Zadzwoniła do mnie jego mama. Powiedziała: "Już wszystko wiem. Tylko ty jeszcze nie".
Stałam wtedy w kuchni, z mokrymi rękami, bo właśnie płukałam kubki po śniadaniu. W oknie wisiała szara, niedzielna mgła, dzieci bawiły się w pokoju, a w mieszkaniu panował ten spokojny hałas codzienności, który zwykle mnie uspokajał.
Jej głos w słuchawce był jednak inny niż zawsze. Nie ciepły, nie "co u was", nie pytanie o wnuki. Zimny i ciężki, jakby dzwoniła z miejsca, w którym nie ma już miejsca na uprzejmości.
- O czym pani mówi? - zapytałam, choć już czułam, jak żołądek ściska mi się w jeden twardy węzeł.
- O Marku - odpowiedziała. - I o tym, co robi. I z kim. I jak długo.
Przez moment nie mogłam wydobyć głosu. Oparłam się o blat, żeby nie osunąć się na podłogę. Za ścianą dzieci śmiały się głośno, ktoś zrzucił klocek. Ten dźwięk był tak nie na miejscu, że aż bolał.
- Proszę powiedzieć wprost - wyszeptałam.
W słuchawce usłyszałam jej krótki oddech.
- On ma drugą kobietę. I to nie jest od wczoraj.
Przez chwilę słyszałam tylko swoje własne serce. Jej słowa były zbyt proste, zbyt konkretne, jakby ktoś wbił mi je w skórę. Druga kobieta. Nie od wczoraj. A ja jeszcze godzinę temu myślałam o tym, co zrobić na obiad, i czy kupić dzieciom nowe buty na wiosnę.
- Skąd pani… - zaczęłam, ale ona mi przerwała.
- Nie pytaj mnie teraz, skąd. - Jej głos zadrżał, choć starała się brzmieć twardo. - Wiem. I nie mogę już udawać, że nie wiem. Widziałam ich.
Widziałam. To słowo uderzyło mnie najmocniej. Bo zdrada przestawała być podejrzeniem. Stawała się obrazem w cudzych oczach.
- Gdzie? - zapytałam, czując, że robi mi się zimno.
- W niedzielę… w tej kawiarni przy rynku - powiedziała. - Trzymali się za ręce. Jak para. Jakby świat należał do nich.
Zamknęłam oczy. Marek mówił mi, że ma spotkanie z kolegą. Że "chce przewietrzyć głowę". Wrócił potem z dobrym humorem, przyniósł dzieciom drożdżówki, pocałował mnie w czoło i zapytał, czy oglądamy film. A jego matka widziała go, jak trzyma obcą kobietę za rękę.
- I pani nic mi nie powiedziała? - wyrwało mi się.
W słuchawce zapadła cisza. Długa. W niej było wszystko: wstyd, strach, lojalność wobec syna, a może też coś jeszcze, czego nie umiałam nazwać.
- Powiedział mi, żebym się nie wtrącała - odezwała się w końcu. - Że to "przejściowe". Że "sam to ogarnie". Że "ty się nie musisz dowiedzieć w taki sposób".
Sposób. Jakby problemem był sposób, a nie fakt.
- Jak długo? - zapytałam.
- Nie wiem dokładnie - odpowiedziała. - Ale na pewno kilka miesięcy. Może dłużej. On… on już nawet raz spał u niej, kiedy mówił, że nocuje w pracy.
Zrobiło mi się niedobrze. Oparłam czoło o chłodną szybę okna. Pamiętałam tę noc. Pisał, że mają awarię, że muszą zostać, że "nie ma sensu wracać na dwie godziny". Odpisałam mu wtedy, żeby uważał na siebie. Wysłałam serduszko. Poszłam spać spokojna.
- Dlaczego pani dzwoni teraz? - zapytałam w końcu, bardziej szeptem niż głosem.
- Bo… - zawahała się. - Bo ona do mnie zadzwoniła.
To zdanie przewróciło wszystko. Nie tylko zdrada. Jeszcze bezczelność. Jeszcze coś, co weszło w rodzinę.
- Kto? - zapytałam.
- Ta kobieta - odpowiedziała. - Powiedziała, że "nie chce żyć w ukryciu". Że Marek obiecuje rozwód, a nic się nie dzieje. Że ona ma dość. I że jeśli on tego nie załatwi, ona "powie ci sama". Wyobrażasz sobie?
Poczułam nagle wściekłość, tak czystą, że aż mnie rozgrzała. Nie na nią nawet. Na niego. Bo to on dopuścił do tego, że obca kobieta dzwoni do jego matki, ustawia terminy, grozi.
- I co pani jej powiedziała? - zapytałam.
- Żeby przestała dzwonić - odpowiedziała twardo. - Że ma się wstydzić. Ale… - tu głos jej zmiękł. - Ona się nie wstydzi. Ona mówi, że "kocha", że "on jest inny przy niej", że "wreszcie się uśmiecha". Jakby to było usprawiedliwienie.
W tym momencie poczułam, że muszę usiąść. Nogi odmówiły posłuszeństwa. Usiadłam na krześle, wciąż trzymając telefon przy uchu, jakbym bała się, że jeśli go odłożę, wszystko zniknie i znów będę mogła udawać.
- Marek jest teraz w domu - powiedziałam powoli, choć nie byłam pewna, czy to prawda. Właśnie wtedy wracał z dziećmi z placu zabaw. Miałam przed oczami jego twarz, uśmiech, ten normalny obraz.
- Nie mów, że ja dzwoniłam - poprosiła nagle. - Błagam cię. On… on potrafi być okropny, kiedy ktoś mu psuje plan.
Zaskoczyła mnie tym. Bo to znaczyło, że ona też się boi własnego syna. Że zna jego drugą twarz lepiej, niż ja chciałam znać.
- Pani się boi? - zapytałam cicho.
- Boję się, że zrobi z ciebie wariatkę - odpowiedziała. - Że powie, że przesadzasz. Że to plotki. Że ja coś pomyliłam. On jest w tym dobry. A ja… ja już nie chcę być po jego stronie. Nie w tej sprawie.
Słuchałam i miałam ochotę płakać, ale łzy nie chciały przyjść. Czułam tylko tę twardą kulę w środku.
Wtedy usłyszałam klucz w zamku. Drzwi się otworzyły. Dzieci wbiegły do przedpokoju, śmiejąc się, z czerwonymi policzkami. A za nimi wszedł Marek. Zdjął kurtkę, spojrzał w moją stronę i uśmiechnął się, jakby nic na świecie nie mogło się stać.
- Hej, już jesteście? - zawołał do dzieci.
Stałam z telefonem w dłoni i patrzyłam na niego, jakby był aktorem, którego nagle przestałam rozpoznawać. Jego mama w słuchawce powiedziała jeszcze cicho:
- Teraz już wiesz. I nie jesteś sama.
Rozłączyłam się. Telefon zsunął mi się z dłoni na stół. Dzieci pobiegły do pokoju, wołając, że są głodne. On podszedł do kuchni, otworzył lodówkę, zaczął wyjmować ser i jogurty, jak w każdą niedzielę.
- Coś się stało? - zapytał, nie patrząc na mnie.
Wtedy zrozumiałam, że jeśli teraz nie powiem nic, będę współautorką jego kłamstwa. A ja nagle nie chciałam już w tym uczestniczyć.
- Twoja mama dzwoniła - powiedziałam spokojnie.
Zatrzymał się. Powoli. Jakby ktoś nacisnął pauzę.
- Po co? - zapytał.
- Powiedziała mi, że wiesz… i że ja jeszcze nie - odpowiedziałam.
Odwrócił się w końcu. I po raz pierwszy od dawna zobaczyłam w jego twarzy nie pewność, tylko strach.
var adsinserter = adsinserter || {};
adsinserter.tags = ['fulladsnew'];