Mama po złamaniu biodra mieszka u siostry. W Wigilię siostra wręczyła mi przy stole kopertę - "twoja połowa, żeby było sprawiedliwie". W środku był rachunek: leki, dojazdy do ortopedy i "dyżury nocne, 30 nocy po 40 zł".

Opłatek jeszcze kruszył mi się w palcach, kiedy Jolka sięgnęła za półmisek z karpiem i położyła przede mną białą kopertę.

- To twoja połowa - powiedziała. - Żeby było sprawiedliwie.

Zrobiło się cicho. Tak cicho, że słyszałam kolędę z telewizora w drugim pokoju i to, jak Leszek, mój szwagier, odkłada widelec - powoli, żeby nie stuknął o talerz. Andrzej spojrzał na mnie pytająco. Mama siedziała u szczytu stołu, w nowym fotelu z wysokimi podłokietnikami, i wpatrywała się w obrus.

Otworzyłam. W środku była kartka w kratkę wyrwana z zeszytu, zapisana równym, prawie szkolnym pismem mojej młodszej siostry. "Leki - 386 zł. Taksówki do ortopedy, 3 razy - 210 zł. Wizyta prywatna - 250 zł. Dyżury nocne, 30 nocy po 40 zł - 1200 zł". Na dole, podkreślone dwa razy: "Razem 2046 zł. Twoja połowa: 1023 zł".

Trzydzieści lat pracuję jako księgowa. Rachunki czytam szybciej niż gazetę. Ale ten przeczytałam trzy razy, bo za pierwszym i za drugim nie mogłam uwierzyć.

- Ty mi liczysz za noce przy własnej matce? - zapytałam. Głos załamał mi się w połowie zdania. - W Wigilię? Przy wszystkich?

- A kiedy miałam ci dać? - Jolka nie podniosła głosu. - Kiedy ostatnio byłaś tu dłużej niż trzy godziny?

Mama poruszyła się w fotelu.

- Gosiu, ja oddam - powiedziała cicho. - Z emerytury. Tylko się nie kłóćcie, dziewczynki.

To było gorsze niż cała koperta. Jolka wstała tak gwałtownie, że krzesło zgrzytnęło o panele, i wyszła do kuchni. Po chwili usłyszałam, jak puszcza wodę.

Mama przewróciła się w połowie listopada na schodach własnego bloku na Zaodrzu. Czwarte piętro bez windy, czterdzieści lat po tych samych stopniach - i jeden zły krok. Endoproteza, tydzień w szpitalu, a potem było jasne jedno: do siebie nie wróci, przynajmniej nie szybko. Jolka mieszka dwie ulice dalej, na parterze. Nikt nawet nie pytał, gdzie mama zamieszka. To było oczywiste.

Ja jestem we Wrocławiu, dziewięćdziesiąt kilometrów autostradą. Grudzień w biurze rachunkowym to zamknięcia roku, klienci dzwonią do dziewiątej wieczorem. Przyjeżdżałam co drugą niedzielę - z sernikiem, z mandarynkami, z nową piżamą. I za każdym razem mama siedziała w fotelu uczesana, w bluzce z broszką, i mówiła: "Jolcia dba o mnie jak o królową. Nie martw się, dziecko".

Nie martwiłam się. To była najwygodniejsza rzecz pod słońcem - nie martwić się.

Odwróciłam kartkę, żeby nie patrzeć na sumę. I zamarłam.

Na odwrocie, drobniej, ołówkiem, były daty. Jak w zeszycie dyżurnej pielęgniarki.

"23.11 - 1:40, 3:10, 5:00. Toaleta. Bała się wstać sama."
"28.11 - 2:15. Wołała tatę. Nie wiedziała, gdzie jest."
"3.12 - 3:30. Przebieranie, pościel. Płakała, że wstyd."
"11.12 - prawie cała noc. Bolało. Tabletka o 2:00, druga o 4:00."

Spojrzałam na mamę. Uciekła wzrokiem.

- Mamo, ty w nocy... - nie skończyłam.

- No przecież nie będę ci mówić - szepnęła. - Ty masz swoją pracę, swój dom. To ja Jolkę prosiłam, żeby jak przyjedziesz, to żebym była ubrana i uczesana. Żebyś się nie denerwowała.

Andrzej położył mi rękę na kolanie. Leszek wpatrywał się w barszcz. Dopiero teraz zobaczyłam, jak schudł, i przypomniałam sobie, co Jolka mówiła mi przez telefon jeszcze w listopadzie - że na budowie obcięli mu godziny. Powiedziałam wtedy "o, kurczę" i chyba od razu zmieniłam temat.

Poszłam do kuchni.

Jolka stała przy zlewie z rękami w wodzie, choć naczyń było tam ledwie kilka. Na parapecie stał storczyk, który dałam mamie na imieniny, na kaloryferze suszyły się dwa ręczniki. Pachniało grzybami i smażoną cebulą.

- Ile ty śpisz? - zapytałam.

Wzruszyła ramionami.

- Po kawałku. Jak mama zaśnie po czwartej, to do siódmej. Potem Leszek do pracy, ja śniadanie, mycie, ćwiczenia z tymi gumami, co rehabilitantka pokazała.

- A stołówka?

- Rzuciłam w listopadzie. Nie da się po takiej nocy o szóstej rano obierać ziemniaków dla trzystu dzieciaków.

Milczałyśmy. Z kranu kapała woda.

- Mówiłam ci - odezwała się w końcu. - Trzy razy dzwoniłam i mówiłam, że jest ciężko. Za każdym razem miałaś bilans, klienta, coś. Raz powiedziałaś, żebym poszukała jakiejś pani do pomocy. Gośka, za co? Kogo?

- Mogłaś powiedzieć wprost.

- Powiedziałam. Tylko ty nie słuchasz, jak ktoś mówi. Ty czytasz, jak ktoś pisze. - Zakręciła kran. - Więc napisałam. Rachunki zawsze czytasz do końca.

Chciałam się obrazić. Naprawdę chciałam, bo to było łatwiejsze. Ale miała rację, i to bolało najbardziej.

- Przy wszystkich, w Wigilię... - zaczęłam jeszcze.

- Wiem. - Odwróciła się wreszcie do mnie. Oczy miała czerwone, ale suche. - To było podłe. Wstydzę się. Tylko że bałam się, że jak ci dam w cztery oczy, to schowasz do torebki i powiesz, że zerkniesz po świętach. A ja już nie mam siły do po świętach.

Przelałam jej pieniądze tego samego wieczoru, przez telefon, zanim zdążyłam się rozmyślić albo zacząć cokolwiek przeliczać. Jolka zobaczyła powiadomienie i nic nie powiedziała, tylko kiwnęła głową. Mama zasnęła w fotelu jeszcze przed pasterką.

Ale pieniądze były tą łatwiejszą połową. Trudniejszą zrobiłam w styczniu. Wzięłam dwa tygodnie urlopu - pierwszy raz od lat w sezonie bilansowym, szefowa patrzyła na mnie jak na wariatkę. Przywiozłam do Jolki śpiwór i spałam na rozkładanym fotelu w pokoju mamy. Potem przyjeżdżałam w każdy piątek po pracy i zostawałam do niedzieli. Andrzej sam gotował obiady i nie narzekał, co u niego jest dowodem wielkiej miłości.

Pierwszej nocy obudziło mnie wołanie, gdzieś koło trzeciej.

- Jola? Jolciu?

- To ja, mamo. Gosia.

Długa cisza w ciemności. Potem głos, który pamiętałam z dzieciństwa, kiedy chorowałam na anginę, a mama siedziała przy mnie do rana.

- Gosia... To dobrze. Niech Jolka śpi.

Zaprowadziłam ją do łazienki, krok za krokiem, z balkonikiem. Wcale nie było mi wstyd. Było mi wstyd tylko za te wszystkie niedziele z sernikiem.

W kwietniu mama pierwszy raz zeszła sama z dwóch schodków przed klatką i doszła z balkonikiem do ławki pod blokiem. Kwitła forsycja, na balkonach ktoś już wystawił skrzynki z bratkami. Usiadłyśmy we trzy. Wyjęłam z torebki kartkę w kratkę i podałam Jolce.

"Dyżury nocne, styczeń - marzec: 34 noce."

Jolka przeczytała, potem spojrzała na mnie.

- I ile ja ci jestem winna?

- Nic - powiedziałam. - Chciałam tylko, żebyś przeczytała.

Zaśmiała się i rozpłakała jednocześnie, tak jak umie tylko ona. Mama wzięła nas obie za ręce i nic nie mówiła.

Kopertę z Wigilii trzymam w szufladzie biurka, między fakturami. W życiu zaksięgowałam tysiące rachunków. Ten jeden był pierwszym, który naprawdę mi się należał. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];