Z Henrykiem z klubu seniora tańczymy razem od wiosny, w niedziele jemy u niego obiad. W sierpniu jego synowa zatrzymała mnie przy furtce i zapytała wprost, czy mam własne mieszkanie - "bo tata ma tylko ten dom, a dom jest już obiecany".
- Pani Danuto, przepraszam, że tak prosto z mostu, ale muszę zapytać. Pani ma własne mieszkanie?
Stałam przy furtce z pojemnikiem kopytek pod pachą, bo Henryk zawsze pakował mi resztki, "żebyś w poniedziałek nie musiała stać przy garach". Agnieszka trzymała w obu rękach wiadro śliwek z jego drzewa. Nie odstawiła go na ziemię. Chyba chciała mieć czym zająć ręce.
- Mam - odpowiedziałam. - A czemu pani pyta?
- Bo tata ma tylko ten dom. A dom jest już obiecany. - Przełknęła ślinę. - Wolę, żeby od początku było jasne. Żeby potem nie było przykrości.
Za jej plecami, w kuchennym oknie, Henryk mył talerze i nucił. Poznałam melodię - to samo tango, które w środę ćwiczyliśmy w klubie i na którym zawsze mylę krok. Pomachał mi mokrą ręką. Odmachałam. Agnieszka też się odwróciła, też pomachała, a potem otworzyła mi furtkę. Tak, jakby to ona była tu gospodynią, a ja gościem, który za długo siedzi.
Do przystanku na Białogonie jest osiem minut. Szłam piętnaście.
Sześćdziesiąt sześć lat. Trzydzieści cztery lata uczyłam biologii w kieleckim liceum. Sześć lat jestem wdową po Leszku. I nikt, nigdy, ani razu nie spojrzał na mnie tak, jakbym przyszła coś wynieść.
W domu, na czwartym piętrze bez windy na Osiedlu Świętokrzyskim, postawiłam kopytka na stole i nie otworzyłam pojemnika. Czterdzieści osiem metrów. Wykupione jeszcze z Leszkiem, spłacone co do grosza. Tak, pani Agnieszko, mam własne mieszkanie.
I wtedy przypomniała mi się Kasia. Kwiecień, telefon z Wrocławia, moja córka mówi tym swoim rzeczowym głosem:
- Mamo, tylko uważaj. Wdowcy w tym wieku szukają kogoś do gotowania i do podawania leków. A ty masz mieszkanie. Zosia ma na nie liczyć czy nie?
Obraziłam się wtedy na dwa dni. Teraz siedziałam nad zimnymi kopytkami i rozumiałam, że to było dokładnie to samo pytanie. Tylko zadane z drugiej strony płotu.
W środę nie poszłam do klubu. Henryk dzwonił trzy razy. W czwartek przyszedł SMS, napisany jak wszystko, co pisał, z przecinkami i kropką na końcu, bo czterdzieści lat na kolei uczy porządku: "Danusiu, czy ja coś zrobiłem? Martwię się."
"Nic. Głowa mnie bolała" - odpisałam. Kłamałam jak uczennica, która nie odrobiła lekcji.
W niedzielę jednak pojechałam. Upiekłam sernik - chyba po to, żeby nie wchodzić z pustymi rękami do domu, który nie jest i nigdy nie będzie mój. Henryk nalewał rosół, kiedy mu powiedziałam. Spokojnie, bez wyrzutów, słowo w słowo.
Odłożył chochlę. Na kuchence coś cicho syczało. Zegar w pokoju, ten po jego matce, tykał tak głośno, że słyszałam każdą sekundę.
- Ona tak powiedziała? Przy furtce? - Usiadł ciężko. - Matko Boska.
Myślałam, że zacznie ją tłumaczyć albo przepraszać za nią. Nie zrobił ani jednego, ani drugiego. Patrzył na ceratę.
- Jak Grażyna chorowała, Paweł był na kontraktach w Niemczech. Musiał, mieli kredyt na mieszkanie, którego potem i tak nie utrzymali. Ja... - zawahał się. - Ja nie umiałem jej myć, Danusiu. Bałem się ją dotknąć, żeby nie bolało. A Agnieszka przychodziła po zmianie w sklepie. Codziennie, przez dwa lata. Przewijała, smarowała odleżyny, karmiła łyżeczką. Synowa. Nie córka.
- I na stypie obiecał pan im dom.
- Powiedziałem: "dom jest wasz, dzieci, ja tu tylko dożyję". Nic więcej. Żadnych papierów. - Pokręcił głową. - A potem przyszłaś ty i ja się zrobiłem wesoły. Śpiewam przy zmywaniu. Kupiłem buty do tańca. Ona to widzi. I się boi, że wesoły człowiek zmienia zdanie.
- A zmienia?
- Nie. - Podniósł na mnie oczy. - Ale nikomu tego głośno nie powiedziałem. I to jest moja wina, nie jej.
Zjedliśmy ten rosół prawie w milczeniu. Przy drzwiach Henryk zapytał, czy przyjdę w środę. Powiedziałam, że najpierw muszę coś załatwić.
We wtorek stałam pod blokiem na Czarnowie, z palcem nad domofonem, i liczyłam do dziesięciu. Dwa razy. Wreszcie nacisnęłam.
Agnieszka otworzyła w fartuchu, za nią dwóch chłopaków kłóciło się o pilota. Wynajmowali to mieszkanie - zrozumiałam od razu, po kartonach na szafie, po firankach, które nie pasowały do niczego. Zaprosiła mnie do kuchni, bo przecież nie wypadało inaczej. Postawiła herbatę z cytryną i usiadła naprzeciwko, wyprostowana jak do egzaminu.
- Przyszła pani mnie ochrzanić - powiedziała. - Ma pani prawo.
- Przyszłam powiedzieć, że ma pani rację. Mam mieszkanie. Czterdzieści osiem metrów, czwarte piętro, bez windy. I obiecałam je wnuczce. - Zamieszałam herbatę, chociaż nie słodziłam. - W kwietniu moja córka zadała mi dokładnie to samo pytanie co pani. Tylko o Henryka.
Agnieszka patrzyła na mnie przez chwilę, a potem coś w niej puściło. Zaśmiała się krótko, przez nos, i od razu rozpłakała. Zakryła twarz rękami - zniszczonymi, z obgryzionymi skórkami.
- Ja ją myłam - powiedziała w dłonie. - Mamę Grażynę. Paweł nie dawał rady nawet przez telefon o tym słuchać. A potem tata zaczął tańczyć i ja pomyślałam... że on nas wymaże. Że przyjdzie ktoś nowy i wszystko, co było, przestanie się liczyć. Głupio wyszło przy tej furtce. Ćwiczyłam to zdanie trzy dni i i tak wyszło głupio.
- Wyszło szczerze - powiedziałam. - To nie zawsze to samo co ładnie.
Nie zostałyśmy przyjaciółkami. Nie będę udawać, że tak się to kończy. Ale kiedy wychodziłam, odprowadziła mnie aż do klatki i powiedziała "do widzenia, pani Danuto" innym głosem niż w sierpniu.
We wrześniu Henryk pojechał z Pawłem do notariusza. Darowizna, z dożywotnim prawem mieszkania dla niego. Wrócił z teczką pod pachą i przyznał, że pierwszy raz od pogrzebu Grażyny spał całą noc.
- Teraz nie mam ci nic do zaoferowania poza tańcem i rosołem - powiedział.
- To akurat dobrze się składa - odpowiedziałam. - Bo ja nic więcej nie chcę.
Nie bierzemy ślubu. Nie planujemy. Kasia przestała pytać, a Zosia wie, że mieszkanie na Świętokrzyskim kiedyś będzie jej. W październiku, kiedy wychodziłam po niedzielnym obiedzie, na słupku przy furtce stał słoik powideł śliwkowych. Na zakrętce kawałek taśmy i długopisem: "Dla pani. A."
Tango dalej mi nie wychodzi. Henryk mówi, że to nic, że mamy czas.
Dom jest obiecany. Niedziele - nie.
var adsinserter = adsinserter || {};
adsinserter.tags = ['fulladsnew'];