W sklepie wędkarskim kupowałam wnukowi spławiki. Pan poznał nazwisko i ucieszył się, że dawno męża nie widział - chyba ze dwa lata. Mąż jeździ na ryby co drugą sobotę. Ze sprzętem.
Spławiki leżały w plastikowym pudełku jak kolorowe cukierki - czerwone, żółte, zielone, z cienkim drucikiem na końcu.
Wybrałam pięć sztuk, bo Kuba prosił o "takie prawdziwe, babciu, nie plastikowe z marketu". Podałam kartę. Pan za ladą spojrzał na nazwisko, poprawił okulary i uśmiechnął się szeroko.
- O, Nowakowska! A co u pana Romana? Dawno go nie widziałem. Chyba ze dwa lata już nie zaglądał.
Stałam z kartą w wyciągniętej ręce i nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Roman jeździ na ryby co drugą sobotę. Od lat. Wstaje o piątej, pakuje wędki do pokrowca, skrzynkę ze sprzętem wrzuca do bagażnika, termos z kawą, kanapki w folii aluminiowej. Wraca wieczorem, czasem z rybami, czasem bez. Mówi, że nie zawsze bierze, ale sam odpoczynek nad wodą mu wystarcza.
Dwa lata. Pan Zygmunt mówił to lekko, jakby nic wielkiego. A mnie zatrzasnęło się coś w środku - jak zamek w drzwiach, który przekręca się o jeden obrót za dużo.
Zapłaciłam, wzięłam reklamówkę ze spławikami i wyszłam. Na parkingu przed sklepem stałam chyba dwie minuty, zanim odpaliłam silnik. Myślałam o bagażniku naszego fiata, o tym pokrowcu na wędki, o gumowych kaloszach, które Roman zakładał w przedpokoju, zanim ruszył. Sprzęt wyjeżdżał z domu. Roman wyjeżdżał z domu. Ale najwyraźniej - nie w to samo miejsce.
Z Romanem jestem od trzydziestu sześciu lat. Poznaliśmy się na zabawie sylwestrowej u znajomych w osiemdziesiątym dziewiątym, w wynajętej sali na Krzykach. Miałam dwadzieścia trzy lata, on dwadzieścia pięć.
Pracowałam wtedy w sklepie obuwniczym przy Świdnickiej, on kończył technikum i zaczynał robotę w zakładach na Fabrycznej. Ślub wzięliśmy po roku. Córka Agnieszka, potem syn Marcin, potem kolejne lata - tak szybko, że nawet nie zauważyłam, kiedy zrobiło się ich trzydzieści sześć.
Wędkarstwo zaczęło się jakieś piętnaście lat temu. Kolega z pracy zabrał Romana nad Odrę i przepadł. Kupił pierwszą wędkę, potem drugą, potem spławiki, kołowrotki, haczyki - nauczyłam się słów, których nigdy nie chciałam znać. Co drugą sobotę wyjeżdżał rano, wracał po ciemku. Ja miałam swój spokój, on swój. Wydawało się, że to zdrowy układ.
Przez pierwszy tydzień po wizycie w sklepie nie robiłam nic. To znaczy - robiłam wszystko jak zwykle, ale w głowie kręciła mi się ta jedna myśl. Dwa lata. Pan Zygmunt prowadzi jedyny porządny sklep wędkarski w tej części Wrocławia. Roman zawsze mówił, że tylko u niego kupuje - bo doradzi, bo zna się na rzeczy. A teraz okazuje się, że od dwóch lat tam nie zaglądał.
Może zmienił sklep, pomyślałam. Może zamawia przez internet. Otworzyłam historię przelewów na wspólnym koncie. Żadnych zakupów w sklepach wędkarskich. Żadnych paczek z Allegro z haczykami czy żyłkami. Ostatni przelew związany z wędkarstwem - opłata za kartę wędkarską, trzy lata temu.
W następną sobotę, kiedy Roman pakował się rano, zeszłam do kuchni w szlafroku.
- Roman, a gdzie dziś jedziesz? Nad Odrę czy na te stawy pod Oławą?
Nawet nie podniósł głowy znad skrzynki ze sprzętem.
- Na stawy - rzucił. - Karol mówił, że w zeszłym tygodniu brały karpie.
- A Karol jedzie z tobą?
- Nie, sam.
Karol. Zadzwoniłam do Karola następnego dnia, niby w sprawie imienin jego żony.
- Słuchaj, a Roman ostatnio coś mówił o tych stawach pod Oławą? Bo chciałam Kubę zabrać na ryby z dziadkiem, a nie wiem, czy tam dzieci wpuszczają.
Karol zaśmiał się.
- Jadwiga, ja z Romanem nie byłem na rybach z rok albo dłużej. Jak mu zdrowie pozwala, to sam gdzieś jeździ, ale mnie nie ciągnie. Kolano mam do operacji, wiesz.
Więc nie Karol. Nie stawy pod Oławą. Nie sklep pana Zygmunta. Karta wędkarska wygasła. A Roman co drugą sobotę wstaje o piątej, pakuje sprzęt i wyjeżdża na cały dzień.
Mogłam sprawdzić telefon. Mogłam włączyć lokalizację na jego komórce - Agnieszka kiedyś mi pokazywała jak. Mogłam pojechać za nim. Ale nie zrobiłam nic z tych rzeczy. Zamiast tego usiadłam przy kuchennym stole i zaczęłam liczyć soboty.
Co druga sobota, od dwóch lat - to jakieś pięćdziesiąt dni. Pięćdziesiąt dni, w które mój mąż wyjeżdżał z domu z wędkami, których nie używał, do sklepu, w którym go nie znali, z kolegą, z którym nie jeździł.
Pięćdziesiąt dni gdzieś. Z kimś albo sam, ale nie tam, gdzie mówił.
Wieczorem Roman wrócił jak zwykle - koło siódmej, lekko zmęczony, w kurtce pachnącej świeżym powietrzem. Postawił pokrowiec z wędkami w przedpokoju. Zdejmował buty, kiedy zapytałam:
- Brały?
- Słabo - powiedział. - Jeden leszcz, puściłem go.
Patrzyłam na jego twarz. Trzydzieści sześć lat. Znałam każdą zmarszczkę, każdy gest, sposób, w jaki pocierał nos, kiedy mówił nieprawdę. I właśnie teraz - pocierał nos.
Nic nie powiedziałam. Zrobiłam kolację, postawiłam talerze, jedliśmy w ciszy, którą Roman pewnie wziął za zwykły zmęczony wieczór. A ja myślałam o tych spławikach w reklamówce, które leżały w szufladzie w moim pokoju. Kupiłam je dla Kuby. Ale to Kuba sprawił, że poszłam do tego sklepu. I to ten sklep sprawił, że teraz siedzę naprzeciwko męża i widzę go inaczej niż wczoraj.
Nie wiem jeszcze, co z tym zrobię. Może jutro sprawdzę jego telefon. Może zapytam wprost. Może posiedzę z tym jeszcze tydzień, miesiąc, pół roku - bo tak łatwiej. Bo trzydzieści sześć lat to nie jest coś, co wyrzuca się jak zużytą żyłkę.
Agnieszka zadzwoniła wieczorem, pytała o Kubę i spławiki. Powiedziałam, że kupiłam ładne, kolorowe, będzie zadowolony.
- A tata pomoże mu na rybach? - zapytała.
- Pewnie tak - odpowiedziałam i usłyszałam swój głos jakby z daleka, spokojny, równy. Głos kobiety, która wie, jak prowadzić rozmowę, żeby nikt niczego nie zauważył. Może tego właśnie nauczyłam się od Romana.
Tej nocy leżałam w ciemności i słuchałam jego oddechu. Trzydzieści sześć lat obok tego oddechu. Wiedziałam, kiedy chrapie, kiedy mówi przez sen, kiedy udaje, że śpi. I teraz też wiedziałam - nie spał. Leżał na plecach z otwartymi oczami i patrzył w sufit, tak samo jak ja.
Może oboje czekaliśmy, aż ktoś z nas pierwszy powie to, co wisiało w powietrzu od tamtego dnia w sklepie wędkarskim. A może oboje liczyliśmy na to, że nikt nie powie. Że da się żyć dalej z tym cichym trzaskiem w środku - jak zamek, który przekręcił się o jeden obrót za dużo.
Spławiki leżały w szufladzie. Kolorowe, lekkie, gotowe do użycia. Jak obietnica, z której nic nie wyszło. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];