Od pięciu lat codziennie odbieram wnuki z przedszkola. W poniedziałek powiedziałam córce, że w czwartek mnie nie będzie: zjazd klasowy, pięćdziesiąt lat po maturze, w Lublinie. Córka westchnęła, że "przez ciebie muszę brać urlop na żądanie, a mam tylko cztery dni na cały rok".
Magda stała w moim przedpokoju w jednym bucie, z kluczykami od samochodu w zębach, i szukała pod szafką drugiego sandałka Stasia, kiedy w końcu to z siebie wyrzuciłam.
- W czwartek mnie nie będzie. Jadę do Lublina. Zjazd klasowy, pięćdziesiąt lat po maturze.
Wyprostowała się powoli. Wyjęła kluczyki z ust. Ola ciągnęła ją za rękaw, Staś marudził, że chce jeszcze jedną bajkę, a ona patrzyła na mnie tak, jakbym oznajmiła, że wyjeżdżam do Australii.
- W czwartek? - westchnęła. - Mamo... Przez ciebie muszę brać urlop na żądanie, a mam tylko cztery dni na cały rok.
Zabrała dzieci i wyszła. Drzwi od klatki trzasnęły jak zawsze, bo sprężyna od lat jest za mocna. A ja zostałam w przedpokoju. Sandałek leżał za wycieraczką. Nie zdążyłam jej go podać.
Od pięciu lat, codziennie o wpół do czwartej, stoję pod przedszkolem na Retkini. Najpierw stałam tam z myślą o Kubie, który dziś chodzi do trzeciej klasy i wstydzi się, kiedy macham mu przez płot. Potem o Oli. Teraz o Oli i Stasiu.
Panie w szatni mówią do mnie "pani Lucynko", a pan Mietek z portierni zostawia mi uchyloną furtkę, bo wie, że idę od tramwaju i zawsze się trochę spóźniam. Kiedy przeszłam na emeryturę z księgowości w spółdzielni, Magda powiedziała: "Mamo, ty i tak nie wiesz, co ze sobą zrobić". Miała rację. Zbyszek chorował wtedy już drugi rok, a po jego śmierci te małe rączki w moich dłoniach były jedynym, co trzymało mnie w pionie.
Tego wieczoru wyjęłam z meblościanki album. Zdjęcie z maja 1976 roku. Trzydzieści dwie osoby przed szkołą, dziewczyny w białych bluzkach, chłopcy w za dużych marynarkach po ojcach. Basia Kowalczyk w pierwszym rzędzie, już wtedy z miną przewodniczącej. Halina z warkoczem do pasa. I ja, w drugim rzędzie, z grzywką, którą obcięła mi mama nad zlewem.
Basia napisała do mnie w marcu. Długi list, ręcznie, jak dawniej. Na końcu dopisek: "Lucka, tym razem bez wymówek. Pięćdziesiątki już nie będzie powtórki".
Bo wymyślałam. Na dwudziestopięciolecie nie pojechałam, bo Magda wychodziła za mąż i liczyłam każdy grosz na wesele. Na czterdziestolecie - bo Zbyszek źle znosił leczenie i nie chciałam go zostawiać nawet na jedną noc. Zawsze było coś ważniejszego. Zawsze ktoś mnie potrzebował bardziej niż ja sama siebie.
We wtorek Kuba przyszedł do mnie po szkole, jak zwykle, i jadł pierogi z serem, aż mu się uszy trzęsły.
- Babciu, a ty masz jakieś koleżanki? - zapytał nagle, z pełną buzią.
- Mam, kochanie.
- To czemu nigdy do nich nie chodzisz?
Nie odpowiedziałam. Poszłam nastawić wodę na herbatę, chociaż nikt nie chciał herbaty.
W środę rano zadzwoniłam do Basi, żeby odwołać. Miałam przygotowane zdanie. Basia nie dała mi go dokończyć.
- Lucka, Halina jedzie z Gdańska o kulach, trzy miesiące po biodrze. A ty z Łodzi nie dasz rady?
- Zobaczę - powiedziałam i rozłączyłam się szybciej, niż wypadało.
Potem rozpakowałam torbę, którą spakowałam w niedzielę. Bluzkę w drobne kwiatki odwiesiłam do szafy. Kosmetyczkę schowałam do łazienki. Po południu przyszedł SMS od Magdy: "Wzięłam ten czwartek. Szef patrzył jak na wariatkę, ale trudno".
Poczułam się tak, jakbym ukradła jej coś z torebki.
Wieczorem przyjechała po dzieci. Zmęczona, z włosami spiętymi byle jak, w żakiecie z pracy. Zanim zdążyła się schylić do butów Stasia, powiedziałam:
- Nie jadę. Odwołaj ten urlop.
Myślałam, że odetchnie. Że powie "dzięki, mamo" i pojedzie. A ona usiadła na taborecie w mojej malutkiej kuchni, tym przy lodówce, na którym zawsze siada Kuba, i zaczęła płakać. Cicho, z ręką przy ustach, żeby dzieci w pokoju nie usłyszały.
- Madziu...
- Ja nie o to... - urwała. - Mamo, ja już nie mam tych czterech dni. Dwa wzięłam w styczniu, jak ty miałaś grypę. Nikomu nie mówiłam. W lutym nas połączyli z innym działem, nowa kierowniczka liczy każdą nieobecność, a ja się boję każdego telefonu z przedszkola. Bartek od poniedziałku do piątku w trasie. Ja nie mam nikogo poza tobą. Rozumiesz? Nikogo.
Siedziałam naprzeciwko niej i nie wiedziałam, co zrobić z rękami. W styczniu leżałam tydzień z gorączką. Byłam pewna, że Bartek wtedy wziął wolne.
- I wiesz, co jest najgorsze? - dodała, wycierając nos w rękaw jak mała dziewczynka. - Jak powiedziałaś o tym zjeździe, to ja się nie zezłościłam na urlop. Ja się zdziwiłam, że ty masz klasę. Że masz jakieś... swoje życie. I zrobiło mi się głupio, że nigdy nie zapytałam.
Długo milczałyśmy. W pokoju Ola czytała Stasiowi na głos, myląc litery.
- A Bożena? - zapytałam w końcu.
Teściowa Magdy mieszka w Zgierzu, dwadzieścia minut autobusem. Od wesela widują się na Wigilii i na imieninach Bartka.
- Mamo, ona mi na weselu powiedziała, że Bartek mógł trafić lepiej. Nie będę jej o nic prosić.
- To ja poproszę.
Zadzwoniłam jeszcze tego samego wieczoru, kiedy Magda pojechała. Bożena odebrała po trzecim sygnale. Wysłuchała mnie, a potem w słuchawce zapadła taka cisza, że pomyślałam, że przerwało połączenie.
- Pani Lucyno - powiedziała w końcu dziwnie zmienionym głosem. - Ja trzy lata czekam, aż ktoś mnie o to zapyta. Myślałam, że Magda mnie nie chce przy dzieciach. Że ma panią i nikogo więcej jej nie trzeba.
Dwie babcie, dwadzieścia minut autobusem od siebie. I żadna nie zapytała drugiej przez pięć lat.
W czwartek rano Magda podpisała w przedszkolu upoważnienie dla Bożeny. Ja w tym czasie stałam na przystanku z torbą przy nogach i zaproszeniem od Basi w ręku, i do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy wsiądę do tramwaju na dworzec. Wsiadłam.
W Lublinie Halina rzeczywiście przyszła o kulach. Basia rzeczywiście miała minę przewodniczącej. Z trzydziestu dwóch osób przyjechało dziewiętnaście, a czworo już nigdy nie przyjedzie - Basia przeczytała ich imiona przy pierwszym toaście i wszyscy wstali.
Później, przy kawie, Halina dotknęła mojej ręki.
- No, Lucka. A co u ciebie?
- Mam troje wnuków - zaczęłam odruchowo. - Kuba jest w trzeciej klasie, Ola...
I urwałam. Bo przecież nie o to pytała.
- Nie wiem - powiedziałam po chwili. - Naprawdę nie wiem, Halinko. Dawno nikt mnie o to nie pytał.
Nie śmiała się. Pokiwała głową, jakby doskonale rozumiała.
W piątek w pociągu do Łodzi telefon zawibrował. Zdjęcie od Magdy: Bożena pod furtką przedszkola, Staś na jej barana, Ola z buzią umazaną czymś czerwonym. Pod spodem wiadomość: "Mamo, ona pyta, czy mogłaby brać poniedziałki. Na stałe".
Patrzyłam przez okno na pola i liczyłam w głowie, co można zrobić z wolnym poniedziałkiem. Pięćdziesiąt lat temu, w maju, też nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Wtedy bardzo się tego bałam.
Teraz chyba pierwszy raz się na to cieszę.
var adsinserter = adsinserter || {};
adsinserter.tags = ['fulladsnew'];