Na rehabilitację taty po udarze składamy się z bratem po siedemset złotych, przelewem do siostry - "mam prywatnego fizjoterapeutę, najlepszego w Kielcach". We wtorek byłam u taty, kiedy przyszła pani rehabilitantka. Poprosiła, żebym podpisała jej kartę wizyt domowych - z przychodni, na NFZ. Przychodzi od lutego.
Pani Iwona podała mi kartę i długopis tak, jak podaje się coś zupełnie oczywistego.
- Pani też córka, prawda? Pani Małgosia zawsze mi podpisuje, ale może być ktokolwiek z rodziny. O, tutaj, przy dzisiejszej dacie.
Stałam w przedpokoju taty z tym długopisem w ręce i patrzyłam na kartkę. Na górze pieczątka przychodni z Bocianka. Niżej rubryki: data, godzina, podpis pacjenta lub opiekuna. Pierwsza data - trzeci lutego. Potem gęsto, rząd pod rzędem, trzy razy w tygodniu. Przy każdej dacie ten sam zamaszysty podpis mojej siostry. A u góry, drukowanymi literami: rehabilitacja w warunkach domowych.
- A pan Marcin? - zapytałam. Głupio, jakbym pytała o pogodę.
- Jaki pan Marcin?
- Fizjoterapeuta. Prywatny. Który przychodzi do taty.
Pani Iwona zmarszczyła brwi i poprawiła torbę na ramieniu.
- Proszę pani, ja jestem u pana Stanisława od lutego. Nikogo innego tu nie spotkałam. Pan Stanisław by mi powiedział, on dużo rozumie, tylko mówić mu trudno.
Podpisałam. Ręka mi nie drżała i to mnie potem dziwiło najbardziej. Pewnie dlatego, że jeszcze nie rozumiałam, co właściwie podpisuję.
Z pokoju dobiegało stukanie - tata uderzał zdrową ręką w poręcz łóżka, znak, że się niecierpliwi. Pani Iwona weszła do niego z tym swoim wesołym "no, panie Stasiu, dzisiaj schody", a ja zostałam w kuchni. Nastawiłam wodę na herbatę, której nie wypiłam. Wyjęłam telefon i otworzyłam aplikację banku.
Dziesiątego lutego, dziesiątego marca, dziesiątego kwietnia, dziesiątego maja. Siedemset złotych, tytuł przelewu: "tata - rehabilitacja". Wpisałam go sama, starannie, jak wszystko. Od trzydziestu lat siedzę w biurze rachunkowym w Krakowie i jeśli klient przynosi mi rachunek bez numeru, bez pieczątki, bez nazwiska wystawcy - odsyłam go. Siostrze nie zadałam ani jednego pytania. Ani o fakturę, ani o nazwisko tego Marcina, ani o to, dlaczego zawsze, kiedy przyjeżdżałam w sobotę, słyszałam: "Szkoda, on w weekendy nie przychodzi".
Przyjechałam tym razem we wtorek tylko dlatego, że pani Halina z trzeciego piętra pojechała do sanatorium. Gośka zadzwoniła w niedzielę: "Jola, możesz wziąć wolne? Nie mam z kim taty zostawić, a zmiany w sklepie nie oddam". Wtedy jeszcze nie wiedziałam, kim jest pani Halina. Myślałam, że to sąsiadka, która czasem zagląda.
Pani Iwona wyszła po godzinie. Tata spał. Ja otworzyłam szafę w przedpokoju, bo szukałam koca, i zobaczyłam paczki pieluchomajtek, jedna na drugiej, aż do półki z kapeluszami. Pod oknem w pokoju stało łóżko, którego nie znałam - takie z korbą, z barierkami. Na nim gruby, szary materac w bąble. Przecież tata miał zwykłą wersalkę. Przecież w styczniu, na szpitalnym korytarzu, wszyscy troje mówiliśmy tylko o jednym: żeby stanął na nogi.
Gośka wróciła po trzeciej. Zdjęła buty, powiesiła kurtkę, zajrzała do taty. Dopiero potem zobaczyła kartę wizyt, którą położyłam na środku kuchennego stołu, obok cukiernicy.
Nie zbladła. Nie zaczęła się tłumaczyć. Usiadła naprzeciwko mnie, jakby od dawna wiedziała, że to kiedyś przyjdzie, i była bardziej zmęczona niż przestraszona.
- No to wiesz - powiedziała.
- Nie wiem. Dlatego pytam. Gdzie jest dwa tysiące sto złotych miesięcznie?
Wstała, otworzyła szufladę pod telewizorem i wyjęła zeszyt w kratkę. Zwykły, szkolny, z kotem na okładce. Położyła go przede mną.
W środku była każda złotówka. Pani Halina - pięć poranków w tygodniu, kiedy Gośka stoi na kasie. Łóżko - wypożyczalnia sprzętu, opłata co miesiąc. Materac przeciwodleżynowy. Pieluchomajtki ponad to, co refunduje NFZ, bo przy tacie przydział kończył się w połowie miesiąca. Taksówka na kontrolę do neurologa, dwa razy. Krem, rękawiczki, podkłady. Paragony wklejone taśmą, równiutko, data pod datą. Na końcu każdego miesiąca suma. I dopisek ołówkiem: "reszta - moje".
- Po co ten zeszyt? - zapytałam cicho.
- Bo wiedziałam, że kiedyś któreś z was zapyta. I że wtedy nie uwierzycie mi na słowo.
Patrzyłam na te paragony i czułam, jak coś mi się przestawia w środku, powoli, jak meble w ciemnym pokoju, o które się co chwilę potykasz.
- Mogłaś powiedzieć wprost.
- Mogłam - przyznała. - Pamiętasz ten korytarz na neurologii? Grzesiek powiedział: na rehabilitację dam ile trzeba, ojciec ma chodzić. A ty, że najważniejsza jest dobra rehabilitacja. Dwa dni później zapytałam was, co z nocami. Kto go będzie przewracał, kto będzie przy nim, jak ja pójdę do pracy. Grzesiek powiedział: "Może jakiś ośrodek, Gośka, nie dasz rady". Ty powiedziałaś: "Zobaczymy, jak się sytuacja rozwinie".
Pamiętałam. Powiedziałam to ze szczerym przekonaniem, z telefonem w ręce, bo na parkingu czekał na mnie mąż.
- Na fizjoterapeutę daliście w pięć minut - ciągnęła Gośka. - Bo fizjoterapeuta to jest: tata wstanie. A pani Halina, pieluchy i łóżko z barierkami to jest: tata już nie wstanie. Za to się nie płaci chętnie. Nie dlatego, że jesteście źli. Po prostu za nadzieję ludzie płacą, a za opiekę nie.
Milczałam. Za ścianą tata westchnął przez sen.
- I wiesz co? - dodała po chwili, już ciszej. - Nie zawsze robiłam to z dobroci. Jak wrzuciłaś w marcu zdjęcia z Zakopanego, to sobie pomyślałam: niech płaci za Marcina, którego nie ma. Należy mi się chociaż to.
To zdanie bolało bardziej niż całe kłamstwo. Bo było uczciwe.
Wieczorem zadzwoniłam do Grześka. Gośka siedziała obok, telefon leżał między nami na głośniku. Brat najpierw krzyczał. Że oszustwo, że jak tak można, że on ma warsztat, kredyt, dwoje dzieci na studiach i nie po to odkłada. Potem wysłuchał, co jest w zeszycie. Przeczytałam mu na głos marzec, cały, pozycja po pozycji, tak jak czytam klientom bilans.
Długo nic nie mówił. Słyszałam tylko, jak w Warszawie przejeżdża tramwaj.
- Ile bierze ta pani Halina? - zapytał wreszcie.
Gośka powiedziała.
- To przelewaj dalej - rzucił do mnie. - Ja też. Tylko zmień tytuł, bo mnie szlag trafia, jak to widzę. I w sierpniu biorę tydzień urlopu. Przyjadę, a ty, Gośka, wyjedziesz gdzieś. Gdziekolwiek. Byle daleko.
Siostra nie rozpłakała się. Kiwnęła głową do telefonu, jakby brat mógł to zobaczyć, i poszła do łazienki. Długo leciała tam woda.
Ja wróciłam do Krakowa w środę. W piątek wieczorem przyjechałam znowu, z torbą i szczoteczką do zębów. Rozłożyłam polówkę przy łóżku taty, a Gośkę wysłałam do jej mieszkania, dwa bloki dalej, z zakazem odbierania telefonu do rana.
O trzeciej w nocy obudziło mnie stukanie w poręcz. Przewróciłam tatę na bok, poprawiłam podkład, podałam wodę przez słomkę. Patrzył na mnie długo, a potem z trudem ułożył usta.
- Gosia... sama - powiedział.
Wiedział. Przez te wszystkie miesiące, kiedy ja pytałam przez telefon, czy pan Marcin jest zadowolony z postępów, on leżał tutaj i wiedział.
Rano, zanim siostra przyszła, otworzyłam zeszyt z kotem na okładce. Pod ostatnim paragonem dopisałam długopisem, swoim równym, księgowym pismem: noc z piątku na sobotę - Jola.
Tytuł przelewu zmieniłam jeszcze tego samego dnia. Teraz brzmi po prostu: "tata". Bez obietnic, że stanie na nogi. Za to płacę już nie tylko pieniędzmi.
var adsinserter = adsinserter || {};
adsinserter.tags = ['fulladsnew'];