Pilnuję wnuków w każdy wtorek i czwartek, od przedszkola. W maju poprosiłam o jeden wolny czwartek w miesiącu - chciałam na basen z Grażyną. Córka spojrzała znad telefonu: "a co my niby zrobimy z dziećmi?". Nie zapisałam się.
Ulotka z basenu leżała na lodówce trzeci dzień, przyczepiona magnesem z Kołobrzegu. "Aqua aerobik 55+ - czwartki, 10:00-11:00.
Zapisy do końca maja." Lucyna przesuwała po niej palcem za każdym razem, kiedy szła po mleko do kawy. Grażyna chodziła już od marca i nie mogła się nachwalić. Że kolana mniej bolą, że lepiej śpi, że poznała tam Zosię z Osobowic, która też ma problemy z ciśnieniem.
Lucyna chciała spróbować. Tylko tyle.
Od dwóch i pół roku jej życie wyglądało tak samo. Wtorek, czwartek - punkt trzynasta stała pod przedszkolem na Krzykach, z jabłkiem w torebce i zapasową bluzką dla Olka, bo Olek zawsze się czymś oblał. Zuzia wychodziła pierwsza, poważna, z rysunkiem w ręku. Olek biegł za nią, z jednym butem rozwiązanym. Lucyna brała ich za ręce i szli na przystanek.
U niej w mieszkaniu na Gaju czekały kolorowanki, klocki i garnek zupy. Do szóstej, czasem do wpół do siódmej. Kiedy Patrycja albo Marcin przyjeżdżali po dzieci, Lucyna podawała im jeszcze pojemniki z obiadem na jutro. Patrycja całowała ją w policzek, mówiła - dzięki, mamo - i znikała z dziećmi w windzie.
Dwa lata temu, kiedy Patrycja wracała do pracy po urlopie macierzyńskim, rozmowa była krótka.
- Mamo, ty i tak siedzisz w domu, prawda? Nie znalazłybyśmy nikogo za sensowne pieniądze. Poza tym dzieci cię uwielbiają.
Lucyna miała sześćdziesiąt jeden lat, trzeci miesiąc na emeryturze po trzydziestu dwóch latach uczenia polskiego w podstawówce. Siedziała w domu, to prawda. I dzieci ją uwielbiały, to też prawda. Nie potrafiła powiedzieć: ale ja miałam plany. Bo nie miała wtedy żadnych planów. Plany pojawiły się potem.
Najpierw spacery z Grażyną. Grażyna, sąsiadka z naprzeciwka, była rok starsza, bezdzietna, emerytowana ekonomistka ze spółdzielni. Miała czas. Chodziły nad Odrę w poniedziałki, piły kawę w tej nowej kawiarni przy rynku, raz pojechały autobusem do Trzebnicy obejrzeć klasztor. Lucyna wracała z tych wypadów lżejsza. Nie wiedziała, że to słowo - "lżejsza" - cokolwiek znaczy, dopóki nie zaczęła porównywać poniedziałków z czwartkami.
Bo czwartki były inne. Czwartki były Olkiem, który nie chciał jeść zupy i rzucał łyżką. Były Zuzią, która pytała, dlaczego dziadek nie mieszka z babcią, a Lucyna nie wiedziała, jak odpowiedzieć, bo z Włodkiem rozstali się, kiedy Patrycja miała piętnaście lat, i od tamtej pory widywali się tylko na komunii Zuzi. Czwartki były zmęczeniem w kolanach, bólem krzyża od dźwigania trzylatka i tym dziwnym uczuciem, że dzień minął, a ona znowu nie zrobiła niczego dla siebie.
Kiedy Grażyna powiedziała jej o basenie, Lucyna poczuła coś, czego nie potrafiła nazwać. Ulgę? Nadzieję? A może zwykłą chęć - żeby raz w miesiącu, jeden jedyny czwartek, wsadzić się do ciepłej wody i nie myśleć o tym, czy Olek zjadł drugie śniadanie.
Zadzwoniła do Patrycji w niedzielę wieczorem. Słyszała w tle telewizor i Marcina, który komentował mecz.
- Patrycja, chciałam cię o coś poprosić - zaczęła i od razu poczuła, że jej głos brzmi przepraszająco, jakby prosiła o łaskę.
- Mhm? - Patrycja najwyraźniej robiła coś na telefonie, bo Lucyna słyszała ciche stukanie paznokci w ekran.
- Jest taki aqua aerobik na basenie, w czwartki. Grażyna chodzi i mówi, że bardzo fajnie. Chciałabym spróbować. Jeden czwartek w miesiącu. Tylko jeden.
Cisza. Potem Patrycja powiedziała:
- W czwartek? Ale ja pracuję w czwartki.
- Wiem. Dlatego mówię o jednym czwartku. Może Marcin mógłby wziąć wtedy wcześniej? Albo moglibyście zapytać o tę opiekunkę z ogłoszenia, tę co...
- Mamo - Patrycja westchnęła - a co my niby zrobimy z dziećmi?
To nie było pytanie. To było zdanie zamykające. Lucyna znała ten ton. Patrycja odziedziczyła go po Włodku - takie spokojne, rzeczowe stawianie kropki, po którym nie ma już dyskusji. Nie krzyk, nie awantura. Coś gorszego: oczywistość. Bo to przecież oczywiste, że babcia pilnuje wnuków. Że babcia jest na miejscu. Że babcia nie ma nic ważniejszego.
Lucyna powiedziała: - Rozumiem. Dobranoc.
Nie zapisała się na basen.
Grażyna pytała dwa razy. Za pierwszym Lucyna powiedziała, że jeszcze się zastanawia. Za drugim - że kolana ją bolą i chyba nie da rady. Grażyna spojrzała na nią uważnie, ale nic nie powiedziała. Znały się na tyle dobrze, żeby wiedzieć, kiedy nie naciskać.
W czerwcu Lucyna złapała przeziębienie. Nic poważnego - katar, ból gardła, temperatura trzydzieści siedem i pół. Zadzwoniła do Patrycji we wtorek rano.
- Nie dam rady dzisiaj, jestem przeziębiona. Nie chcę zarazić dzieci.
- To co ja mam teraz zrobić? - W głosie Patrycji było zaskoczenie, jakby lodówka przestała działać albo zepsuł się samochód. Coś, co nie powinno się psuć, przestało funkcjonować.
- Patrycja, jestem chora.
- Wiem, wiem. Dobra, jakoś się zorganizujemy.
Marcin wziął urlop na żądanie. Patrycja zadzwoniła wieczorem zapytać, jak się Lucyna czuje, i przy okazji wspomniała, że Marcin się wściekał, bo miał ważne spotkanie. Lucyna leżała w łóżku z termometrem i herbatą i myślała o tym, że przez trzydzieści dwa lata w szkole nie wzięła zwolnienia, jeśli mogła ustać na nogach.
I o tym, że Patrycja w życiu nie powiedziała: mamo, dziękuję ci za te dwa i pół roku. Nie dlatego, że była niewdzięczna - po prostu tego nie widziała. Jak się nie widzi ściany, o którą się codziennie opieramy. Jest i tyle.
W czwartek Lucyna nie poszła do przedszkola. Siedziała przy kuchennym stole i piła kawę. Na lodówce wciąż wisiała ulotka z basenu, pożółkła trochę od pary z czajnika. Zapisy się skończyły. Grażyna chodziła na zajęcia z tą Zosią z Osobowic. Lucyna wyrzuciła ulotkę do kosza, potem wyjęła ją z powrotem i wsadziła do szuflady, pod rachunki za prąd.
W poniedziałek spotkała Grażynę na klatce schodowej. Grażyna wracała z zakupów, z siatką, z której wystawał seler.
- Lucyna, wiesz co? Od września otwierają drugą grupę. Piątki, dziesiąta.
- W piątki? - Lucyna stanęła na schodach.
- W piątki. Pomyśl o tym.
Lucyna pomyślała o Zuzi, która rysowała jej motylki, i o Olku, który w zeszłym tygodniu powiedział "kocham cię, babciu" z pełnymi ustami zupy. Pomyślała o Patrycji, która nigdy nie pyta, tylko zakłada. I pomyślała o ciepłej wodzie i godzinie, która byłaby tylko jej.
- Pomyślę - powiedziała.
Ale tym razem nie brzmiało to jak odmowa.
var adsinserter = adsinserter || {};
adsinserter.tags = ['fulladsnew'];