Na zimę syn zabrał mnie do siebie do Poznania - "po co masz sama siedzieć, mieszkanie postoi". W lutym zadzwoniła sąsiadka z dołu z Torunia: z mojej łazienki leje się jej na sufit, a studenci z góry nie otwierają. Pojechałam z zapasowym kluczem. Na mojej lodówce wisiał grafik sprzątania na cztery osoby.
Kuchnia - Ola. Łazienka - Szymon. Śmieci - Natalia. Podłogi - Kuba.
Kartka w kratkę, wyrwana z zeszytu, wisiała na mojej lodówce pod magnesem z Ciechocinka, który sama tam przyczepiłam jeszcze za życia Zbyszka. Przy imionach tabelka na cały luty, w kratkach ptaszki długopisem. Ola miała wszystkie. Kuba dwa na sześć.
Stałam w zimowej kurtce, pod butami chlupało mi jeszcze z przedpokoju, i czytałam tę kartkę trzeci raz, jakby za czwartym miało się z niej zrobić coś innego.
Halina spod szóstki zadzwoniła o wpół do siódmej rano. W Poznaniu wszyscy jeszcze spali, więc odebrałam w łazience, szeptem.
- Pani Lucyno, przepraszam, że o takiej porze. Mnie z sufitu leci. Z pani łazienki.
- Z mojej? Halinko, przecież tam nikogo nie ma.
- No właśnie dzwonię do nich od piątej i nikt nie otwiera. Administracja zakręciła pion, ale ktoś musi wejść.
Do nich. Nie zapytałam, do kogo. Powiedziałam, że przyjadę, i ubierałam się po ciemku, żeby nie obudzić synowej. Grzesiek wyjechał w trasę o czwartej, jak w każdy wtorek. Napisałam mu tylko: "Jadę do Torunia, zalało Halinę". Wiedziałam, że nie odpisze - w kabinie nie patrzy w telefon. Sama go tego nauczyłam, jak robił prawo jazdy.
Główny komplet kluczy zostawiłam mu w październiku. Powiedział, że córka kolegi z jego firmy studiuje w Toruniu, zajrzy czasem, podleje kwiatki. Zapasowy, na czerwonej tasiemce, przez całą zimę nosiłam w portfelu, w przegródce na drobne. Sama nie wiem po co. Może żeby mieć przy sobie coś swojego w cudzym domu, gdzie nawet herbatę parzyło się w nie moim czajniku.
Pociąg przez Gniezno i Inowrocław, dwie godziny z hakiem, potem autobus na Rubinkowo. Pod klatką stanęłam z kluczem w ręku i dłuższą chwilę nie mogłam go włożyć do zamka. Na moim balkonie, na trzecim piętrze, suszyły się cudze ręczniki. Zielony w paski i jeden z jakimś napisem po angielsku.
Halina czekała na półpiętrze w podomce, z wiadrem.
- Myślałam, że pani wynajęła - powiedziała, zanim zdążyłam o cokolwiek zapytać. - Teraz wszyscy wynajmują, studentów tu pełno. Grzeczni byli, dzień dobry zawsze mówili. Tylko ta muzyka czasem... ale nie, ja się nie skarżę.
Spojrzała na mnie uważniej i umilkła. Znamy się trzydzieści lat. Już wiedziała, że nie wynajęłam.
Mieszkanie pachniało inaczej. Nie brzydko - inaczej. Owocowym szamponem, kawą rozpuszczalną, której nie piję, i smażoną cebulą. W łazience wężyk pod umywalką puścił przy nakrętce, woda stała na płytkach na dwa palce. W kubku na pastę - cztery szczoteczki. Moja została w Poznaniu, w kubku Iwony.
Wyciągnęłam z szafy wszystkie ręczniki, jakie miałam. Ścierałam, wykręcałam do wanny, znowu ścierałam. Dopiero jak podłoga przestała błyszczeć, rozejrzałam się naprawdę.
Na fotelu Zbyszka leżała ładowarka do laptopa. W meblościance, między kryształowym wazonem a albumami, stały skrypty i gruby atlas anatomii, cały w żółtych karteczkach. Na moim łóżku w małym pokoju - koc w gwiazdki. A fikus na parapecie, który od pięciu lat tylko gubił liście, choćbym nie wiem jak nad nim chodziła, wypuścił trzy nowe.
Dopiero potem kuchnia i ta kartka.
Pod grafikiem ktoś dopisał mniejszym pismem: "Awarie - dzwonić do p. Grześka". I numer. Ten numer wybieram w każdą niedzielę od dwudziestu lat.
Odebrał po czwartym sygnale, na głośnomówiącym, słyszałam silnik.
- Mamo? Właśnie zobaczyłem SMS-a. Bardzo zalało?
- Stoję w kuchni. W tym tygodniu kuchnię ma Ola.
Przez chwilę słyszałam tylko kierunkowskaz. Tyk, tyk, tyk.
- Mamo...
- Ja się pytam o jedno. Ile oni ci płacą?
- Nie mnie.
- A komu?
Silnik ucichł. Musiał zjechać na pobocze.
- Spółdzielni. Wieczorem będę, wszystko ci pokażę. Tylko się nie pakuj, dobrze? Nic nie rób, poczekaj na mnie.
Spółdzielni. Usiadłam na taborecie i zrobiło mi się gorąco, jak wtedy przy okienku w administracji, kiedy pani zapytała, czy na pewno wszystko u mnie w porządku, a ja powiedziałam, że oczywiście. Przypomniała mi się szuflada pod telewizorem. Ta z obrusami.
Koło trzeciej przyjechała Ola. Grzesiek do niej zadzwonił, a ona wsiadła w pierwszy bus z Grudziądza. Czerwona od mrozu, w czapce z pomponem, od progu przepraszała tak szybko, że połowy nie rozumiałam. Że ten wężyk kapał od świąt. Że podstawili miskę i napisali do pana Grześka, a on obiecał, że w ferie przywiezie nowy. Że myśleli, że to tylko kapie.
- Ja panią znam - powiedziała nagle i pokazała na meblościankę. - Z tego zdjęcia z wesela. My się naprawdę staraliśmy. Natalia nawet firanki prała.
Spojrzałam na okno. Firanki były białe. Takie białe nie były od dawna.
Razem z Haliną i panem z administracji spisaliśmy szkodę. Ola wycierała Halinie sufit szmatą na kiju i co chwilę pytała, czy tak dobrze.
Grzesiek przyjechał po dziewiątej. Położył na stole plastikową teczkę. W środku leżało osiem kopert z logo spółdzielni, porozcinanych równo, nożem. Ostatnia, wrześniowa, miała u góry czerwony pasek i słowo "przedsądowe".
- Szukałem twojej legitymacji emeryta - powiedział. - Na bilet. Leżała pod obrusami. Razem z tym.
Po śmierci Zbyszka została jedna emerytura na rachunki liczone na dwie. Najpierw nie zapłaciłam raz, bo apteka. Potem drugi, bo okulary. Potem już nie płaciłam, tylko chowałam. Każdą kopertę pod obrus, jakby obrus mógł coś przykryć na zawsze.
- Czemu nie powiedziałeś, że wiesz?
- Bo przyjechałabyś tu następnym pociągiem i do Wielkanocy jadła chleb z margaryną, żeby oddać co do grosza. I nikogo byś nie wpuściła, bo "obcy w moim łóżku". Ty byś wolała, żeby cię stąd wyrzucili, niż żeby ktoś zobaczył.
- A ty wolałeś mnie wywieźć.
To było niesprawiedliwe i oboje o tym wiedzieliśmy.
- Iwona chciała, żebyś zimowała u nas, zanim cokolwiek znalazłem. Ja też chciałem. To nie było kłamstwo, mamo. Tylko nie cała prawda.
Pokazał mi wydruki przelewów. Co miesiąc, piątego, z dopiskiem "zaległość - Lucyna K.". Ostatni w styczniu. Bez umowy, na słowo - bo i co miał podpisywać, nie jego mieszkanie. Ojciec Oli jeździ z nim w jednej firmie, dzieciaki płaciły mniej, niż wziąłby ktokolwiek z ogłoszenia. Za to, że wszystkie te miesiące ja w Poznaniu spokojnie spałam, nie wiedząc nic.
Długo milczałam. Grzesiek siedział zgarbiony, cały w ramionach, jak jego ojciec po nocnej zmianie.
- Wiesz, co mnie najbardziej gryzie? - odezwałam się w końcu. - Nie ci studenci. Ten fikus. Pięć lat nad nim stałam i nic. A wystarczyło, że ktoś tu zaczął naprawdę mieszkać.
Parsknął. Potem ja. Ola zajrzała z korytarza, czy wszystko w porządku, i szybko się wycofała.
- I co teraz? - zapytał. - Mam im powiedzieć, żeby do końca miesiąca się wynieśli?
Wtedy już wiedziałam.
- Wracam w marcu. Dziewczyny zostają w dużym pokoju, jeśli zechcą. Chłopcy niech do kwietnia szukają akademika, pomożesz im. Płacić będą mnie, i mniej niż tobie. A wężyk kupisz jutro, nie w ferie.
- Mamo, z dwiema studentkami? One wracają o drugiej w nocy.
- Twój ojciec wracał o szóstej rano. Przeżyłam.
Grzesiek odjechał przed północą, bo o czwartej znowu miał trasę. Spałam pod kocem w gwiazdki. Rano wzięłam długopis i dopisałam na dole kartki piąty wiersz. Długo myślałam, co sobie wziąć. Podłogi - kolana już nie te. Śmieci - trzy piętra bez windy.
Kuchnię wzięłam sobie na stałe. Tego jednego nikomu nie wynajmę. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];