebrać. Leszek przez te wszystkie lata ściskał mnie pod stołem za kolano. Mama wzdychała: "Zośka, daj spokój". A ja się uśmiechałam i dolewałam wszystkim herbaty.
Na korytarzu kancelarii wujek Jerzy złapał mnie za łokieć.
- Basiu, ja nie mam pretensji, żebyś nie myślała - powiedział i od razu odwrócił wzrok. - Ja tylko... Ona mi przez telefon zawsze mówiła, że wszystko dobrze. Że sobie radzi. Nie wiedziałem, że tyle razy leżała.
- Bo nie chciała, żeby wujek wiedział.
- No tak. Zośka.
Pokiwał głową i poszedł powoli w stronę windy, ciężko, jak ktoś, kto właśnie dowiedział się, że siostra przez trzy lata go oszczędzała. Gosia została. Stała przy oknie i obracała w palcach ten pierścionek po babci, jeszcze w woreczku od notariusza.
- Wiesz, co ona mi mówiła, jak dzwoniłam? - zapytała nagle. - "Bierz przykład z Basi". Za każdym razem. Myślałam, że to taki jej sarkazm.
Patrzyłyśmy na siebie dłuższą chwilę. Gosia, która ma dyplom z prawa, dwoje dzieci i dom pod Warszawą. Ja, która od dwudziestu sześciu lat wstaję o czwartej, żeby o szóstej podawać ludziom kajzerki na Targówku.
- To nie był sarkazm - powiedziała w końcu cicho. - Prawda?
Nie wiedziałam, co jej odpowiedzieć.
Pierwszy telefon ze szpitala na Banacha przyszedł trzy lata temu, w lutym. Głos ciotki - ten sam, rozkazujący, tylko jakby zza ściany.
- Przywieź mi koszulę nocną. Tylko nie tę różową, bo w niej wyglądam jak nieboszczka.
Serce. Niewydolność, wodę w płucach, potem znowu i znowu. Przez trzy lata leżała tam pięć razy. Jeździłam z Targówka autobusem i metrem, z przesiadką na Świętokrzyskiej, godzina w jedną stronę.
Woziłam rosół w słoiku owiniętym ściereczką, kompot z wiśni, czyste ręczniki. Myłam jej głowę nad szpitalną umywalką, bo nie mogła znieść, że ma tłuste włosy. Ostatnie imieniny, w maju, spędziła na oddziale. Przyniosłam jej kawałek sernika na tekturowym talerzyku.
- Kruchy spód za twardy - oceniła. I zjadła wszystko.
Nigdy nie powiedziała "dziękuję". Za to zawsze coś: że kurtka niemodna, że Leszek mógłby mnie wreszcie gdzieś zabrać, że Ola za wcześnie wyszła za mąż - "po matce".
Dlaczego jeździłam? Mama przed śmiercią, w dwa tysiące dziewiętnastym, trzymała mnie za rękę i powiedziała: "Nie zostawiaj Zośki. Ona tylko udaje twardą". Ale to nie było wszystko i dziś mogę to przyznać. Czasem jechałam przez pół Warszawy tylko po to, żeby stanąć w drzwiach sali i zobaczyć, jak ciotka mnie widzi. Żeby jej pokazać, że to jednak ja przyszłam. Nie Gosia z awansami. Ja.
Klucze do mieszkania miałam od pierwszego pobytu w szpitalu, podlewałam jej kwiaty. Po kancelarii pojechałam prosto na Kaliską. Stałam pod klatką dobre pięć minut, zanim weszłam.
W środku pachniało jeszcze jej perfumami, tymi "Być może", które kupowała od zawsze. Meblościanka, wazon na swoim miejscu, na stole serweta. Usiadłam na wersalce i dopiero wtedy zobaczyłam, że szuflada pod telewizorem jest lekko wysunięta. Rachunki za prąd, gwarancja na pralkę. I pod spodem gumką spięte małe kalendarzyki z apteki. Trzy lata, trzy kalendarzyki.
Otworzyłam pierwszy. Jej pochyłe, równe pismo.
"B. - rosół. Za mało soli, nie powiedziałam."
"B. - umyła mi głowę. Woda za zimna. Też nie powiedziałam."
"B. - przyjechała w deszczu. Jerzemu nic nie mówić."
Strona po stronie. Każda wizyta. Każdy słoik. Nawet to, że raz zasnęłam na krześle przy jej łóżku po nocnej zmianie, a ona "nie budziła, niech śpi".
Ręce zaczęły mi się trząść dopiero przy ostatnim kalendarzyku, z zeszłego roku. Na ostatniej stronie, tam gdzie są tabelki z numerami telefonów, napisała drobniej niż zwykle:
"Ojciec mówił o mnie przy ludziach: z tej Zośki nic nie będzie. Wyjechałam do Warszawy, żeby mu pokazać. Pokazałam. Studia, posada, mieszkanie. Tylko nikt do mnie nie przychodził. Basia niczego nikomu nie musiała pokazywać. Zazdrościłam jej tego trzydzieści lat i powtarzałam po ojcu jak papuga. Wstyd mi. Powiedzieć nie umiem."
Siedziałam na tej wersalce, aż zrobiło się ciemno. Nie zapaliłam światła. Płakałam tak, jak nie płakałam na pogrzebie - za nią, za siebie przy tamtych stołach, za mamę, która chyba wszystko wiedziała. Trzydzieści lat myślałam, że ciotka mną gardzi. A ona przez cały ten czas przy każdym sierniku patrzyła na mnie i widziała siebie, której nie wyszło. Tylko na odwrót.
Wieczorem zadzwoniłam do Leszka.
- I co, sprzedajemy? - zapytał ostrożnie. - Bo deweloperzy na Ochocie to podobno...
- Nie - powiedziałam. - Ola z Bartkiem i małą płacą za wynajem w Ząbkach połowę tego, co zarabiają. Niech się wprowadzą.
Cisza po drugiej stronie. Potem:
- Ciotka by powiedziała, że Ola za wcześnie wyszła za mąż.
- Ciotka by powiedziała dużo rzeczy - odparłam. I pierwszy raz od lipca się roześmiałam.
Ola z rodziną przeprowadza się w listopadzie. Ja wzięłam stamtąd tylko kryształowy wazon i trzy kalendarzyki z apteki. Wujkowi Jerzemu wysłałam pocztą zdjęcia z albumu, te z lat sześćdziesiątych, na których on i Zośka siedzą na płocie w Kielcach. Zadzwonił potem i długo milczał do słuchawki, zanim powiedział "dziękuję".
A jutro, pierwszego listopada, idziemy z Gosią na Wolski. Same. Gosia sama to zaproponowała. Wezmę znicz i kawałek sernika - na kruchym spodzie, specjalnie za twardym.
Trzydzieści lat słyszałam, że nic ze mnie nie będzie. Może i miała rację. Ja po prostu przychodziłam.
var adsinserter = adsinserter || {};
adsinserter.tags = ['fulladsnew'];