Córka pożyczyła ode mnie cztery tysiące na zaległy prąd - "bo odetną, mamo". Dałam z książeczki, na której odkładałam na nagrobek dla taty. W niedzielę po mszy podeszła do mnie matka zięcia i podziękowała, że też się dołożyłam: "Ja dałam na bilety, pani na hotel, dzieci mówią, że Egipt był cudowny".

Stałam na schodach kościoła na Tysiącleciu i grzebałam w torebce za chusteczką, bo bzy przy ogrodzeniu pachniały tak mocno, że aż kręciło w nosie. Ktoś dotknął mojego łokcia.

- Pani Jadwigo, dobrze, że panią łapię! - Zofia Kubiak, matka mojego zięcia, jeszcze ściskała w dłoni książeczkę do nabożeństwa. - Chciałam podziękować. Że pani też się dołożyła. Ja dałam na bilety, pani na hotel, dzieci mówią, że Egipt był cudowny. Kubuś mi pół obiadu o wielbłądzie opowiadał.

Kiwnęłam głową. Naprawdę kiwnęłam, jak głupia, i powiedziałam: "No tak, no tak". Bo co miałam powiedzieć przy ludziach, przy proboszczu, który akurat wychodził z zakrystii?

- Piętnaście lat po ślubie, to trzeba uczcić - ciągnęła Zofia. - Marzenka mówiła, że pani od razu, bez gadania. Złota kobieta z pani.

Poklepała mnie po ramieniu i poszła w stronę przystanku. A ja zostałam z tą chusteczką w ręku i z jedną myślą, która waliła mi w skroniach jak młotek: hotel. Mój hotel. Moje cztery tysiące.

Trzy tygodnie wcześniej, w czwartek wieczorem, Marzena stanęła w moich drzwiach z zaczerwienionymi oczami. Pokazała mi na telefonie jakieś pismo z Tauronu, wezwanie do zapłaty, czerwone litery.

- Mamo, wyrównanie za cały rok, bo grzejemy prądem. Darek nie wiedział, ja nie wiedziałam, przychodziło na stary adres mailowy... Do piętnastego, bo odetną, mamo. Z dziećmi w domu odetną.

Zaproponowałam, że sama przeleję, od razu, przez okienko w banku. Machnęła ręką, że ma numer konta, że nie jest dzieckiem. Więc następnego dnia rano poszłam do PKO i wypłaciłam z książeczki cztery tysiące. Na książeczce zostało niewiele ponad dwa i pół. Pan Mirek, kamieniarz z Mirowskiej, czekał na resztę do końca maja, żeby postawić tacie pomnik przed drugą rocznicą śmierci. Pomyślałam: jakoś dozbieram. Wnuki bez prądu siedzieć nie będą.

Szłam teraz z kościoła prosto do Marzeny, na Północ, dwadzieścia minut piechotą. Po drodze dzwoniłam trzy razy. Poczta głosowa. Za czwartym razem nawet nie czekałam na sygnał.

Otworzył mi Kuba. Osiem lat, piegi na nosie, opalony jak z wakacji. W maju. Mogłam się wcześniej domyślić, tylko że jak człowiek nie szuka, to nie widzi.

- Babcia! Mamo, babcia przyszła!

Z kuchni pachniało schabowym. Marzena stała przy kuchence, tyłem do mnie, a na lodówce obok planu lekcji wisiał nowy magnes. Złota piramida z napisem "Hurghada". Kuba podążył za moim wzrokiem i nagle zasłonił sobie usta obiema rękami.

- Bo to miała być tajemnica - szepnął. - Mama mówiła, że babcia się zmartwi.

Marzena odwróciła się z łopatką w ręku. Nie musiałam nic mówić. Wystarczyło, że stałam w progu i patrzyłam na ten magnes.

- Kuba, idź do pokoju - powiedziała cicho. - Zamknij drzwi.

Zgasiła gaz. Usiadła przy stole, a ja nie usiadłam. Dawno w niczyim domu nie stałam tak długo w żakiecie.

- Darek odwiózł Olę na trening - zaczęła. - Mamo, ja ci wszystko...

- Spotkałam Zofię po mszy. Podziękowała mi za hotel.

Zakryła twarz dłońmi. Siedziała tak dłuższą chwilę, a ja słyszałam tylko lodówkę i telewizor zza ściany.

- On spał na kanapie od lutego - powiedziała w końcu, nie odsłaniając twarzy. - Wiesz, co to jest, mamo? Wracasz z roboty, robisz kolację, a on bierze talerz i idzie do pokoju. Mówił, że jest zmęczony. Że nie wie, czy jeszcze chce. Tak powiedział: "nie wiem, czy jeszcze chcę". Piętnaście lat. A potem jego mama zaproponowała te bilety, na rocznicę. I Darek pierwszy raz od miesięcy się ożywił. Powiedział: "No to jedźmy, tylko za hotel nie mamy". I ja mu powiedziałam, że ty dasz. Że chcesz.

- A jemu skąd przyszło do głowy, że ja chcę?

- Bo ja tak powiedziałam! - podniosła głowę. Oczy miała czerwone, ale suche. - Wszystkim tak powiedziałam. Jemu, Zofii. Tylko tobie nie.

- I ten prąd?

- Zrzut ekranu z internetu. Ze wzoru. - Głos jej się załamał. - Wiem. Wiem, mamo.

Patrzyłam na nią i widziałam jednocześnie tę dziewczynkę, która w trzeciej klasie zjadła cukierki dla całej klasy i zwaliła na kolegę, i tę zmęczoną kobietę po trzydziestce, z odrostami, bo na fryzjera szkoda. Obie były moje.

- Wiedziałaś, na co te pieniądze były.

- Wiedziałam. - Nie uciekła wzrokiem, to jej muszę przyznać. - Pomyślałam, że tata leży dwa lata pod drewnianym krzyżem, to poleży jeszcze trochę. A ja nie miałam trochę. Ja miałam majówkę albo rozwód.

To zdanie bolało mnie bardziej niż samo kłamstwo. Bo było w nim coś, czego nie umiałam odeprzeć.

- Oddasz do końca sierpnia - powiedziałam. - Całość. I powiesz Darkowi, skąd był ten hotel. Nie ja. Ty.

Wyszłam, zanim zdążyła odpowiedzieć. Kuba stał w drzwiach pokoju i patrzył na mnie, jakby to on był winny. Pogłaskałam go po głowie. Tylko na tyle mnie było stać.

W poniedziałek zadzwoniłam do pana Mirka. Powiedział, że płyta już docięta, napis wykuty, potrzyma, ale na rocznicę nie zdąży, bo bez wpłaty nie stawia, takie ma zasady, przykro mu. W czerwcu, w rocznicę, stałam więc nad tatą jak dwa lata wcześniej. Drewniany krzyż, tabliczka, która zaczynała już szarzeć od deszczu. Zapaliłam znicz i nie wiedziałam, co mu powiedzieć. Że wnuczka pojechała do Egiptu za jego kamień? Że ja dałam się nabrać jak dziecko?

Tego samego wieczoru ktoś zadzwonił do drzwi. Darek. W koszuli z pracy, z kopertą w ręku.

- Tysiąc pięćset, pani Jadwigo. Na początek. - Nie wiedział, gdzie podziać oczy. - Ja naprawdę myślałem, że pani sama chciała. Marzena dopiero tydzień temu mi wszystko powiedziała. Pokłóciliśmy się tak, że sąsiedzi pukali w ścianę.

- I co?

Wzruszył ramionami, jakby sam się sobie dziwił.

- I gadamy. Pierwszy raz od roku normalnie gadamy. Głupio to brzmi, ale może to dobrze, że się wydało.

Dzień później zadzwoniła Zofia. Przepraszała tak długo, że w końcu to ja ją pocieszałam. Chciała dołożyć ze swojego. Nie wzięłam. To nie był jej dług.

Reszta przychodziła ratami. Marzena brała nadgodziny w hurtowni, Darek sprzedał swój stary skuter, który od lat stał w piwnicy "na lepsze czasy". Ostatnie pieniądze przyniosła sama, dwudziestego ósmego sierpnia, w kopercie po kartce imieninowej. Położyła ją na stole i nie usiadła, dopóki ja nie usiadłam pierwsza.

Pomnik stanął w połowie września. Szary granit, nic wymyślnego, tata nie lubił wymyślnych rzeczy. Przyszliśmy wszyscy: ja, Marzena, Darek, dzieci. Kuba postawił na płycie mały kamyk, przywieziony z plaży, i spojrzał na mnie pytająco, czy wolno. Kiwnęłam głową.

Marzena stanęła obok mnie i długo milczała.

- Następnym razem powiem ci prawdę - powiedziała w końcu. - Nawet jak będzie głupia i wstydliwa.

Nie odpowiedziałam, że jej wierzę. Bo jeszcze nie wierzyłam, nie całkiem. Ale wzięłam ją za rękę i tak stałyśmy, aż Kuba zaczął marudzić, że jest głodny.

Na kamieniu jest imię taty i dwie daty. Tej trzeciej, kiedy córka pierwszy raz okłamała mnie dla ratowania własnego życia, nie wyryłam nigdzie. Wystarczy, że obie ją pamiętamy. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];