Córka z zięciem namawiają, żebym przepisała im dom jeszcze przed zimą - "jak coś się stanie, mamo, sprawa spadkowa ciągnie się latami". Zięć już umówił notariusza w Garwolinie, na czwartek. Pani Zosia z naprzeciwka podpisała to samo synowi trzy lata temu. Śpi teraz na wersalce w pokoju przechodnim.

- Czwartek, dziesiąta, Garwolin, przy rynku. Ja mamę zawiozę, nic mama nie musi, tylko dowód wziąć.

Bartek powiedział to z ustami pełnymi szarlotki, tak lekko, jakby zapisywał mnie do okulisty. Magda nawet nie podniosła wzroku znad talerza. Tylko jej łyżeczka zaczęła stukać o brzeg filiżanki, szybko, nerwowo, jak wtedy, gdy miała dziewięć lat i przynosiła dwóję z matematyki.

- Jaki notariusz? - zapytałam.

- No przecież rozmawiałyśmy, mamo - Magda w końcu na mnie spojrzała. - O domu. Że lepiej teraz, póki wszystko jest proste. Jak coś się stanie, sprawa spadkowa ciągnie się latami. Ludzie się po sądach włóczą.

Rozmawiałyśmy. Dwa tygodnie temu, przez telefon, ja przy kuchence, ona w korku na Modlińskiej. Powiedziała "kiedyś trzeba będzie to załatwić", a ja odpowiedziałam "kiedyś tak". Nie wiedziałam, że "kiedyś" to jest czwartek.

Wstałam, żeby nie musieć nic mówić. Powiedziałam, że naszykuję im jabłek do Warszawy, bo antonówki w tym roku obrodziły jak nigdy. Stasiek sadził te drzewa w osiemdziesiątym szóstym, kiedy stawialiśmy dom w Miętnem, cegła po cegle, za pieniądze z mojego sklepu i jego nadgodzin w PKS-ie. Cztery lata temu go pochowałam. Drzewa rodzą dalej, jakby nic się nie stało.

Stałam pod antonówką z koszykiem, kiedy usłyszałam Bartka przy samochodzie. Mówił do telefonu, odwrócony do mnie plecami, ciszej niż zwykle.

- Panie Krzysztofie, w czwartek będzie akt. W piątek podwiozę wypis... No pan mówił, że z hipoteką na nieruchomości decyzja w dwa tygodnie... Tak. Dom, działka, wszystko czyste, bez obciążeń.

Koszyk zrobił się nagle bardzo ciężki.

Bez obciążeń. Tak się mówi o moim domu w banku.

Nic nie powiedziałam. Zapakowałam im jabłka w dwie reklamówki, Magda pocałowała mnie w policzek, Bartek trąbnął dwa razy na pożegnanie, jak zawsze. Patrzyłam za ich autem, aż skręciło za remizą.

Potem przeszłam przez drogę do Zosi.

Otworzyła mi w szlafroku, choć była dopiero szósta. Od trzech lat przebiera się wcześnie, bo w dużym pokoju, w którym teraz śpi, ciągle ktoś przechodzi - synowa do łazienki, wnuki do kuchni, Darek z papierosem na taras.

Jej dawna sypialnia, ta z szafą po matce i obrazem Matki Boskiej nad łóżkiem, jest teraz pokojem dzieci. Na wersalce leżała kołdra złożona w kostkę i poduszka w poszewce w niezapominajki. Zosia sprząta to codziennie o szóstej rano, zanim reszta wstanie.

- Siadaj, Basiu - szepnęła. - Tylko cicho, mała już śpi.

W kuchni nalała nam herbaty z cytryną. Opowiedziałam jej o czwartku. O banku nie, jeszcze nie umiałam tego powiedzieć na głos.

Zosia długo mieszała cukier.

- Ja Darkowi też podpisałam przed zimą - odezwała się w końcu. - Mówił to samo, słowo w słowo. Że sądy, że papiery, że po co mi to. I wiesz co? On nie jest zły. On mnie kocha, po swojemu. Tylko jak już było jego, to Iwona chciała remont. A jak remont, to i pokoje inaczej. A jak inaczej, to babcia na wersalkę, bo babcia i tak wcześnie wstaje. Nikt na mnie nigdy nie krzyknął, Basiu. Nikt mi nic złego nie zrobił. Tylko ja już w swoim domu nie mam drzwi, które mogę za sobą zamknąć.

- Żałujesz?

- Żałuję, że nie zapytałam, co będzie potem. Wszyscy mówili, co będzie, jak umrę. Nikt nie mówił, co będzie, jak będę dalej żyła.

Tej nocy nie spałam. Leżałam i liczyłam. Magda jest moją jedyną córką. Nie ma rodzeństwa, nie ma żadnych innych spadkobierców. O jaką sprawę spadkową miałoby chodzić? Z kim miałaby się po sądach włóczyć?

W środę rano wsiadłam w autobus do Garwolina. Nie do tamtej kancelarii przy rynku, tylko do innej, przy Kościuszki, którą pamiętałam jeszcze z czasów, gdy załatwialiśmy ze Staśkiem papiery za działkę. Zapłaciłam za poradę i zadałam trzy pytania.

Pani notariusz, kobieta w moim wieku, z okularami na łańcuszku, odpowiadała spokojnie, bez owijania.

- Jeżeli córka jest jedynym dzieckiem, to po pani śmierci dziedziczy wszystko z ustawy. Przychodzi do notariusza, robimy akt poświadczenia dziedziczenia i to jest jedna wizyta. Nie lata.

- A jak podpiszę darowiznę, a oni wezmą pod dom kredyt?

- Wtedy to już nie jest pani dom. Mogą go obciążyć, mogą sprzedać. Darowiznę da się odwołać tylko przy rażącej niewdzięczności, a to się w sądzie bardzo ciężko udowadnia. - Zdjęła okulary. - Pani Barbaro, ja nie mówię, że córka chce pani źle. Mówię tylko, co jest w papierach.

Wracałam autobusem i po raz pierwszy od soboty mogłam oddychać. Bo wszystko stało się jasne. Magda nie potrzebowała mojego domu po mojej śmierci. Ona go i tak dostanie. Potrzebowała go teraz. Do banku.

W czwartek Bartek przyjechał punktualnie o dziewiątej. Magda siedziała z tyłu, wzięła wolne. Byłam ubrana odświętnie, z torebką na kolanach, z dowodem w środku. Dojechaliśmy na rynek, Bartek zgasił silnik.

- Zanim wejdziemy - powiedziałam - chcę wiedzieć, kim jest pan Krzysztof.

Cisza w samochodzie była taka, że słyszałam tykanie kierunkowskazu, który Bartek zapomniał wyłączyć.

Pierwsza pękła Magda. Zaczęła płakać, cicho, w rękaw kurtki, tak jak płakała jako nastolatka, żeby nikt nie widział.

- Mamo, ja chciałam ci powiedzieć. Od początku chciałam.

- To czemu nie powiedziałaś?

- Bo by mama nie podpisała - odezwał się Bartek, nie odwracając głowy. - I miałaby mama rację.

I wtedy opowiedział. Nie patrząc na mnie, patrząc na kierownicę. Że firma, te dwa busy, którymi rozwoził towar po sklepach, ciągnęła się od wiosny na włosku. Że duży odbiorca zerwał umowę z dnia na dzień. Że zalegają z leasingiem, że bank bez zabezpieczenia nie da ani złotówki. Że myślał - przez rok pospłaca, przejdzie mu najgorsze, i nikt by się nawet nie dowiedział.

- Ja bym nigdy nie dopuścił, żeby mamie coś się stało z domem - powiedział. - Nigdy.

Wierzyłam mu. Naprawdę wierzyłam, że tak myśli. Darek Zosi też pewnie nigdy nie planował wersalki.

- Bartek - powiedziałam - ja wiem, że ty byś nie chciał. Tylko że bank nie pyta, kto czego chciał.

Nie podpisałam. Bartek wszedł do kancelarii sam i po pięciu minutach wrócił. Wracaliśmy do Miętnego w milczeniu, ale to nie było złe milczenie. Takie, jakie bywa po burzy, kiedy jeszcze kapie z rynien.

Przy furtce złapałam Magdę za rękę.

- Dom będzie twój, dziecko. Cały. Pani notariusz mi wczoraj wszystko wytłumaczyła, jedna wizyta i po sprawie. Ale za mojego życia to jest mój dom. Z moimi drzwiami.

Pokiwała głową. Nic nie powiedziała, tylko mocno mnie przytuliła, mocniej niż przy powitaniu.

Minęły od tamtego czwartku trzy tygodnie. Bartek sprzedał jeden bus, drugim jeździ sam, bez pracownika, od świtu do nocy. Jest ciężko, Magda mówi o tym otwarcie, i chyba właśnie to jest najważniejsza zmiana. Wczoraj zadzwoniła i powiedziała bez żadnego wstępu:

- Mamo, dobrze, że nie podpisałaś.

A Zosia przychodzi do mnie teraz w czwartki. Jemy obiad, potem idzie do małego pokoju na kanapę, zamyka za sobą drzwi i śpi godzinę, czasem półtorej. Mówi, że to jej najlepsza godzina w tygodniu.

Słyszę, jak przekręca klucz w zamku. I za każdym razem myślę o tym samym: ile kosztuje drzwi, które można zamknąć od środka. I jak łatwo je oddać, przy herbacie, w jeden czwartek przed zimą. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];