Byłam trzy tygodnie u siostry w Ustce. W sobotę sąsiadka przysłała mi zdjęcie spod bloku: obok kontenera na gabaryty stała moja wersalka i fotel po mamie. "Pani córka z zięciem wynosili rano, mówili, że robią pani niespodziankę".
Lucyna właśnie nalewała mi drugą kawę na balkonie, kiedy telefon podskoczył na stoliku. Wiadomość od Krysi z parteru. Zdjęcie. Powiększyłam je dwoma palcami, tak jak uczył mnie wnuk, i przez dłuższą chwilę nie rozumiałam, na co patrzę.
Kontener pod moim blokiem na Retkini. Obok, na trawniku, wersalka w brązowe prążki - ta sama, na której spałam od trzydziestu pięciu lat. A przy niej fotel. Zielony, z drewnianymi poręczami wytartymi do jasnego drewna. Fotel mojej mamy.
Pod spodem Krysia dopisała: "Pani córka z zięciem wynosili rano, mówili, że robią pani niespodziankę".
- Co się stało? - Lucyna odstawiła dzbanek. - Danusia, ty jesteś biała jak ściana.
Pokazałam jej ekran. Nic nie powiedziała, tylko usiadła.
Zadzwoniłam do Agnieszki. Raz, drugi, trzeci. Nie odbierała. Za czwartym razem odebrał Kamil, zdyszany, w tle coś stukało.
- Mamo, no nie! Kto pani powiedział? Krysia? Przecież miało być...
- Kamil, fotel. Fotel babci. Wnieście go z powrotem.
- Ale on się sypie, sprężyna wyłazi, Aga mówiła, że...
- Wnieście go z powrotem!
W słuchawce zrobiło się cicho. A potem Kamil powiedział coś, czego się nie spodziewałam:
- Niech pani to załatwi z Agą. Ja się w to nie mieszam.
I się rozłączył.
Zadzwoniłam do Krysi. Krysia ma siedemdziesiąt cztery lata i biodro po operacji, więc wysłała wnuka. Patryk zszedł po dwudziestu minutach. Fotel jeszcze stał. Wersalki już nie było - ktoś podjechał busem i zabrał ją, zanim chłopak zdążył założyć buty. Fotel zniósł do piwnicy Krysi i przysłał mi zdjęcie: stał między rowerem a słoikami z ogórkami, trochę krzywo, jak gość, który nie wie, gdzie usiąść.
Dopiero wtedy się rozpłakałam.
Agnieszka miała moje klucze od zawsze. Podlewała kwiaty, wyjmowała listy, kiedy wyjeżdżałam. W tym roku Lucyna zaprosiła mnie na dłużej, bo pierwszy raz po śmierci męża nie chciała być sama w maju, w rocznicę. I to Agnieszka najbardziej mnie namawiała, żebym jechała. "Odpocznij, mamo, należy ci się". Teraz już wiedziałam dlaczego.
- Ona chciała dobrze - mówiła Lucyna wieczorem, kiedy siedziałyśmy na ławce przy promenadzie. - Sama się skarżyłaś, że cię krzyż od tej wersalki boli.
- Skarżyłam się. Ale fotel mnie nie bolał.
Lucyna spojrzała na mnie jakoś dziwnie.
- A pamiętasz, jak Aga płakała, jak ją do mamy prowadziłaś?
Nie pamiętałam. Albo nie chciałam pamiętać.
Wróciłam we wtorek, tak jak planowałam. Agnieszka odebrała mnie z dworca, wzięła walizkę i całą drogę mówiła o niczym - o korkach, o pogodzie, o tym, że mała dostała piątkę z dyktanda. Pod blokiem poprosiłam, żeby poszła przodem. Stałam chwilę przy kontenerze i patrzyłam na wygnieciony trawnik. Trzydzieści pięć lat mojego spania zostawiło po sobie dwa żółte prostokąty w trawie.
Mieszkanie pachniało farbą. Ściany w dużym pokoju, przez dwadzieścia lat w kolorze, który na puszce nazywał się "brzoskwinia", były teraz jasnoszare. Nowe firanki. Pod oknem kanapa z porządnym materacem - Kamil od razu pokazał mi, jak się ją rozkłada jednym ruchem. A w kącie, tam gdzie stał fotel mamy, stał inny fotel. Szary, nowoczesny. Ładny. Obcy.
- I co, mamo? - Agnieszka stała w drzwiach i ściskała kluczyki od samochodu. - Tylko powiedz szczerze.
Powiedziałam, że ładnie. Bo było ładnie. Podziękowałam. Kamil odetchnął i poszedł do piekarni po ciasto.
Zostałyśmy same. Agnieszka nastawiła wodę na herbatę i stała do mnie tyłem.
- Jesteś zła o fotel.
- Nie zła. Chcę wiedzieć dlaczego. Wersalkę rozumiem. Ale fotel? Przecież wiesz, co on dla mnie znaczy.
Długo milczała. Czajnik zaczął szumieć.
- Wiem, co znaczy dla ciebie - powiedziała w końcu. - A ty wiesz, co znaczy dla mnie?
Odwróciła się. Trzydzieści osiem lat, dwoje dzieci, kierowniczka zmiany w markecie. A w tamtej chwili wyglądała jak dziewięciolatka z dwoma warkoczami.
- Ty chodziłaś na zmiany. Na szóstą, na czternastą, na nocki. A ja po szkole szłam do babci na Bałuty. Codziennie, przez siedem lat. Ona siedziała w tym fotelu i patrzyła, jak odrabiam lekcje. I mówiła. Że jestem gruba po tatusiu. Że głupia, bo znowu trója z matematyki. Że ty przeze mnie harujesz po nocach, bo dziecko kosztuje.
- Aga...
- Mówiłam ci. Płakałam na klatce, jak mnie tam zostawiałaś. A ty mówiłaś: "Babcia ma swoje lata, wytrzymaj, mama musi iść do pracy". No to wytrzymałam. Potem babcia umarła, a fotel przyjechał do ciebie. I przez dziesięć lat, za każdym razem, jak przychodziłam z dziećmi na obiad, siedziałam naprzeciwko niego.
Czajnik wyłączył się z trzaskiem. Żadna z nas się nie ruszyła.
Teraz już pamiętałam. Mała Aga wczepiona w moją kurtkę na klatce schodowej mamy. Moje zmęczenie po nocce w przędzalni, gdzie byłam szefową zmiany i odpowiadałam za trzydzieści kobiet. Moja ulga, że mam ją gdzie zostawić. I mama - dla mnie zawsze surowa, ale moja. Mnie wychowywała tak samo. Myślałam, że to normalne. Myślałam, że skoro ja wyrosłam na ludzi, to Aga też wyrośnie.
Wyrosła. Tylko że nosiła to w sobie trzydzieści lat, a ja co wieczór siadałam w tym fotelu z herbatą i w myślach rozmawiałam z mamą, jakby wciąż tam była.
- Przepraszam - powiedziałam. Sześćdziesiąt cztery lata, a to było najtrudniejsze słowo, jakie w życiu wypowiedziałam. - Nie słuchałam cię. Wolałam nie słuchać, bo nie miałam co z tobą zrobić.
Agnieszka usiadła przy stole i zakryła twarz rękami.
- Ja nie chciałam ci go zabrać, mamo. Chciałam tylko, żeby go już nie było.
Kamil wrócił z sernikiem, spojrzał na nas i bez słowa rozstawił talerzyki. Za to też go lubię.
W sobotę zeszłyśmy razem do piwnicy Krysi. Fotel stał tam, gdzie go Patryk zostawił. Agnieszka zatrzymała się w drzwiach.
- Nie wniosę go na górę, jeśli nie chcesz - powiedziałam. - Ale wyrzucić go nie umiem. Pomóż mi coś wymyślić.
Długo na niego patrzyła. Potem podeszła i przesunęła palcem po wytartej poręczy.
- Babcia nienawidziła żółtego - powiedziała nagle. - Mówiła, że żółty noszą tylko wariatki.
- To obijemy go na żółto.
Agnieszka parsknęła śmiechem. Pierwszy raz od tygodnia. Śmiałyśmy się obie, w piwnicy, między słoikami z ogórkami, aż Krysia zawołała z góry, czy wszystko w porządku.
Tapicer z Pabianickiej trzymał go cały miesiąc. Wymienił sprężyny, oszlifował poręcze, obił musztardowym materiałem, który Agnieszka wybrała sama. Mama by się w grobie przewróciła. Stoi teraz w jasnoszarym pokoju, przy nowej kanapie, i wygląda, jakby zawsze tu był.
Kiedy Aga przychodzi w niedzielę na obiad, siada właśnie w nim. Bez pytania, od progu, z nogami podwiniętymi pod siebie jak nastolatka.
Wersalki nie żałuję. Krysia mówi, że to była najdziwniejsza niespodzianka na całym osiedlu. Tylko że niespodzianką wcale nie okazał się nowy pokój. Była nią moja córka, której przez trzydzieści lat nie słyszałam. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];