Ostatnie pięć lat tata mieszkał u mnie, zmarł w lutym. U notariusza w Siedlcach odczytano testament: dom dla brata, "bo chłopak musi mieć dokąd wrócić". Brat od dwudziestu dwóch lat mieszka w Chicago, ostatni raz był w Polsce na pogrzebie mamy. Mnie tata zapisał zegarek, który sama mu kupiłam na siedemdziesiątkę.

Kiedy pani notariusz przeczytała słowo "zegarek", pomyślałam tylko o jednym: że od pięciu tygodni stoi. Leżał na nocnej szafce w pokoju taty, obok okularów i różańca, i pokazywał dziesięć po siódmej. O tej godzinie tata co rano siadał przy moim kuchennym stole, odsuwał herbatę z cytryną i nakręcał go powoli. Dwadzieścia obrotów. Nigdy mniej.

Pani notariusz czytała równym głosem, jakby to była prognoza pogody: "Dom w Skórcu zapisuję synowi Andrzejowi, bo chłopak musi mieć dokąd wrócić. Córce Małgorzacie zostawiam zegarek". Potem data. Październik dwa tysiące dziewiętnastego. Policzyłam odruchowo, jak liczę w pracy salda: dwa lata przed tym, zanim tata wprowadził się do nas.

Zbyszek położył mi rękę na kolanie. Nie płakałam. Podpisałam, co trzeba było podpisać, i powiedziałam "dziękuję", sama nie wiem za co.

W samochodzie mąż wytrzymał do pierwszych świateł.

- Gośka, tobie się należy zachowek. Ćwierć wartości domu. To nie jest żadna łaska, to jest prawo.

- Nie chcę teraz o tym gadać.

- A kiedy? Jak Jędrek sprzeda chałupę jakiemuś Warszawiakowi na letnisko? - Uderzył dłonią w kierownicę. - Pięć lat. Pięć lat nie byliśmy nigdzie dłużej niż na dwa dni.

Wiedziałam, że nie chodzi mu o pieniądze. Chodziło mu o to, żeby ktoś wreszcie powiedział na głos, że to się liczyło.

W domu poszłam prosto do pokoju taty. Kapcie stały pod łóżkiem równo, czubkami do ściany, tak jak je zawsze ustawiał. Wzięłam zegarek do ręki. Zimny, ciężki, na skórzanym pasku, który sama wymieniałam dwa razy. Osiem lat temu wydałam na niego prawie całą trzynastkę. Tata otworzył pudełko na swoich urodzinach w remizie, popatrzył i powiedział tylko: "Po co, Gosiu, takie pieniądze". Myślałam wtedy, że mu się nie podoba.

Tego wieczoru napisałam do brata esemesa: "Gratuluję domu". Nic więcej. Nie odpisał.

Tata przyszedł do nas w marcu dwa tysiące dwudziestego pierwszego. Nie dlatego, że go namówiłam - sam zadzwonił. Wcześniej sąsiadka ze Skórca, pani Halinka, dwa razy znalazła u niego garnek spalony na czarno i gaz odkręcony pod pustym palnikiem. Za trzecim razem tata zadzwonił do mnie wieczorem i powiedział cicho, jakby się przyznawał do czegoś wstydliwego:

- Gosia, ja się już sam boję.

Mieszkamy na trzecim piętrze, bez windy. Zbyszek przewiercił łazienkę i zamontował poręcz przy wannie. Nasz pokój po córce, która od dawna jest w Warszawie, stał się pokojem dziadka. Pracuję jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej, dziesięć minut piechotą od bloku, więc w przerwie biegałam do domu z obiadem i tabletkami rozłożonymi w pudełku na cały tydzień. Do kardiologa, do okulisty, na pobranie krwi na czczo o siódmej rano. Wszystko to robiłam ja.

A w każdą niedzielę o osiemnastej tata zakładał wyprasowaną koszulę. Siadał przy moim telefonie w dużym pokoju i dzwonił do Chicago, gdzie było akurat jedenaście przed południem.

- Jędruś? No co tam u was? A wnuki zdrowe? - Słuchał długo, kiwał głową, jakby brat mógł to zobaczyć. - A kiedy ty przyjedziesz, synu?

Odpowiedzi znałam na pamięć, chociaż nigdy ich nie słyszałam. Najpierw "jak Kasia skończy studia". Potem "jak spłacę dom". Potem "jak przejdę na emeryturę". Tata odkładał słuchawkę, poprawiał kołnierzyk i mówił do mnie z takim spokojem, że aż mnie skręcało:

- Wraca. Na emeryturę wraca.

Gryzłam się w język. Jędrek wyjechał, kiedy miał trzydzieści cztery lata, "na dwa sezony, na budowę". Dwa sezony trwały dwadzieścia dwa lata. Ożenił się tam, dorobił, kupił dom z garażem na dwa auta, zdjęcia przysyłał na święta. Na pogrzebie mamy był trzy dni. Trzeciego dnia przy stypie powiedziałam mu coś, czego żałowałam przez lata - że łatwo się kocha rodziców z odległości ośmiu tysięcy kilometrów. Od tamtej pory rozmawialiśmy już tylko o pogodzie.

Tata umarł w nocy z jedenastego na dwunastego lutego. Po prostu rano nie wstał do zegarka. Zadzwoniłam do brata, u niego była jeszcze noc.

- Gośka... - Długa cisza, słyszałam tylko, jak oddycha. - Ja nie dam rady przylecieć. Nie teraz.

Rozłączyłam się, zanim powiedział dlaczego. Tydzień po pogrzebie przelał mi pieniądze na pomnik. Odesłałam co do grosza.

W maju pojechałam do Skórca sama. Zbyszkowi powiedziałam, że muszę sprawdzić, czy dach nie cieknie, ale prawda była taka, że chciałam zobaczyć dom, który już nie był ani taty, ani mój. Stałam przed drzwiami z kluczami w ręce dobre pięć minut. W końcu weszłam. Pachniało wilgocią i jeszcze, bardzo słabo, jego tytoniem do fajki, chociaż nie palił od dziesięciu lat. Na ścianie w kuchni wisiał kalendarz z kościoła, zatrzymany na marcu dwa tysiące dwudziestego pierwszego.

Za domem kwitła jabłoń. Tata posadził ją w roku, w którym urodził się Jędrek. "Jabłoń Jędrka" - tak się na nią mówiło. Dla mnie żadnego drzewa nie posadził. Kiedy jako dziecko pytałam dlaczego, śmiał się: "Bo ty się urodziłaś w listopadzie, a w listopadzie się nie sadzi". Stałam pod tą jabłonią i pierwszy raz od lutego płakałam tak, że musiałam usiąść na schodkach.

Następnej niedzieli, punktualnie o osiemnastej, zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu - numer amerykański.

- Cześć, Gośka. - Głos Jędrka był starszy, niż go pamiętałam. - Wiem, że nie chcesz ze mną gadać. To posłuchaj chociaż.

Nie odpowiedziałam. Nie rozłączyłam się.

- Wiesz, czemu nie przyleciałem w lutym? Bo przez pięć lat tata co niedzielę opowiadał mi o tobie. Co mu ugotowałaś, jak mu nogi smarowałaś, jak go wiozłaś do Siedlec na prześwietlenie i czekałaś trzy godziny na korytarzu. A ja mu co niedzielę mówiłem, że wrócę. I nie mogłem stanąć obok ciebie nad tym grobem. Nie umiałem.

- To było twoje zmartwienie, nie moje - powiedziałam. Głos mi się złamał na ostatnim słowie.

- Wiem. - Odchrząknął. - Gośka, on mi w listopadzie powiedział o tym testamencie. Ja mu mówię: tato, przepisz ten dom na Gośkę, przecież ja tam nie wrócę. A on na to: "Wiem, synu, że nie wrócisz. Ale jak dom będzie twój, to będziesz musiał przyjechać. Chociaż raz. Do notariusza. I do niej".

Siedziałam w dużym pokoju, przy tym samym stoliku, przy którym tata co tydzień zakładał wyprasowaną koszulę. Patrzyłam na pusty fotel.

- A zegarek? - spytałam w końcu. - Też ci coś o nim mówił?

Jędrek zaśmiał się cicho, tak samo jak tata.

- Mówił, że zostawia go tobie, bo ty jedna wiesz, że trzeba go nakręcać codziennie. Że jak się raz zapomni, to staje.

Przyleciał w czerwcu. Odebrałam go z Okęcia - posiwiały, cięższy, w za cienkiej kurtce, jakby zapomniał, że w Polsce rano bywa chłodno. Najpierw pojechaliśmy na cmentarz. Stał nad grobem długo, z rękami w kieszeniach, a ja nie popędzałam. Potem u notariusza w Siedlcach załatwiliśmy papiery po tacie, a tydzień później podpisał umowę darowizny. Dom w Skórcu przeszedł na mnie.

- Nie chcę jałmużny - powiedziałam mu jeszcze na schodach kancelarii.

- To nie jałmużna. Tata tak to wymyślił, tylko okrężną drogą, jak on zawsze. - Spojrzał na mnie spod brwi. - Ale jedno zastrzegam. Jak przyjadę, to śpię w swoim starym pokoju. Dom twój, pokój mój.

- Jak przyjedziesz - powtórzyłam.

- Jak przyjadę - powiedział. - W sierpniu. Bilet już mam.

Zbyszek, który przez całe pięć lat miał do Jędrka żal większy niż ja, wieczorem rozpalił grilla pod jabłonią i nalał bratu kompotu z zeszłorocznych wiśni. Siedzieli do północy i gadali o samochodach.

Teraz zegarek leży na moim kuchennym stole, przy cukierniczce. Co rano o siódmej nakręcam go powoli, dwadzieścia obrotów. Nigdy mniej. Chodzi. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];