Na sanatorium czekałam dwa lata, skierowanie przyszło na listopad. Córka przy obiedzie zapytała, czy nie dałoby się przesunąć "na po feriach, bo kto będzie odbierał Zuzię". Już sprawdziła w internecie, że raz można przesunąć.

- Mamo, a nie dałoby się tego przesunąć? Na po feriach?

Magda nawet nie podniosła wzroku znad talerza. Mieszała rosół łyżką, jakby szukała w nim makaronu, którego dawno tam nie było.

- Przesunąć? - powtórzyłam głupio, z wazą jeszcze w rękach.

- No bo kto będzie odbierał Zuzię? Trzy tygodnie, mamo. W listopadzie. Ja do szóstej siedzę w rejestracji, świetlica do piątej... - Wyjęła telefon, przesunęła kciukiem po ekranie i podsunęła mi go pod nos. - Zobacz, sprawdziłam. Raz można zmienić termin. Trzeba tylko napisać do NFZ-u, że są ważne powody rodzinne.

Patrzyłam na ten ekran i nic nie widziałam. Tylko jedno do mnie dotarło: ona już to sprawdziła. Zanim przyszła na obiad. Zanim zapytała, jak się czuję i czy się cieszę. Siedziała wieczorem z telefonem i szukała, jak odsunąć ode mnie te trzy tygodnie.

Zuzia, nieświadoma niczego, rysowała widelcem ścieżki w ziemniakach.

- Babciu, a sanatorium to jest szpital?

- Nie, kochanie. To takie miejsce, gdzie babcię naprawią.

- Jak samochód? - zachichotała.

Magda się nie zaśmiała. Ja też nie.

Skierowanie złożyłam dwa lata temu, kiedy ortopeda obejrzał zdjęcie mojego kręgosłupa i pokiwał głową tak, jak się kiwa nad przeciekającym dachem. Czterdzieści lat za ladą w aptece przy Piotrkowskiej.

Czterdzieści lat na nogach, schylanie się do dolnych szuflad, dźwiganie kartonów z dostawy, bo kierowniczka zawsze mówiła: "pani Tereso, pani zrobi to najszybciej". Na emeryturę poszłam z dyskopatią i z przekonaniem, że teraz wreszcie odpocznę.

Odpoczęłam może rok. Potem Magda się rozwiodła.

Nie miałam do niej pretensji, broń Boże. Kamil wyjechał do Gdańska, do nowej pracy i nowej kobiety, a alimenty przelewał wtedy, kiedy mu się przypomniało. Magda została w dwóch pokojach na Widzewie, z kredytem, z pięcioletnim dzieckiem i z pracą w przychodni, gdzie grafik układał się sam, nie pytając nikogo o zdanie. Ktoś musiał pomóc. A kto, jak nie matka?

Więc od dwóch lat codziennie o wpół do czwartej stałam najpierw pod przedszkolem, a od września pod szkołą. Potem obiad, lekcje, w piątki kąpiel, bo Magda w piątki kończyła najpóźniej. Zuzia mówiła na moje mieszkanie "drugi dom". Lubiłam to. Naprawdę lubiłam. Tylko kręgosłup lubił coraz mniej.

Kiedy tydzień wcześniej listonosz przyniósł kopertę z NFZ-u, usiadłam z nią w przedpokoju na pufie i rozpłakałam się jak głupia. Ciechocinek. Dwadzieścia jeden dni. Od szóstego listopada. Zadzwoniłam do siostry do Kutna, pochwaliłam się sąsiadce z naprzeciwka. Magdzie powiedziałam w środę, w pośpiechu, zapinając Zuzi kurtkę. Uśmiechnęła się i rzuciła "super, mamo". Myślałam, że się cieszy.

Teraz wiedziałam, że już wtedy liczyła.

- Dwa lata czekałam, Magda - powiedziałam cicho i odstawiłam wazę.

- Wiem, mamo. Ale co to za różnica, listopad czy marzec? Kręgosłup ci nie ucieknie.

- A jak w marcu znowu wypadnie coś, co nie może poczekać?

- Nie przesadzaj.

- Ja przesadzam?

Zuzia przestała rysować w ziemniakach. Dzieci zawsze wiedzą pierwsze.

Magda odłożyła łyżkę i powiedziała coś, co zabolało bardziej niż cały mój kręgosłup razem wzięty:

- Mamo, szesnastego jest ślubowanie. Zuzia mówi wiersz. Ty z nią ten wiersz ćwiczysz od września.

Spojrzałam na wnuczkę. Siedziała z widelcem w powietrzu i czekała, co powie babcia. I nagle zrozumiałam, że to nie jest rozmowa o listopadzie. To jest rozmowa o tym, czy babcia w ogóle ma jakieś swoje "kiedy". Bo jeśli przesunę raz, przesunę i drugi. A Zuzia, ta mała, mądra Zuzia, nauczy się, że babcie są od odbierania ze świetlicy. I że kiedyś ona sama też będzie od tego.

- Pojadę - powiedziałam.

Magda długo milczała. Potem wstała, zebrała talerze, choć nikt jej o to nie prosił, i zmywała tak, jakby chciała zedrzeć z nich emalię.

- Jak uważasz - rzuciła przez ramię.

Wyszły wcześniej niż zwykle. Zuzia na odchodne przytuliła mnie mocniej, a Magda nawet nie powiedziała "pa".

Tej nocy nie spałam. Leżałam i liczyłam pęknięcia w suficie, które znam na pamięć. O drugiej wstałam, włączyłam komputer i znalazłam ten sam formularz, który pokazywała mi Magda. Wniosek o zmianę terminu. Kursor mrugał w polu "uzasadnienie". Siedziałam nad nim dobre pół godziny. Potem zamknęłam okno i wzięłam kartkę.

Rano zadzwoniłam do córki.

- Nie przesunę, Magda. Ale pomogę ci to poukładać. Zapisałam wszystko.

Na kartce było niewiele. Pani Krysia z mojej klatki, emerytowana nauczycielka, która od dawna mówiła, że jej się nudzi. Zamiana dyżurów w przychodni - Magda sama kiedyś wspominała, że koleżanka chętnie bierze popołudnia. I jedno nazwisko, przy którym długo trzymałam długopis: Bożena, matka Kamila. Zgierz, dwadzieścia minut autobusem.

- Mamo, do niej nie zadzwonię - powiedziała Magda takim głosem, jakim mówiła jako nastolatka.

- Dlaczego?

Cisza w słuchawce trwała tak długo, że myślałam, że się rozłączyła.

- Bo jak zadzwonię, to będzie znaczyło, że sobie nie radzę. Że ona miała rację, jak mówiła, że się nie dogadamy z Kamilem, bo jestem za ambitna.

I wtedy to zobaczyłam. Moja córka wcale nie chciała mnie zatrzymać z wyrachowania. Ona się bała. Bała się, że cały ten jej świat, poskładany na taśmę klejącą po rozwodzie, rozsypie się, kiedy wyjmie z niego jeden element. A tym elementem byłam ja. Wygodnie było udawać, że innych nie ma.

- Zadzwoń - powiedziałam. - Ona jest babcią. Też ma prawo.

Szóstego listopada wsiadłam do autobusu z walizką na kółkach i z kanapkami z jajkiem, jak na kolonie. Na przystanek odprowadziła mnie tylko pani Krysia. Magda była w pracy. Napisała tylko: "Szerokiej drogi".

Pierwsze dni w Ciechocinku były dziwne. Zabiegi, kąpiele solankowe, masaż, po którym chodziłam jak na nowych nogach. A wieczorami siedziałam w pokoju z telefonem na kolanach i czekałam. Dzwoniłam do Zuzi codziennie o siódmej.

- Babcia Bożena robi naleśniki z serem - meldowała. - Ale twoje są lepsze, bo masz więcej cukru.

Szesnastego od rana chodziłam wzdłuż tężni, wdychałam to słone powietrze i nie mogłam usiedzieć w miejscu. O jedenastej telefon zadrżał mi w kieszeni. Filmik. Zuzia w granatowej spódniczce i białej bluzce, z czerwoną kokardą, którą sama jej kupiłam, mówiła wiersz bez jednej pomyłki. Na końcu nagrania kamera się zatrzęsła i usłyszałam głos Magdy, trochę za blisko mikrofonu:

- Wzięłam wolne, mamo. Pierwszy raz od roku. Bożena też przyszła.

Wieczorem przyszedł jeszcze jeden SMS. Długo się na niego zbierała, bo był napisany i wysłany po północy:

"Nie wiedziałam, że umiem to sama ogarnąć. Przepraszam za ten obiad."

Usiadłam na ławce przy tężni i płakałam drugi raz w tym roku. Tym razem nie jak głupia.

Wróciłam dwudziestego siódmego. Na przystanku czekały obie, Zuzia z kartką "WITAJ BABCIU" i Magda z moją ulubioną szarlotką z cukierni na rogu. W tamtym tygodniu ustaliłyśmy nowy grafik. Wtorki zostały przy Bożenie - same się o nie upomniały, i ona, i Zuzia. Czwartki ma pani Krysia.

A ja we wtorki chodzę na basen. Na aqua aerobik dla seniorów, tak jak mi kazał lekarz w sanatorium.

Magda miała rację. Kręgosłup mi nie uciekł. Tylko ja przez dwa lata po cichu uciekałam sama sobie i nikt tego nie zauważył. Nawet ja. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];