Córka przyszła z koleżanką - "zmierzymy okna, mamo, na nowe firanki pod święta". Koleżanka obfotografowała każdy pokój, łazienkę i piwnicę, a miarki nawet nie wyjęła. W czwartek pani w spółdzielni zapytała, kiedy się wyprowadzam, bo agencja nieruchomości prosiła o zaświadczenie o braku zaległości "dla pani lokalu".
- To kiedy się pani wyprowadza, pani Danuto?
Pani Grażynka zza okienka w administracji zapytała o to tak zwyczajnie, jakby pytała, czy u mnie też grzeje słabo. Właśnie podpisałam zgłoszenie o cieknącym kaloryferze w dużym pokoju i chowałam długopis do torebki.
- Słucham?
- No, agencja dzwoniła we wtorek. Prosili o zaświadczenie o braku zaległości dla pani lokalu. Powiedziałam, że wydaję tylko właścicielowi albo komuś z pełnomocnictwem, to się ta pani rozłączyła. Myślałam, że pani wie. - Zawiesiła głos i spojrzała na mnie znad okularów. - Pani nie wie.
Nie wiedziałam. Stałam przy tym okienku na Tysiącleciu, gdzie od trzydziestu jeden lat płacę czynsz, i czułam, jak gorąco idzie mi od karku w górę, na policzki.
- A jaka to agencja?
Pani Grażynka pogrzebała w zeszycie. Nazwy nie pamiętała, coś z "dom" w środku, ale numer telefonu miała zapisany. Przepisała mi go na odwrocie kartki z rozliczeniem wody.
Wracałam do domu dłużej niż zwykle. Cztery piętra, bez windy. Na każdym półpiętrze przystawałam - kolana od paru lat nie dają rady za jednym zamachem - i na każdym półpiętrze widziałam tamtą sobotę sprzed dwóch tygodni.
Magda przyszła wtedy bez dzieci, z ciastem z Biedronki, dziwnie wesoła.
- Mamo, to jest Ilona. Zmierzymy okna, bo ci kupimy nowe firanki pod święta. Te twoje są już żółte jak zęby u palacza.
Ilona miała ładny płaszcz, długie paznokcie i przez cały czas telefon w ręce. Zaglądała wszędzie. Do sypialni, gdzie na krześle leżała moja koszula nocna. Do łazienki, gdzie na suszarce wisiały rajstopy. Fotografowała okna, "żeby dobrać kolor do ścian". Fotografowała też podłogi, kafelki i piecyk gazowy.
- A piwnica? - zapytała w przedpokoju.
- Mamo, pokaż Ilonie słoiki taty - wtrąciła szybko Magda. - Ona też robi przetwory.
Zdzisiu nie żyje od czterech lat, a jego ogórki dalej stoją na regale, bo nie mam serca ich otworzyć. Ilona zrobiła zdjęcie regałowi, ścianom, drzwiom. Na słoiki nawet nie spojrzała.
Miarki nie wyjęła ani razu. Zauważyłam to, ale pomyślałam, że młode mierzą teraz telefonem. Czterdzieści lat uczyłam chemii w liceum, wierzę w przyrządy, ale nie jestem głupia - wiem, że świat idzie naprzód.
W domu nie zdjęłam płaszcza. Usiadłam w kuchni i wybrałam numer z kartki.
- Dzień dobry, dzwonię w sprawie mieszkania na Tysiącleciu. Trzy pokoje, czwarte piętro.
- Ach, to jeszcze nie jest w ofercie - głos miły, zawodowy. - Pani Ilona prowadzi. Właścicielka podpisuje umowę po świętach, w styczniu wystawiamy. Zapisać panią na listę zainteresowanych?
Właścicielka podpisuje po świętach. Właścicielka siedziała w płaszczu we własnej kuchni i patrzyła na lodówkę, na której wisiał magnes z Ustki i rysunek wnuczki - choinka z czerwonymi bombkami.
- Nie trzeba - powiedziałam i się rozłączyłam.
Wiedziałam, jak to możliwe, i to bolało najbardziej. Po śmierci Zdzisia notariuszka spisała akt poświadczenia dziedziczenia. Połowa mieszkania była moja od zawsze, a jego połowa podzieliła się na troje - na mnie, Magdę i Grzegorza. Magda ma jedną szóstą. Z jedną szóstą można sprowadzić fotografkę i dzwonić do spółdzielni. Sprzedać się nie da. Do tego potrzebna byłam ja.
Czyli ktoś liczył, że się zgodzę. Albo że mnie przekona.
Przez trzy dni nie dzwoniłam do Magdy. Ona do mnie też nie, co nie było niczym nowym - od wiosny dzwoniła rzadziej, mówiła krócej, a kiedy raz zapytałam o Pawła, odpowiedziała tylko: "Szuka". Nie dopytywałam. Z dorosłą córką trzeba ostrożnie, jak z odczynnikiem. Za dużo naraz i wszystko się burzy.
W niedzielę zaprosiłam ją na pierogi. Przyszła sama.
Nakryłam w kuchni, nie w dużym pokoju. Postawiłam przed nią talerz, a obok położyłam kartkę z rozliczeniem wody, numerem do góry.
Magda spojrzała. Widelec zawisł jej nad talerzem.
- Pani Grażynka pytała, kiedy się wyprowadzam - powiedziałam. - A pani z agencji mówi, że podpisuję w styczniu. To może ty mi powiesz, gdzie ja będę mieszkać.
Myślałam, że zacznie się tłumaczyć. Albo płakać - Magda zawsze płakała, jak ją przyłapałam, od przedszkola. A ona odłożyła widelec i powiedziała prawie ze złością:
- Na Północy. Kawalerka na parterze, z balkonem. Żadnych schodów. Ilona ma trzy takie do wyboru. Chciałam ci w święta pokazać wszystko gotowe, żebyś zobaczyła, że to ma sens.
- A reszta pieniędzy?
Cisza. Kran kapał do zlewu, jak zawsze, odkąd nie ma Zdzisia.
- Paweł od marca nie pracuje - powiedziała w końcu do talerza. - Firma padła. Mamy kredyt na samochód i dwie chwilówki, które wzięłam, żeby spłacić ratę. Bank dzwoni codziennie. Kuba potrzebuje aparatu na zęby. Mamo, ja nie śpię.
Patrzyłam na nią i widziałam dwie osoby naraz. Czterdziestojednoletnią kobietę z cieniami pod oczami, która za moimi plecami wyceniła mi łazienkę. I małą dziewczynkę, która chowała dwóje na dnie tornistra tak długo, aż zaczynały pachnieć drugim śniadaniem.
- A gdybym się nie zgodziła?
- Zgodziłabyś się - powiedziała cicho. - Ja widzę, jak ty wchodzisz z zakupami. Stajesz na każdym półpiętrze. Myślałam, że ci pomagam. Że pomagam wszystkim naraz.
I to było najgorsze - że trochę miała rację. Staję na każdym półpiętrze. Tylko że to są moje półpiętra.
- Nie sprzedam - powiedziałam. - Ani teraz, ani w styczniu. Tutaj umarł twój ojciec, tutaj nauczyłaś się chodzić, trzymając się meblościanki. Jak już nie dam rady wchodzić, sama ci powiem. Ale to ja powiem.
Magda kiwnęła głową. Nie płakała. Chyba nie miała już czym.
- Zadzwonisz do tej Ilony. Teraz, przy mnie.
Zadzwoniła. Rozmowa trwała minutę. Ilona coś mówiła o straconym czasie i kosztach sesji, Magda powtarzała "rozumiem, przepraszam", aż się rozłączyła i położyła telefon ekranem do blatu.
Potem siedziałyśmy długo. Pieniędzy jej nie dałam, bo ich nie mam - nauczycielska emerytura starcza na rachunki, leki i czasem na czekoladę dla wnuków. Ale wzięłam kartkę i długopis, jak kiedyś przy jej zadaniach z matematyki, i spisałyśmy wszystko: ile, komu, do kiedy. Wyszło dużo, ale skończenie dużo, a nie bez dna.
Ustaliłyśmy, że Kuba i Ola będą przychodzić do mnie na obiady trzy razy w tygodniu po szkole - mają stąd dwa przystanki. Magda w poniedziałek poszła do miejskiego rzecznika konsumentów w sprawie chwilówek, bo jedna miała takie koszty dodatkowe, że mnie, chemiczce, zakręciło się w głowie. Do Grzegorza zadzwoniła sama. Ja tylko siedziałam obok i trzymałam ją za rękę pod stołem, jak na wywiadówce.
Tydzień przed Wigilią przyszła z dziećmi. Wyjęłam z szuflady żółtą miarkę Zdzisia, tę z wyłamanym końcem, którą mierzył jeszcze meblościankę w osiemdziesiątym dziewiątym.
- Mierz - powiedziałam.
Mierzyła długo i dokładnie, a Ola zapisywała cyfry w zeszycie do polskiego. Potem pojechałyśmy razem do sklepu na Alei Wolności i kupiłam najzwyklejsze białe firanki, za swoje. Wieszałyśmy je we czwórkę, Kuba trzymał krzesło.
Kiedy wisiały, Magda stanęła na środku dużego pokoju i powiedziała, że jest jasno jak w nowym mieszkaniu.
- To jest stare mieszkanie - odpowiedziałam. - Tylko firanki nowe.
Na każdym półpiętrze dalej przystaję. Ale wchodzę na samą górę. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];