Stałam na progu z walizką w jednej ręce i pudełkiem pierników toruńskich w drugiej - bo Kasia zawsze narzekała, że w Anglii nie można dostać porządnych pierników, takich z nadzieniem różanym, jak kupowała babcia na odpust.
Uśmiechałam się. Trzynaście godzin autobusu z Rzeszowa, przesiadka w Berlinie, potem tani lot do Bristolu - i przez całą tę drogę wyobrażałam sobie minę córki, kiedy zobaczy mnie w drzwiach. Nie uprzedzałam, że przyjadę. Chciałam zrobić niespodziankę.
Niespodziankę zrobiła mi ona.
Drzwi otworzyły się po trzecim dzwonku. Ale nie stanęła w nich Kasia. Stanął mężczyzna - wysoki, siwy, w swetrze w szkocką kratę i z kubkiem herbaty w dłoni. Patrzył na mnie tak, jakby wiedział, kim jestem, zanim jeszcze się odezwałam. Przez sekundę pomyślałam, że pomyliłam adres.
- Więc to pani jest ta słynna mama - powiedział po polsku, z lekkim akcentem, i odsunął się, żebym mogła wejść.
Miał zmarszczki wokół oczu, obrączkę na palcu i na oko sześćdziesiąt kilka lat. Mój rocznik. Może starszy.
W korytarzu, na wieszaku, obok kurtki Kasi, wisiała męska woskowana kurtka, buty numer czterdzieści cztery i parasol z drewnianą rączką. To nie było mieszkanie kobiety, która żyje sama.
A wtedy z kuchni dobiegł głos mojej córki: „Richard, kto przyszedł?"
I w tym momencie zrozumiałam, że przez trzy lata nie znałam jej życia. Ale to, co usłyszałam potem, było gorsze niż wszystko, co mogłam sobie wyobrazić.
Kasia wyszła z kuchni z łopatką w ręku i zamarła. Zobaczyłam, jak bieleje jej twarz, jak otwiera usta, żeby coś powiedzieć, i jak nie znajduje ani jednego słowa. Stałyśmy naprzeciwko siebie w wąskim angielskim korytarzu - ja z piernkami, ona z łopatką - i między nami był mężczyzna, o którym nic mi nie powiedziała.
- Mamo - wyszeptała w końcu. - Miałam ci powiedzieć.
- Kiedy? - zapytałam.
Nie odpowiedziała. Richard - bo tak miał na imię - zachował się tak, jakby sytuacja była zupełnie normalna. Zabrał moją walizkę, zaproponował herbatę, zaprowadził mnie do salonu. Na kominku stały zdjęcia: Kasia w ogrodzie, Kasia z Richardem na tle jakiegoś zamku, Kasia w szpitalnym łóżku…
Szpitalnym łóżku. Na tym zdjęciu moja córka miała na sobie szpitalną koszulę i trzymała na rękach zawiniątko. Podniosłam ramkę. Ręce mi drżały.
- Kasia - powiedziałam powoli. - Co to jest?
I wtedy usłyszałam z góry płacz. Cienki, piskliwy, przerywany. Płacz dziecka.
Kasia zamknęła oczy.
- Ma na imię Hania - powiedziała cicho. - Ma czternaście miesięcy. Chciałam ci powiedzieć, mamo, przysięgam, że chciałam.
Nie wiem, czy potrafię opisać, co czuje matka, która dowiaduje się, że od ponad roku jest babcią.
Usiadłam na kanapie, bo nogi się pode mną ugięły. Richard wyszedł po dziecko. Kasia kucnęła przede mną i mówiła - szybko, chaotycznie, jakby się bała, że zaraz wstanę i wyjdę. Że poznała Richarda, kiedy opiekowała się jego żoną - Susan miała Alzheimera, Kasia pracowała w domu opieki pod Bristolem.
Że Susan zmarła trzy lata temu, a oni zostali sami ze wspólnym smutkiem. Że Richard jest dobry, że ją szanuje, że mówi do niej po polsku, bo się nauczył. Że nie powiedziała mi, bo wiedziała, co powiem. Bo znała mnie lepiej, niż chciałam to przyznać.
- Powiedziałabyś, że jestem głupia - szepnęła. - Że zmarnowałam życie. Że on jest za stary.
Chciałam zaprzeczyć. Ale nie mogłam, bo miała rację. Dokładnie tak bym powiedziała.
Richard wrócił z dzieckiem na rękach. Mała Hania miała jasne loki, oczy Kasi i guziczek nosa, który - i tu serce mi stanęło - był kopią nosa mojej matki. Babci Teresy, która umarła, kiedy Kasia miała dziesięć lat.
- Całe imię to Hanna Teresa - powiedział Richard, patrząc mi w oczy. - Kasia chciała, żeby nosiła imię po pani mamie.
To mnie złamało.
Tej nocy spałam w pokoju gościnnym, za ścianą od pokoju Hani. Słyszałam, jak mała mamrocze przez sen. Myślałam o tym, że trzy lata dzwoniłam do córki co niedzielę i pytałam o pogodę, o pracę, o to, czy je ciepłe obiady.
A Kasia przez cały ten czas miała przy sobie człowieka, który nauczył się polskiego, żeby czytać jej dziecku bajki na dobranoc. I nie powiedziała mi ani słowa - bo się mnie bała.
Bała się matki bardziej niż obcego kraju.
Rano zeszłam na dół i zobaczyłam Richarda, jak karmi Hanię owsianką. Śpiewał jej „Wlazł kotek na płotek" z tak potwornym akcentem, że mała zaśmiewała się do łez. Kasia stała w drzwiach kuchni i patrzyła na mnie. W jej oczach było pytanie, które zadawała mi całe życie, tylko nigdy na głos.
Czy jestem wystarczająca?
Wyciągnęłam z torby pudełko pierników toruńskich. Otworzyłam je, podeszłam do stołu i usiadłam obok Richarda.
- Pokaż mi, jak ona lubi tę owsiankę - powiedziałam. - Z mlekiem czy z wodą?
Kasia odwróciła się, bo nie chciała, żebym zobaczyła, że płacze. Ale ja i tak widziałam. I Richard widział. I mała Hania patrzyła na nas wszystkich tymi oczami, które jeszcze nic nie rozumiały - a rozumiały więcej niż ktokolwiek.
Wróciłam do Rzeszowa po dwóch tygodniach. Na dworcu autobusowym zadzwoniłam do sąsiadki.
- Elżbieta - powiedziałam. - Muszę ci coś powiedzieć. Jestem babcią.
Po drugiej stronie zapadła cisza. A potem Elżbieta krzyknęła tak głośno, że chyba słyszała ją połowa dworca.
- Jak to babcią?! Czekaj, nie mów nic więcej, słyszysz? Ani słowa! Stawiam wodę na herbatę, wyciągam sernik z lodówki i czekam na ciebie!
var adsinserter = adsinserter || {};
adsinserter.tags = ['fulladsnew'];