Syn z synową zostawili mi Kubę "na trzy miesiące, mamo, póki się nie urządzimy w Holandii". To było w marcu zeszłego roku. W niedzielę po rozmowie z nimi na kamerce Kuba zapytał, czy zostanie u mnie do matury. Tata mówi, że "babcia i tak nie ma nic do roboty".

- Babciu, a mogę zostać u ciebie do matury? Tata mówi, że ty i tak nie masz nic do roboty.

Laptop jeszcze grzał mi kolana. Przed chwilą zgasła na nim twarz Agnieszki, Zosia zdążyła tylko pomachać mi pluszowym królikiem, a Łukasz jak zwykle rozłączył się w pół zdania, bo "zasięg siada". Kuba stał w drzwiach pokoju w samych skarpetkach, z rękami wciśniętymi w kieszenie bluzy, i patrzył gdzieś ponad moją głową.

- Do matury? - powtórzyłam jak echo. - Kubuś, to są trzy lata.
- No wiem. - Wzruszył ramionami. - Ale skoro i tak jestem tutaj, to po co znowu udawać, że to na chwilę.

Powiedział to spokojnie, prawie uprzejmie. Jakby to zdanie o "nic do roboty" było argumentem za mną, a nie przeciwko mnie. I poszedł do siebie. Drzwi nie trzasnęły. Chyba to było najgorsze - że nie trzasnęły.

Siedziałam z zamkniętym laptopem i słuchałam, jak w kuchni kapie kran. Kapał od Wielkanocy. Henryk dokręciłby go w pięć minut, ale Henryka nie ma od sześciu lat.

Marzec zeszłego roku pamiętam co do godziny. Łukasz z Agnieszką przyjechali do mnie na Zaodrze w sobotę rano, z Zosią śpiącą w foteliku i z dwiema torbami Kuby. Postawili je w przedpokoju, obok szafki na buty.

- Na trzy miesiące, mamo. Póki się nie urządzimy w Holandii - mówił Łukasz, już z kluczykami w ręku. - Kuba skończy ósmą klasę, napisze egzamin, a w wakacje go bierzemy. Zośka jest mała, w tamtejszej szkole złapie język w pół roku. A on teraz, w środku ósmej klasy...
- Rozumiem, synku. Jedźcie spokojnie.

I naprawdę rozumiałam. Od lat wynajmowali dwa pokoje na Malince i nie mogli odłożyć ani grosza na swoje. Agnieszka miała załatwioną pracę w szklarniach pod Hagą, przy paprykach, Łukasz - na wózku widłowym w magazynie. Tam, mówił, w dwa lata uzbierają na wkład własny. Do szkoły Kuba miał ode mnie dwa przystanki, tyle samo co z domu. Wszystko się układało.

W maju Łukasz zadzwonił, żebym "na wszelki wypadek" złożyła Kubie papiery do liceum w Opolu. Dom od agencji, w którym mieszkali, dzielili z dwiema innymi rodzinami, do kuchenki stała kolejka. "Na wszelki wypadek" zamieniło się we wrzesień, wrzesień w pierwszą klasę ogólniaka. Kuba do października trzymał pod łóżkiem spakowaną sportową torbę. Któregoś dnia odkurzałam i zobaczyłam, że torba leży pusta, złożona na pół. Nic nie powiedziałam. On też nie.

Tej nocy, po niedzielnej rozmowie, nie mogłam zasnąć. Około pierwszej wstałam, zrobiłam sobie herbatę z cytryną i wyjęłam z szuflady w meblościance kalendarz. Taki zwykły, papierowy, z apteki. Henryk się śmiał, że jestem ostatnią osobą w Opolu, która wszystko zapisuje długopisem.

Przewracałam kartki od marca.

Poniedziałki i środy - Ola i Wiktoria, korepetycje z matematyki. Czterdzieści lat uczyłam w szkole i emerytura nie sprawiła, że przestałam lubić ten moment, kiedy komuś nad równaniem nagle coś zapala się w oczach. W kwietniu oddałam obie dziewczyny koleżance, bo Kuba wracał o różnych godzinach, a ja nie chciałam, żeby wchodził do domu, w którym ktoś obcy siedzi przy jego stole.

Czwartki - chór w domu kultury. Halina z czwartego piętra wyciągnęła mnie tam dwa lata po śmierci Henryka, prawie siłą. Śpiewałam altem. Ostatni czwartek z chórem zapisany był w maju. Dalej już tylko: zebranie, ortodonta, ortodonta, wywiadówka.

I październik. Trzy tygodnie przekreślone na ukos jedną kreską. Ciechocinek. Na to skierowanie z NFZ czekałam prawie dwa lata. Zrezygnowałam, bo Łukasz powiedział przez telefon: "Mamo, no nie zostawisz dzieciaka samego na trzy tygodnie, przecież on ma piętnaście lat". Nie zostawiłam.

Były tam też rzeczy, których nikt by nie zauważył. Siódma rano, telefon do Holandii z korytarza przychodni, bo pani w poradni ortodontycznej nie chciała zacząć leczenia na podstawie kartki, którą Łukasz napisał długopisem na kolanie. Wycieczka klasowa do Pragi, na którą potrzebna była zgoda rodziców, a rodzice akurat mieli nockę. Trzy dni w listopadzie, kiedy Kuba w ogóle nie wychodził z pokoju, a ja co dwie godziny stawiałam pod drzwiami talerz i zabierałam pełny.

Nic do roboty.

Siedziałam nad tym kalendarzem do trzeciej. Nie płakałam. Byłam raczej zdziwiona, ile się tego uzbierało, kiedy nikt nie patrzył. Łącznie ze mną.

Przez cały tydzień nie zadzwoniłam do Łukasza. W sobotę napisałam SMS-a: "Jutro po rozmowie z Kubą chcę pogadać z wami dwojgiem. Bez niego." Odpisał po godzinie: "Coś się stało?" Nie odpowiedziałam.

W niedzielę Kuba opowiedział rodzicom o sprawdzianie z fizyki i o koledze z ławki, którego pies zjada skarpetki. Potem poprosiłam go, żeby skoczył do Biedronki po chleb. Wzięłam laptopa na kolana. Łukasz siedział w kuchni ich wynajętego mieszkania, za nim stała suszarka z praniem. Agnieszka przysiadła obok, jeszcze w roboczej koszulce.

- Mamo, co jest? Kuba coś przeskrobał?
- Kuba zapytał, czy może zostać u mnie do matury - powiedziałam. - I dodał, że ty mówisz, że ja i tak nie mam nic do roboty.

Łukasz otworzył usta i zamknął. Agnieszka spojrzała na niego z boku, krótko.

Otworzyłam kalendarz przed kamerką. Kartka po kartce. Niczego nie komentowałam. Pokazałam czwartki, potem październik z tą jedną kreską. Słyszałam tylko, jak gdzieś u nich szumi lodówka.

- Mamo... - Łukasz potarł twarz dłonią. - Ja nie... Ja to mówiłem, bo... Pamiętasz, jak tata umarł? Rok siedziałaś przy zasłoniętych oknach. Bałem się do ciebie dzwonić, bo za każdym razem płakałaś. A jak Kuba u ciebie został, to ty nagle... ożyłaś. Gotujesz, latasz po szkołach. Myślałem, że on ci dobrze robi. Że daliśmy ci... no, zajęcie.
- Synku, ja ożyłam trzy lata przed Kubą - powiedziałam cicho. - Tylko ty tego nie widziałeś, bo dzwoniłeś raz w miesiącu.

Zapadła długa cisza. Wtedy odezwała się Agnieszka i powiedziała coś, czego się nie spodziewałam.

- Mamo, on nie chce do nas przyjechać. Kuba. Powiedział nam w sierpniu, że jak go zabierzemy, to wróci do Opola pierwszym autobusem. My mamy dwa pokoje, w jednym śpimy z Zosią. A Łukasz od roku powtarza "jeszcze trochę", bo nie umie powiedzieć głośno, że syn woli mieszkać u babci niż z nim. - Głos jej się załamał. - Łatwiej mu myśleć, że to my robimy mamie przysługę, a nie mama nam.

Łukasz nie zaprzeczył. Siedział z dłonią przy ustach i patrzył w blat. Zobaczyłam w nim nagle tego chłopca, który w trzeciej klasie schował świadectwo z tróją z zachowania w piwnicy, bo nie wiedział, jak je pokazać ojcu.

- Kuba zostanie do matury - powiedziałam. - Ale na moich warunkach.

Wypisałam je potem na kartce i przypięłam magnesem do lodówki, żeby nikt nie mógł powiedzieć, że nie słyszał. W majówkę, kiedy przyjadą, idziemy razem do notariusza po porządne pełnomocnictwo - żebym już nigdy nie dzwoniła o siódmej rano z korytarza przychodni. Dzwonią do Kuby nie tylko w niedzielę, każde z osobna, i pytają o niego, a nie o oceny. Czwartki są moje. A kiedy przyjdzie nowy termin do sanatorium, jedno z nich bierze urlop i przyjeżdża do Opola na te trzy tygodnie.

- Urlop bierzecie wy, nie ja - powiedziałam. - Ja swój już wzięłam.

Łukasz kiwnął głową. Potem jeszcze raz, jakby pierwszy raz się nie liczył.

- Przepraszam, mamo. Za to "nic do roboty".
- Powiedz to Kubie. On to powtarza za tobą.

Kuba wrócił z chlebem i rogalem, którego nie miał kupować. Powiedziałam mu w przedpokoju, że zostaje. Nie rzucił mi się na szyję, to nie ten wiek. Tylko kiwnął głową dokładnie tak jak jego ojciec. Dwa razy.

Wieczorem przyszedł do kuchni i zobaczył kartkę na lodówce. Czytał długo.

- Babciu, a w te czwartki... to ja mogę robić obiad. Umiem makaron z sosem.
- Umiesz makaron z keczupem.
- To się nauczę.

W następny czwartek wyszłam z domu o wpół do szóstej, z teczką z nutami pod pachą. Halina czekała przed klatką i krzyknęła na całe podwórko, że już myślała, że mnie pochowali. Fałszowałam od pierwszego taktu. Nikt się nie obraził.

Kiedy wróciłam, w kuchni pachniało przypalonym czosnkiem, a kran nie kapał. Kuba siedział nad garnkiem i udawał, że to nic takiego.

- Wziąłem klucz ze skrzynki dziadka - mruknął. - Tata mi przez kamerkę pokazał, jak.

Babcia nie ma nic do roboty. Mam. Mam wnuka do matury, chór w czwartki i kran, który w końcu ktoś dokręcił. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];