Na osiedlu jestem podobno "od kojarzenia" - trzy pary przez dwa lata, w tym pan z apteki i wdowa spod dziewiątki. Wczoraj przyszła kobieta z bloku obok zapytać, czy nie znam kogoś porządnego. Znam jednego. On jeszcze o tym nie wie.

Podlewałam pelargonie na balkonie, kiedy od dołu usłyszałam swoje imię. Kobieta stała przy ławce w kwiecistej bluzce, osłaniając oczy dłonią od słońca.

- Pani Jolanta? Mogę na chwilę?

Odstawiłam konewkę, otarłam ręce o spodnie i zbiegłam na dół. Nie znałam jej z imienia, choć widywałam regularnie - wysoka, jasne włosy, zawsze szła szybkim krokiem z reklamówką z Biedronki. Blok obok, klatka trzecia albo czwarta.

- Celina jestem - wyciągnęła rękę. - Pani pewnie mnie nie kojarzy, ale ja panią kojarzę. Znaczy, wszyscy panią kojarzą.

Usiadłyśmy na ławce. Celina poprawiała pasek torebki i wyraźnie szukała słów.

- Słyszałam, że pani zna ludzi. Że pani potrafi dobrać. No, pary.

Parsknęłam śmiechem.

- Ja nie prowadzę biura matrymonialnego.

- Wiem, wiem. Ale pani Irena z apteki mówi, że to pani ją z panem Władkiem skojarzyła. I że są razem już rok i nigdy w życiu nie była taka szczęśliwa.

Miała rację - o Irenie. I o Władku. I o tym, że to ja ich poznałam. Ale stało się to tak naturalnie, że trudno mi było nazwać to kojarzeniem. Staliśmy w kolejce po chleb, Władek żalił się na samotne wieczory, Irena za nim stała i powiedziała, że u niej to samo. Ja tylko rzuciłam - to może państwo razem pójdą na kawę? - i odwróciłam się po bułki.

Mam na imię Jolanta, pięćdziesiąt osiem lat, od trzydziestu mieszkam na tym samym osiedlu w Olsztynie. Przez dwadzieścia lat prowadziłam stoisko na targowisku - warzywa, owoce, sezonowo kwiaty. Człowiek przy ladzie widzi tysiące ludzi, słucha tysiąca historii, łapie kto do kogo pasuje. To nie talent, to nawyk.

Mój Staszek odszedł sześć lat temu. Rak trzustki, szybko i bezlitośnie. Zostałam z trzypokojowym mieszkaniem na trzecim piętrze, emeryturą, która ledwo starczała na rachunki, i pelargoniami, które Staszek sadził co wiosnę. Pelargonie zostały. Ja też.

Po Staszku nie szukałam nikogo. Nawet o tym nie myślałam. Za to zaczęłam zauważać samotność u innych - w oczach, w gestach, w tym, jak ktoś stawał z pustym koszykiem przed regałem z jogurtami i wpatrywał się w niego, jakby czekał na podpowiedź z góry.

Pierwszą parę skojarzyłam przypadkiem - ten Władek z Ireną. Drugą świadomie - Krzyśka z mojej klatki, emerytowanego nauczyciela, z Marysią, która chodziła do tego samego kościoła. Powiedziałam Marysi, że Krzysiek pięknie śpiewa w chórze parafialnym, a Krzyśkowi - że Marysia piecze najlepszy sernik na osiedlu.

Reszta poszła sama. Trzecią parą byli młodsi - Tomek, syn sąsiadki z parteru, i Agnieszka z bloku naprzeciwko, oboje po trzydziestce, oboje rozwodnicy z dziećmi. Zaprosiłam ich dwoje na kawę u siebie jednego majowego popołudnia, nie uprzedzając żadnego, że będzie ktoś jeszcze. Nieetyczne? Może. Ale w lipcu mieli pierwszą wspólną wycieczkę z dziećmi nad Ukiel.

Po trzeciej parze zaczęła się legenda. Na osiedlu mówili o mnie - ta od kojarzenia. Jedni żartowali, inni pytali na serio. Kobieta z kiosku Ruchu, pan z piątego piętra, pani z poczty. Każdemu odpowiadałam to samo: ja nikogo nie kojarzę, ja po prostu rozmawiam z ludźmi.

Ale Celina nie przyszła na pogaduszki.

- Rozwodzę się - powiedziała cicho, patrząc na swoje dłonie. - Właściwie to już po wszystkim. Trzydzieści lat, dwoje dzieci, a on sobie znalazł kogoś. Mam pięćdziesiąt pięć lat i siedzę sama w mieszkaniu, które nagle jest za duże.

Nie powiedziałam - rozumiem. Bo każda samotność jest inna. Moja przyszła przez śmierć, jej przez zdradę, i to są dwa różne potwory.

- Nie szukam księcia - dodała szybko. - Wystarczy ktoś porządny. Żeby porozmawiać wieczorem. Pójść na spacer. Normalny facet, nie alkoholik, nie oszust, nie taki, co szuka gospodyni.

Kiwnęłam głową. I wtedy pomyślałam o Bogdanie.

Bogdan mieszkał dwie klatki dalej, na parterze. Mechanik samochodowy, teraz już na emeryturze, ale jeszcze naprawiał sąsiadom co trzeba za symboliczną złotówkę albo za obiad. Wdowiec od czterech lat.

Żona Hania umarła na serce, nagle, jednego zwykłego wtorku. Bogdan po jej śmierci zrobił się cichy, ale nie zgorzknął. Chodził na ryby, opiekował się wnuczką w czwartki, a w niedziele stał pod kościołem i rozmawiał z każdym, kto miał chwilę.

Znałam go od lat. Staszek kupował u niego części do starego Poloneza. Po pogrzebie Staszka Bogdan przyszedł z wiertarką naprawić mi karnisz, który spadł w sypialni. Nie pytał, nie czekał na zaproszenie - po prostu usłyszał od kogoś, że mi spadł, i przyszedł. Potem jeszcze kiedyś naprawił klamkę, wymienił uszczelkę w kranie, podrzucił drewno na rozpalenie w piecu na działce.

Za każdym razem odmawiał pieniędzy i herbaty. Dopiero za trzecim razem zgodził się na kawę. Siedzieliśmy w kuchni, on mówił o wnuczce, ja o pelargoniach, i było tak normalnie, tak zwyczajnie, że dopiero po jego wyjściu zorientowałam się, że przez godzinę się uśmiechałam.

I teraz Celina siedziała obok mnie i pytała, czy nie znam kogoś porządnego.

Znałam.

Otworzyłam usta, żeby powiedzieć jego imię. I nie powiedziałam.

Coś mnie zatrzymało. Nie w gardle - głębiej, w żołądku, w tym miejscu, gdzie człowiek czuje rzeczy, zanim je nazwie. Pomyślałam o tym, jak Bogdan pakuje wnuczkę do wózka przed klatką i jak się przy tym śmieje.

O tym, jak stoi pod kościołem z rękami w kieszeniach i kiwa głową, słuchając pana Henryka o chorobach. O tym, jak pachnie jego kurtka - olejkiem maszynowym i miętą, bo zawsze nosi miętówki w kieszeni.

Skąd ja to wszystko wiedziałam?

- Pani Jolanta? - Celina patrzyła na mnie wyczekująco.

- Muszę pomyśleć - powiedziałam. - Dam znać.

Wróciłam na górę. Podlałam pelargonie, choć były już podlane. Zrobiłam herbatę, której nie wypiłam. Usiadłam na balkonie i patrzyłam na parking, gdzie Bogdanowy srebrny Opel stał na swoim miejscu - jak zawsze, przodem do wyjazdu, bo Bogdan mówił, że cofanie rano to strata czasu.

Trzy pary. Skojarzyłam trzy pary przez dwa lata. Umiałam zobaczyć samotność u innych, dopasować charaktery, wyczuć, kto do kogo pasuje. A u siebie nie widziałam nic.

Bo to nie był plan. Nie szukałam. Nie wypatrywałam kandydatów. Po prostu żyłam obok Bogdana, tak jak żyje się obok sąsiada - zdawkowo, grzecznie, z dystansem. Tylko że ten dystans gdzieś się skurczył i nie zauważyłam kiedy.

Wzięłam telefon i napisałam do córki.

- Kasiu, głupie pytanie. Jak się zorientowałaś, że lubisz Pawła?

Odpowiedziała po minucie: "Kiedy złapałam się na tym, że sprawdzam, czy jego auto stoi na parkingu."

Odłożyłam telefon i spojrzałam na srebrnego Opla.

Następnego dnia rano zeszłam po bułki. Bogdan stał pod klatką, poprawiał lusterko w aucie sąsiada. Miał na sobie tę samą szarą bluzę, co zawsze, i jak zawsze pachniał miętówkami.

- Dzień dobry, pani Jolanto.

- Dzień dobry. - Zatrzymałam się. Serce tłukło mi się tak, jakbym miała osiemnaście lat, a nie pięćdziesiąt osiem. - Bogdan, miałby pan ochotę na kawę? U mnie, po południu?

Patrzył na mnie przez chwilę. Potem schował klucz francuski do kieszeni i uśmiechnął się - tak po prostu, bez zaskoczenia, jakby czekał na to pytanie dłużej niż ja.

- Z przyjemnością.

Wracałam na górę z bułkami i sercem pod gardłem. Na klatce schodowej minęłam panią Irenę z apteki, tę od Władka.

- O, pani Jolanta! - zawołała za mną. - A może pani kogoś zna dla mojej kuzynki? Rozwódka, pięćdziesiąt dwa lata, bardzo miła kobieta.

Roześmiałam się tak głośno, że echo poszło po całej klatce.

- Pani Ireno, chyba zamykam interes. Przynajmniej na jakiś czas.

Celinie zadzwoniłam tego samego wieczoru. Powiedziałam, że muszę pomyśleć trochę dłużej, ale że mam kogoś innego na oku - nie Bogdana, kogoś innego. Emerytowanego nauczyciela z sąsiedniego osiedla, wdowca, spokojnego. Porządny człowiek.

Nie skłamałam. Naprawdę go znałam. Pana Stefana z osiedla za parkiem, który co niedzielę chodził na tę samą mszę co Celina i którego widziałam, jak przytrzymuje jej drzwi kościoła z takim gestem, jakby to było najważniejsze zadanie dnia.

Trzy pary. Może niedługo cztery. A ja - ja chyba w końcu skojarzyłam samą siebie. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];